Dziedzictwo




Pobierz 357.93 Kb.
NazwaDziedzictwo
strona2/12
Data konwersji11.09.2012
Rozmiar357.93 Kb.
TypDokumentacja
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

Demokracja dzisiaj



Wszyscy powtarzają stwierdzenie Churchilla, że „demokracja to bardzo zły system, ale nikt nie wymyślił lepszego”. Nie zmienia to faktu, że trwają poszukiwania doskonalszego systemu. Demokracja wyraźnie znajduje się w głębokim kryzysie.


Ewolucja demokracji

Jesteśmy krajem, w którym demokracja zakorzeniona jest od wieków. Zaczęło się od wyboru Jagiełły na króla Polski. Dokonali tego panowie małopolscy. Oferta była nie byle jaka: – władztwo nad potężnym państwem, a do tego młoda i słynąca z piękności Jadwiga jako żona, – dziś już wiemy, że miała to być żona święta. Ale były też warunki. Jagiełło musiał się ochrzcić i obiecać przeprowadzenie chrztu swego dotychczasowego dziedzictwa, czyli Litwy. Musiał także zgodzić się na ograniczenie swoich uprawnień władczych, na zasadę neminem captivabimus nisi iure victum (nikogo nie uwięzimy o ile nie będzie prawem skazany), czyli zrezygnować z władzy absolutnej, którą cieszył się na Litwie. Polska weszła na drogę demokracji, drogę zależności władcy od wyborców. Władza stała się przedmiotem umowy między władcą a jego wyborcami. Grono wybierających było niewielkie: grupa najwyższej arystokracji. Do dziś podziwiamy ich mądrość nie tylko w podjętej decyzji o wydaniu Jadwigi za Jagiełłę, ale i w dalszych ich działaniach u boku nowego króla.

Często niesłusznie traktujemy cały okres panowania Jagiellonów jako rezultat tej jednej decyzji związanej z wyborem Jagiełły. Wybór był dożywotni, ale nie obejmował następców. Nie było oczywiste, że po śmierci Jagiełły królem musi zostać jego syn. Wymagało to ponownej decyzji wyborców. Królem najczęściej zostawał najstarszy syn, ale nie zawsze. To nie najstarszy syn Kazimierza Jagiellończyka, Władysław, został królem Polski. Zygmunt Stary, obawiając się, że jego syn, Zygmunt August, może nie zostać wybrany, zaaranżował jego elekcję jeszcze za swego życia (stąd przydomek Stary dla odróżnienia od młodego króla Zygmunta). Każdej elekcji towarzyszyła nowa umowa władcy z wyborcami. W ten sposób z każdą elekcją rosła liczba praw ograniczających władzę króla i przywilejów dla wyborców. Rosło również grono elektorów. Wzrastał zakres demokracji. Stopniowo cała szlachta uzyskała prawo wyborcze. Zaraz jednak pojawiły się ograniczenia, bo nadmiar wyborców stwarzał różne trudności. Ustalona została zasada głosowania osobistego, viritim, trzeba było pojawić się na polu elekcyjnym. Z drugiej strony pojawiły się mechanizmy rozszerzające zakres demokracji, sejmiki lokalne i przywożenie na elekcję pakietu głosów ze swego powiatu, a więc wybory pośrednie.

Równocześnie w miastach rosła zasada rządów przedstawicielskich. Wybierano rajców i to oni, z woli mieszczan, rządzili miastem. Dzięki temu niektóre miasta (np. Gdańsk) stawały się odrębnymi potęgami, z którymi królowie musieli się liczyć.

Po wymarciu Jagiellonów każda elekcja króla w Polsce stała się wydarzeniem zauważanym także za granicą i różne ośrodki zagraniczne zaczęły się w nią angażować, a to dlatego, że trwała zasada wybierania kogoś z rodu królewskiego. Na elekcję przyjeżdżali przedstawiciele obcych dworów i tworzyli koterie popleczników dla swego kandydata. Szczególnie po abdykacji Jana Kazimierza, gdy nie było królewicza z polskiej linii Wazów, obce dwory mocno zaangażowały się w promocję swoich przedstawicieli do polskiego tronu. Widząc to niekorzystne zjawisko, podkanclerzy bp Andrzej Olszowski rzucił hasło: „Niech każdy złoży przysięgę, że nie będzie głosował na tego, od kogo brał pieniądze!”. Zebrana szlachta na Woli błyskawicznie podjęła to hasło, żądając od wszystkich przysięgi. Tym jednym posunięciem zostali wyeliminowani wszyscy obcy kandydaci. Padło następne hasło: „Chcemy króla Piasta!” Wnet wybrany został Michał Korybut Wiśniowiecki, syn Jaremy, słynnego obrońcy kresowych stanic. W tym samym duchu odbyła się następna elekcja, kiedy to królem został Sobieski. Polska znalazła sposób na zgubną ewolucję demokracji w kierunku uzależnienia od obcych.

Niestety, nie na długo. Obieranie przedstawicieli obcych rodów królewskich powróciło - przyszła epoka Sasów. Ale elekcje Leszczyńskiego i Poniatowskiego świadczą, że myśl o wybieraniu rodzimego króla była wciąż żywa. Jednakże miały też miejsce obce ingerencje w nasze elekcje. Znalazło to wyraz w zapisie Konstytucji 3 Maja, domagającym się, by władza królewska była dziedziczną w celu „zamknięcia na zawsze drogi wpływom mocarstw zagranicznych” w czasie bezkrólewia. Również Amerykanie, naśladujący naszą demokrację, zapisali w swojej konstytucji, że prezydent ma być urodzony w USA. Do dziś uniemożliwia to kandydowanie na prezydenta takim ludziom, jak Kissinger, Brzeziński czy Schwarzenegger.

Konstytucja 3 Maja przyniosła jeszcze inny element. Rozszerzyła prawa obywatelskie. Nie tylko potwierdziła i umocniła prawa mieszczan, ale i zauważyła chłopów i włościan, przejmując ich pod opiekę prawa państwowego i uznając ich wolność osobistą. W USA konstytucja dała prawo głosu wszystkim, ale nie zniosła niewolnictwa. U nas nie było go nigdy. Nasze prawa obywatelskie uznane zostały za zagrożenie dla sąsiednich monarchii absolutnych, wskutek czego dostaliśmy się pod ich panowanie. Ale już pod koniec XIX w. i tam pojawiły się organy przedstawicielskie powoływane drogą wyborów. Ordynacje były różne. Nie wszyscy mieli prawo głosu (kobiety, koczownicy) lub głosy nie miały równej wagi (głosy ziemian i arystokracji liczyły się bardziej). Zakres demokracji ciągle się jednak poszerzał. W chwili wybuchu I wojny światowej mieliśmy polskie przedstawicielstwa w parlamentach wszystkich trzech państw zaborczych. (Koła polskie zdominowane były przez przedstawicieli narodowej demokracji - to oni stanowili fundament odrodzonego Sejmu po odzyskaniu niepodległości).

Doszliśmy do obecnego stanu, ale ewolucja demokracji trwa. Modna dziś propaganda równości mężczyzn i kobiet zmierza do zapewnienia odpowiedniej obecności kobiet w organach przedstawicielskich (numerus clausus). Tu i ówdzie obcokrajowców zrównuje się w prawach wyborczych z ludnością rodzimą. Umożliwia się głosowanie mieszkającym za granicą, w konsulatach. Rozważa się umożliwienie głosowania telefonicznego lub przez internet.

A jaka będzie dalsza ewolucja demokracji? Wielu się nad tym zastanawia.


Defekty demokracji

To, że demokracja ma wady, widzi każdy. Podstawową jej wadą jest fakt, że o ważnych sprawach decydują ludzie, którzy nie mają pojęcia, o co chodzi. Rozszerzanie uprawnień wyborczych oddaje zasadnicze decyzje w ręce najmniej kompetentnych. Dziś wyborcy to nie panowie małopolscy. Konsekwencją tego jest coraz niższy poziom kampanii wyborczych, które nie są adresowane do tych, którzy mają określone poglądy polityczne, ale do tych, którzy wiedzą najmniej. Polityków i ich partie sprzedaje się jak każdy inny towar konsumpcyjny przy pomocy adresowanych do podświadomości reklam. Mamy więc nic nie mówiące hasła w rodzaju: „pogoda dobrych ludzi” czy „wybierz przyszłość”, lub obietnice bez pokrycia (np. mieszkanie dla każdego). W rezultacie o wyniku wyborów decyduje ilość pieniędzy wydanych na billboardy i reklamy w telewizji, względnie dostępność polityczna do telewizji publicznej.

Niska świadomość polityczna wyborców przekłada się często na bardzo niski poziom świadomości politycznej wybranych. Do samorządów i parlamentów dostają się ludzie popularni, sportowcy, gwiazdy telewizyjne, ludzie o atrakcyjnej aparycji, względnie lokalni krzykacze, faworyci czy klienci różnych bogaczy lub po prostu ludzie przypadkowi. Tzw. listy krajowe nie cieszą się popularnością i zostały usunięte z naszej ordynacji wyborczej, a to one gwarantowały, by najważniejsi dla danej partii ludzie, potrzebni przy sprawowaniu władzy bądź prowadzeniu skutecznej opozycji, dostali się do Sejmu. Potem Sejm czy poszczególni posłowie są krytykowani za brak kompetencji, a tymczasem przyczyna leży w niesprawności systemu wyborczego.

Obecnie demokracja zaczęła obejmować sprawy, które nigdy pod osąd ludzki, pod głosowania, nie powinny być poddawane. Przecież nad Dekalogiem się nie głosuje! Tymczasem większością głosów różnych parlamentów wprowadza się prawo do zabijania (aborcja, eutanazja, eksperymenty na ludzkich embrionach), legalizuje cudzołóstwo i zboczenia, dopuszcza lichwę uprawianą przez banki itd. Jan Paweł II nauczał, że demokracja bez wartości zamienia się w totalitaryzm.

Innym defektem demokracji jest mała sprawność w rządzeniu. Na pewno łatwiej jest rządzić, mając uprawnienia dyktatorskie, gdy żadna opozycja nie przeszkadza. Warto przy okazji dodać, że na ogół szary obywatel lubi rządy twardej ręki i o takich marzy.

To nieprawda, że w procesie demokratycznym uczestniczyć chce każdy. Frekwencja wyborcza bywa bardzo niska, jak mieliśmy okazję zobaczyć przy wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wielu zdaje sobie sprawę, że do podejmowania decyzji się nie nadaje, ale jednak chce, żeby ktoś rządził. Dotyczy to w szczególności ludzi wychowanych w cywilizacji turańskiej. Rządy Łukaszenki na Białorusi nic wspólnego z demokracją nie mają, co wcale nie oznacza, że nie ma on jakiegoś poparcia społecznego. Podobnie odbierany jest Putin przez Rosjan, Aliyev przez Azerów, czy swego czasu Piłsudski u nas.

Wreszcie demokracja ma tę wadę, że często degeneruje się w system dwupartyjny, gdzie partie praktycznie się nie różnią, a wyborcy mają tylko złudzenie, że coś zmieniają, wpuszczając inny zestaw twarzy do funkcji rządowych. Tymczasem faktyczna władza jest za kulisami, w biznesie, w bankach, w służbach specjalnych, w lożach - ale większość wyborców nie ma o tym pojęcia. Ludzie ambitni, którzy o tym wiedzą, często świadomie dążą do odgrywania roli zakulisowej i nie angażują się do pracy w organach przedstawicielskich – czyli programowo odrzucają demokrację jako drogę do władzy. Taki George Soros, Henry Kissinger czy Józef Retinger nigdy nie startowali w żadnych wyborach, a przecież nie sposób nie uważać ich za bardzo wpływowych działaczy na światowej arenie politycznej.


Pozory demokracji

Rezultatem tych defektów demokracji jest to, że staje się ona pozorna. W PRL niby można było wybrać 8 z 10 kandydatów, ale wszystkich wystawiała rządząca partia oraz zalecano nikogo nie skreślać, czyli oddawać głos na pierwszych 8 kandydatów. Ludzie bali się, że będą odnotowani jako uchylający się od głosowania lub że poszli za kotarkę skreślać. W rezultacie cała ta „demokracja” była farsą i wszyscy o tym wiedzieli.

O wiele częściej wybory się po prostu kupuje. Można to zrobić w sposób nielegalny – czyli fałszując wyniki, albo legalny – kupując kampanię wyborczą. Fałszowanie wyborów jest w stanie zorganizować jedynie dotychczasowa władza, bo to ona organizuje wybory. Sprawa jest jednak ryzykowna, bo jeżeli zostanie zdemaskowana, to o zmianach politycznych zadecyduje ulica, która dotychczasową władzę usuwa metodą rewolucyjną (np. Gruzja). Można również fałszować sondaże lub nagłaśniać tylko te, które uważa się za korzystne dla siebie. Sondaże mają ogromny wpływ na wyborców, bo ludzie z reguły wolą być wśród tych którzy się liczą, a partii skazanych na przegraną popierać nie będą. Tutaj trudniej udowodnić fałszerstwo, więc z tą metodą kupowania wyborów spotykamy się częściej. Najczęściej jednak mamy do czynienia z zupełnie legalnym kupowaniem kampanii wyborczej. Polega ono na monopolizacji środków przekazu. Dzisiaj wybory wygrywa decydujący o tym, co się ukaże w telewizji. Gdy oglądalność koncentruje się na telewizji publicznej, poprzez ograniczanie opozycji dostępu do niej sprawujący władzę przedłużają ją sobie. Gdy telewizja prywatna jest bardziej oglądana, jej właściciel może zostać premierem (np. Berlusconi we Włoszech). Oczywiście wybory kosztują. Trzeba mieć środki na reklamy w telewizji, radiu, na billboardach, na plakatach itd. Kto ma więcej pieniędzy, temu łatwiej wynik wyborów kupić. Niestety w wyborach wielokrotnie odgrywają też rolę pieniądze pochodzące z zagranicy. Przydałby się dziś ktoś taki, jak bp Olszowski, kto by znalazł sposób na wyeliminowanie obcych wpływów.

Pozory demokracji widać też przy różnych wyborach wewnątrz organizacji. Dziś już nic nie zostawia się na żywioł. Wybory przygotowuje się w wąskim gronie decydentów danej organizacji, a potem na zebraniu wyborczym dostarcza się zaufanym członkom sugestie, jak głosować, oraz uprawia się indywidualny lobbing pod owe ustalenia. Przygotowanie wyborów stało się normą. Rzeczywiste decyzje wyprzedzają same wybory.

W pewnym zakresie ma to również miejsce w wyborach powszechnych. Niska świadomość polityczna wyborców powoduje, że z reguły głosują oni na pierwsze nazwisko na liście. Ustalenia wewnątrzpartyjne, dokonane na długo przed wyborami, dotyczące tego, kto znajdzie się na pierwszym miejscu na liście, w dużym stopniu determinują wygraną danej osoby w wyborach.

Tak więc w rzeczywistości wyborcom tylko wmawia się, że to oni decydują.


Pomysły rozszerzające demokrację

Widząc te wszystkie niedomagania demokracji, poszukuje się usprawnień w jej funkcjonowaniu. Jedni uważają, że demokracji jest za mało, i proponują ją poszerzyć. Tu i ówdzie (np. w Belgii) wprowadza się przymus głosowania – żeby rzeczywiście wszyscy ponosili odpowiedzialność za wynik wyborów. (W PRL wymuszano udział w wyborach strachem). Coraz to bardziej obniża się wiek uprawniający do czynnego i biernego udziału w wyborach, gdyż uważa się, że młodzi wcześniej dojrzewają i winni mieć prawo do głosu w sprawach ich dotyczących.

Widziałbym uzasadnienie dla jeszcze dalej idącego rozszerzenia liczby uprawnionych. Można by uprawnić dzieci do udziału w głosowaniach, tyle tylko, że – póki są nieletnie – głosowaliby za nich rodzice: – matki za córki i ojcowie za synów. Dałoby to większy wpływ na sprawy państwowe tym, którzy ponoszą trud wychowywania następnego pokolenia. 22 stycznia 2004 r. nowo mianowany 80-letni kardynał Gustaaf Joos z Belgii powiedział w radiu RTBF, że uważa za rzecz nienormalną, iż głos ojca 7 dzieci liczy się tak samo, jak głos 18-letniego wyrostka, który ledwo potrafi pisać (Agencja RU 07/2004).


Pomysły zawężające demokrację

Pojawiają się też pomysły na zawężenie liczby osób uprawnionych do głosowania.

Jednym ze sposobów są wybory pośrednie. W wyborach powszechnych wybiera się elektorów, a ci z kolei wybierają posłów, senatorów czy prezydenta. W taki sposób wybiera się prezydenta w Niemczech. Taki system formalnie obowiązuje też w USA – prezydenta wybierają elektorzy. System ten jednak zdegenerował się, gdyż w pierwszym głosowaniu elektorzy są zobowiązani głosować według większości uzyskanej w danym stanie, czyli decyduje nie ich własna mądrość, ale wynik w wyborach powszechnych. W efekcie na ogół już w dzień po wyborach wiadomo, kto wygrał. Gdyby jednak na elekcję jechali wybrani do tego np. przez samorządy, byłoby to ograniczenie liczby wyborców do ludzi już w polityce czynnych, a więc trudniej by było wpłynąć na nich tanią propagandą.

Sposób ważenia głosów np. cenzusem wykształcenia lub posiadaniem nieruchomości był już próbowany (w Rosji na początku XX wieku), ale został uznany za niedemokratyczny i świat od tej metody odszedł. Prosty, niewykształcony człowiek może posiadać życiową mądrość i nie wolno go ograniczać w prawach wyborczych. Zasada równości praw wyborczych wszystkich obywateli nie może być naruszana. Trzeba więc szukać innych rozwiązań.

Można by uznać, że prawo wyborcze to przywilej, który ma coś kosztować. Trudno wyobrażać sobie pobieranie odpłatności za głos, bo byłoby to uznane za niesprawiedliwe dla ubogich. Ubogi też może mieć dobrze poukładane w głowie i mieć rację. Kompetencja i zamożność nie idą w parze. Ale można by np. podwoić wysokość kar w kodeksie karnym dla obywateli głosujących. Wtedy przywilej głosowania połączony byłby z perspektywą, że każdy mandat będzie kosztował dwukrotnie więcej, każda odsiadka będzie dwukrotnie dłuższa. Oczywiście rejestrowanie się jako obywatel głosujący musiałoby nastąpić na okres nie krótszy niż jedna kadencja organów przedstawicielskich.

Już samo rejestrowanie się jako wyborcy mogłoby stanowić ogranicznik liczby głosujących. Dziś teoretycznie każdy może sprawdzić, czy jest na liście wyborców, ale w praktyce mało kto to robi. Gdyby był obowiązek zarejestrowania się na kilka tygodni przed wyborami, to głosowałoby dużo mniej ludzi i przy okazji można by dostarczać tylko taką liczbę kart do głosowania, jaka odpowiada liczbie zarejestrowanych wyborców w danym obwodzie. Dałoby to oszczędności i ograniczyło liczbę wyborców tylko do osób zainteresowanych udziałem w wyborach. Niczyje prawa nie byłyby naruszane, a poziom kampanii wyborczej podniósłby się. Ograniczyłoby to też możliwość fałszowania poprzez uzupełnianie urny niewydanymi, a odpowiednio oznakowanymi kartami.


Demokracja w UE

Niby to w imię demokracji w Unii Europejskiej proponuje się zastąpić w Radzie Ministrów (zgromadzeniu przedstawicieli narodów) równe prawa krajów członkowskich już nie kompromisem nicejskim, ale podwójną większością (określona większość krajów i to reprezentujących określone minimum ludności). Chodzi oczywiście o likwidację ostatniego elementu suwerenności krajów członkowskich.

Tymczasem proponowana Konstytucja Europejska zawiera element likwidujący faktyczną demokrację. Niby jest Parlament Europejski, ale mimo tego, że jego decyzje są nadrzędne wobec parlamentów narodowych, posiada o wiele mniejsze kompetencje niż one. Przede wszystkim nie ma prawa inicjatywy ustawodawczej (zgłaszania projektów ustaw). Pojawia się tu deficyt demokracji – to, co odbiera się parlamentom krajowym, nie trafia do europejskiego. Co się zatem z tym dzieje?

Prawo inicjatywy ustawodawczej ma mieć tylko Komisja Europejska. Zarówno Parlament, jak i Rada Ministrów mogą tylko apelować o nowe prawo, ale zgłaszać projektów nie mogą. Parlament może zawetować pomysł Komisji ustawową liczbą głosów (więcej niż połowa ogólnej liczby posłów) i musi on posiadać poparcie Rady (jego podwójnej większości). Parlament może też ustawową liczbą głosów wprowadzić poprawki do propozycji Komisji, a Rada tylko jednogłośnie. W sumie więc Komisja praktycznie decyduje o wszystkim.

A jak ona powstaje? Wyborcy wybierają bezpośrednio posłów do parlamentów swoich i Europejskiego, a więc mają też pośredni wpływ na powoływanie swoich premierów, czyli skład Rady, ale nie na skład Komisji, na jej przewodniczącego, ministra spraw zagranicznych, ministra finansów, ministra sprawiedliwości i pozostałych komisarzy. Tych najważniejszych wyborów ma po wyborach parlamentarnych dokonać Rada podwójną większością głosów, spośród kandydatów na komisarzy zgłoszonych przez kraje członkowskie. Parlament zatwierdzi przewodniczącego i cały skład Komisji zwykłą większością, ale nie może zgłaszać własnych propozycji. Odwołać całą Komisję może większością 2/3 głosów lub ustawową, ale poszczególnych komisarzy nie.

W taką to demokrację teraz weszliśmy! Na razie projekt Konstytucji Europejskiej jeszcze nie został przyjęty i nie obowiązuje. Wymaga ratyfikacji – miejmy nadzieję, że w referendum ten projekt odrzucimy, zarówno Polska, jak i inne kraje.

Niewątpliwie trzeba szukać nowych rozwiązań, bo demokracja dewaluuje się, ale propozycje Unii Europejskiej to zakamuflowana próba usankcjonowania rządów zakulisowych. Parlamenty zarówno krajowe, jak i europejski, mają odgrywać rolę parawanów dla tych rządów. Czy kraje europejskie, a wśród nich my, wyrażą na to zgodę?

Mam nadzieję, że nie.

Polska w Unii


Wejście Polski do Unii Europejskiej stało się faktem niechcianym przez nas, szkodliwym dla Polski, uciążliwym, niemniej jednak faktem. Póki to było możliwe, staraliśmy się przeciwdziałać akcesji. Mieliśmy nadzieję, że Polacy w referendum pomysł wejścia do Unii odrzucą. Stało się inaczej. Dzisiaj musimy się zastanowić, co teraz w Unii będziemy robić, co zrobić możemy i co dobrze by było, żebyśmy zrobili.


Odrzucenie Konstytucji

Pierwszy etap mamy za sobą. Przymierzaliśmy się do ostrej walki o odrzucenie projektu Konstytucji UE. Zbieraliśmy podpisy wzywające do poddania tego projektu pod ogólnokrajowe referendum. Nie chcieliśmy, by o przyjęciu lub odrzuceniu unijnej Konstytucji decydowała ratyfikacja dokonana przez Sejm, szczególnie obecny Sejm, zdominowany przez prounijną większość. Dzięki Polsce proces ustanawiania Konstytucji został na parę miesięcy przesunięty w czasie. Została ona zablokowana przez twarde stanowisko Polski na konferencji międzyrządowej w Brukseli w dniu 13 grudnia 2003 r. Polska udowodniła wtedy, że pomiatać sobą nie pozwoli. Jest to niewątpliwy sukces premiera Millera, ale też i prawie całej polskiej sceny politycznej, gdyż premier działał pod silną presją wielu środowisk. Mało osób wie, jak wielką rolę w tym wszystkim odegrała Liga Polskich Rodzin. Prezydent bardzo chciał zastąpić premiera, ale ten zastąpić się nie dał, choć mocno był poturbowany po wypadku helikoptera, którym wracał z uroczystości barbórkowych. Premier miał prawo obawiać się większej uległości prezydenta wobec unijnych propagatorów projektu Konstytucji Europejskiej. Pojechał w gorsecie usztywniającym nadwątlony kręgosłup. Jednym z najważniejszych elementów tego gorsetu była uchwała Sejmu1 z 11 grudnia 2003 r., za którą głosowała prawie cała izba.

Uchwała była pomysłem Ligi Polskich Rodzin. To nasi przedstawiciele (głównie Roman Giertych) prowadzili rozmowy z klubami poselskimi, by uzyskać ich akceptację. Na Konwencie Seniorów w godzinach popołudniowych 11 grudnia udało się ustalić tekst prawie konsensualny (przeciw były tylko koła RKN Antoniego Macierewicza i PP Jana Łopuszańskiego). Jego istotą było zobligowanie premiera, by nie ustępował w sprawie niekorzystnego dla Polski zapisu sposobu głosowań w Radzie Ministrów i nie pozwolił, by Rzeczpospolita Polska utraciła prawo weta przy jakichkolwiek zmianach traktatowych w przyszłości. Kompromis, za którym opowiadał się Prezydent, miał polegać na tym, że temat głosowań w Radzie Ministrów miał być odłożony na czas, gdy już nie będzie obowiązywało prawo weta krajów członkowskich. Premier okazał się uchwale wierny, a potem przy różnych okazjach deklarował, że była mu ona pomocną w utrzymaniu twardego stanowiska.

Sejm podjął uchwałę wieczorem 11 grudnia 2003r. Tylko kilku posłów było przeciw. Chcieli zmian w uchwale, proponowanych przez Antoniego Macierewicza i Jana Łopuszańskiego. Domagali się normalnego procesu dyskutowania nad jej tekstem, a więc odroczenia uchwały na inny termin, czyli już po konferencji w Brukseli. Dla tych zmian i tak zgody większości sejmowej by nie było. Kto nie umie zauważyć historycznego momentu i obstaje przy nieosiągalnym, sam się ośmiesza. Przeciwnicy uchwały stanęli w jednym szeregu ze zwolennikami Konstytucji Europejskiej, takimi jak Prezydent Kwaśniewski i Andrzej Olechowski.

Ale dalszy ciąg walki z Konstytucją Europejską miał już zupełnie inny przebieg. Zwolennicy konstytucji, tacy jak prezydent Kwaśniewski i minister Cimoszewicz, znaleźli sposób, by ją w imieniu Polski zaakceptować. Najpierw doprowadzono do rezygnacji premiera Millera. Potem przyszła nominacja na premiera człowieka, o którym wiadomo było, że należy do kręgów internacjonalistycznych. Marek Belka to członek globalistycznej Komisji Trójstronnej (Trilateral Commission), ekspert banków międzynarodowych, zaufany Ameryki - skoro został zatrudniony przez nich w Iraku, no i w sposób oczywisty zaufany Prezydenta Kwaśniewskiego. Dostał on zadanie doprowadzenia do rezygnacji z twardego dotychczas stanowiska Polski wobec budzących nasze zastrzeżenia zapisów projektu Konstytucji - z poparciem Sejmu lub bez. Wykonał je bez poparcia Sejmu. Zaraz po fiasku z 13 grudnia 2003 r. przystąpiono do prac nad poszukiwaniem kompromisu umożliwiającego uchwalenie tej Konstytucji. Niepokojąca była już zapowiedź premiera Millera, że w sprawach innych niż nicejski sposób liczenia głosów w Radzie Unii jego rząd gotów jest ustąpić. Belka ustąpił we wszystkich, ignorując nadal obowiązującą uchwałę Sejmu, fakt braku wotum zaufania od Sejmu oraz najnowsze głosowanie Sejmu odrzucające informację rządu w sprawie stanowiska na Konferencję Międzyrządową. Rząd zapowiadał, że będzie bronił nicejskich ustaleń co do siły Polski w głosowaniach, odniesienia do chrześcijaństwa w preambule i takich samych ułatwień dla krajów postsowiecki, jakie Niemcy zapewnili swoim wschodnim landom (dawnemu NRD). Nie obronił niczego, a podpisany 18 czerwca 2004 r. kompromis ogłosił jako zwycięstwo. Co premier Belka oddał obronił „polski hydraulik”, o czym za chwilę.

Dla nas nie tylko bardzo wiele zapisów tego projektu Konstytucji jest nie do przyjęcia, ale nie odpowiada nam w ogóle sam pomysł wspólnej Konstytucji dla Unii. Wspólna Konstytucja oznacza wspólne państwo, czyli powstanie Stanów Zjednoczonych Europy, względnie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, a najprawdopodobniej Republiki Federalnej Europy. Taką ewolucję będziemy zwalczać ze wszystkich sił. Najprostszym sposobem była walka z samą ideą wspólnej Konstytucji, tym bardziej, że ma ona przeciwników w prawie wszystkich krajach Unii i tylko trzeba ich zmobilizować do wspólnego działania. Już wydarzenia z 13 grudnia 2003r. bardzo wzmocniły tę część politycznego spektrum Europy. Znalazło to wyraz w wyborach do Parlamentu Europejskiego z 13 czerwca 2004r., kiedy to eurosceptycy znacząco zwiększyli swój stan posiadania. W delegacji polskiej do Parlamentu Europejskiego Liga Polskich Rodzin okazała się drugą siłą po Platformie Obywatelskiej, otrzymując 10 mandatów (PO dostała 16). Przeciwnicy integracji w Europie liczyli na dalsze twarde stanowisko Polski prowadzące do totalnej blokady idei wspólnej Konstytucji. Przeliczyli się niestety, gdyż nie znają naszej lewicy, jej braku konsekwencji, przewrotności w działaniu i umiejętności nazwania ustępstwa kompromisem, a klęski – zwycięstwem. Kapitulacja Polski nastąpiła w dniu 18 czerwca 2004 r. poprzez złożenie podpisu „premiera” Belki, premiera bez mandatu. Niestety Belka mandat ten w parę dni później uzyskał, nie z wdzięczności za swą postawę w Brukseli, ale dla podtrzymania przy życiu (czytaj: przy dietach) przez nikogo już niechcianego składu Sejmu.

Liga Polskich Rodzin w miarę swoich sił podjęła współpracę z nurtem antykonstytucyjnym w polityce europejskiej. Ludzie ci określają siebie jako antyfederaliści. My też jesteśmy antyfederalistami. Najsilniejsze wpływy tego nurtu są w Wielkiej Brytanii. W zasadzie reprezentują go angielscy konserwatyści, ale skoro okazali się za mało zdecydowani, to opinia publiczna, a w każdym razie elektorat prawego, thacherystowskiego skrzydła konserwatystów, udzielił poparcia w wyborach do Parlamentu Europejskiego mało dotąd znanej Partii Niepodległości. Głównie z nimi przyszło nam więc współpracować na terenie Parlamentu Europejskiego w sprawie przyszłości Unii Europejskiej. Z nimi i z mniejszymi reprezentacjami eurosceptyków z różnych krajów (Francji, Holandii, Szwecji, Danii, Włoch, Czech, Grecji, Irlandii) wspólnie utworzyliśmy grupę pod nazwą „Niepodległość i demokracja” (ND).

Nasi francuscy i holenderscy koledzy z grupy ND bardzo intensywnie i skutecznie zaangażowali się w walkę o odrzucenie projektu konstytucji europejskiej w swych krajach. Pomagaliśmy im nie tylko personalnie, uczestnicząc w prowadzonych przez nich kampaniach, ale i materialnie wspierając ich kampanie ze środków finansowych jakimi grupa dysponuje. To nasz klubowy kolega, Philippe de Villiers, był autorem słynnego hasła o zagrożeniu ze strony „polskiego hydraulika”. De Villiers pochodzi z Wandei, najbardziej tradycyjnie katolickiej części Francji i jest przywódcą francuskich suwerenistów (Mouvement pour la France). Oczywiście to nie tylko nasze działania spowodowały, że we Francji i w Holandii projekt konstytucji dla Europy został odrzucony. Ale jakiś tam wkład był. W sumie okazało się, że znalazła się większość rozumiejąca, że konstytucja europejska oznacza oddanie suwerenności na rzecz biurokratów z Brukseli. Okazało się, że mamy więcej sojuszników niż pierwotnie przypuszczaliśmy. Patrzymy w przyszłość z nadzieją.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

Powiązany:

Dziedzictwo iconDziedzictwo Tom 2

Dziedzictwo iconDziedzictwo zniszczenia

Dziedzictwo iconR. A. Salvatore Dziedzictwo

Dziedzictwo iconR. A. Salvatore Dziedzictwo

Dziedzictwo iconDział: Dziedzictwo kulturowe

Dziedzictwo iconDziedzictwo ruchu ludowego

Dziedzictwo iconPolskie dziedzictwo kulturowe

Dziedzictwo iconDziedzictwo kultury światowej

Dziedzictwo iconDziedzictwo przyrodnicze Odry

Dziedzictwo iconTemat : "dziedzictwo starożytnośCI"

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom