Szmaragdowe morze




Pobierz 0.59 Mb.
NazwaSzmaragdowe morze
strona1/14
Data konwersji12.09.2012
Rozmiar0.59 Mb.
TypDokumentacja
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14
SZMARAGDOWE MORZE

JOHN RINGO

PROLOG

W zamierzchłej przeszłości, kiedy ludzie robili jeszcze takie rzeczy, asteroid o masie piętnastu tysięcy ton nazwano AE-513-49. W drugiej połowie dwudziestego pierwszego wieku, gdy wyszukano i prześledzono trajektorię każdego kawałka skały i lodu, jaki mógł zagrażać bezpieczeństwu Ziemi, uznano, że prawdopodobieństwo zderzenia z asteroidem AE-513-49 – bryłą z żelaza i niklu o kształcie słoniowej nogi – jest na tyle niskie, że bardziej realnym problemem była śmierć cieplna wszechświata.

Przez jakiś czas asteroidę brano pod uwagę w planach eksploatacji metalu, ale w końcu ustalono, że ponieważ krąży ona na orbicie bliskiej Słońca, transport pozyskanych z niej surowców byłby kosztowniejszy niż z innych obiektów wędrujących po odleglejszych rejonach układu słonecznego. Później, po krótkotrwałym rozkwicie cywilizacji, w miarę spadku liczebności mieszkańców Ziemi, którzy tym samym przestali potrzebować surowców spoza atmosfery, eksploatacja asteroidów i tak ustała.

AE-513-49 pozwolono więc krążyć po samotnej orbicie i obiegać Słońce niczym maleńka planeta trzymająca się samego skraju „pasa życia” między Ziemią a Merkurym.

Aż zdarzyło się coś dziwnego.

Asteroida napotkała na swej drodze coś, co spowodowało drobne pchnięcia grawitacyjne. Z początku skręciła w stronę Słońca, w którym oczywiście spaliłaby się bez zauważalnych śladów. Później jednak natrafiła na studnię grawitacyjną Merkurego, przyspieszając w jego polu i ruszając w stronę zewnętrznych rejonów układu słonecznego.

Trajektorię lotu zmieniały kolejne drobne pchnięcia, niektóre prawie niezauważalnie małe, aż jej trasa przybrała taki kierunek, iż nieuniknione stało się jej przecięcie z orbitą Ziemi. Przez prawie rok nic się nie działo.

Kiedy jednak zaczęła zbliżać się do Ziemi, pojawiły się kolejne pchnięcia. Kilka poprawek kursu naprowadzających asteroidę na Ziemię, a dokładniej w pewien konkretny rejon. Te korekty zwalniały ją lub przyspieszały tak, by trafiła w określone miejsce tego rejonu. A później, gdy zbliżyła się do atmosfery, grawitacyjne pchnięcia przybrały na sile. Teraz asteroida celowała w jeden mały punkt. Gdy wkroczyła w atmosferę wysoko nad ziemią, zaczęła świecić, skrząc się płomieniami lżejszych materiałów, zebranych w trwającej dwa miliardy lat wędrówce przez układ słoneczny, wypalających się i odsłaniających lity rdzeń żelazo-niklowy. W miarę zbliżania się do Ziemi i on zaczął się żarzyć, falami ognia sublimując metal.

Tak więc nie lita bryła, a raczej stopiona kula żelaza i niklu – pędząca z prędkością znacznie większą od orbitalnej i ciągnąca za sobą potężny warkocz ognia i dymu – uderzyła w powietrzu w niewidzialną barierę trzydzieści metrów nad niepozornym domem, który wbrew zdrowemu rozsądkowi unosił się na środku jeziora płynnej lawy.

Ulegając prawom fizyki, stop na wpół zjonizowanych przez ciepło metali eksplodował z olbrzymią siłą. Jednak jego eksplozja również została powstrzymana i potężny wybuch, który zniszczyłby większość okolicy, został wytłumiony przez niewidzialną siłę, a jego energia rozproszona.

Żelazo i nikiel stanowiące kiedyś jądro AR-513-49 rozlały się po przezroczystej, półkulistej barierze osłaniającej dom, na chwilę odcinając docierające do wnętrza światło, po czym spłynęły, bulgocząc, i dołączyły do jeziora lawy.

Wewnątrz pola ochronnego uderzenie asteroidu wyczuwalne było jedynie jako głośne uderzenie. Słysząc je, Sheida Ghorbani jak co dzień otworzyła ekran wizyjny i spojrzała na otaczające dom inferno. Całą dolinę wypełniały masy czerwonych i czarnych płynnych skał, dymiących i plujących chmurami żółtawej, przesyconej siarką pary. Jak zwykle przywołała wspomnienie strzelistych jodeł i krystalicznego górskiego strumienia, które kiedyś widziała za oknem. W czasach przed Upadkiem.

Do tego doprowadziła się rasa ludzka. Wznosząc się przez mroki dziejów. Przeżywając wojny i zarazy. Aż osiągnęła poziom techniki, który każdemu umożliwił zaspokojenie pragnień. Zapomniano o wojnach i rządach. Sztuczna inteligencja zwana Matką, powołana początkowo jako protokół ochronny dla prawie mitycznego Internetu, przekształciła się z czasem tak bardzo, że w końcu to ona stała się ostatecznym sędzią. Matka ze swoim Argusowym okiem i procesorami rozproszonymi wszędzie – od pszczelich uli do pozawymiarowych pól kwantowych – wiedziała i widziała wszystko. Nie tylko, kto jest dobry, a kto zły, widziała upadek wróbla.

Jednak niebezpieczeństwo wiążące się z istnieniem takiego bytu zrozumiano jeszcze przed jego powołaniem. Twórca Matki, zdając sobie sprawę z ryzyka wynikającego z jej istnienia, pierwszej prawdziwej SI, ustanowił nad nią ludzką kontrolę. Powołano kilkunastu „posiadaczy Kluczy”, każdy z fizycznym obiektem, którego posiadanie umożliwiało modyfikację jej protokołów i, w ekstremalnych przypadkach, otwarcie jądra systemu i przeprogramowanie go. To ostatnie wymagało jednak całkowitej jednomyślności wszystkich sprawujących pieczę nad Kluczami.

Początkowo, we wczesnych dniach jej młodości, Klucze trafiły do rąk szefów rządów i wielkich korporacji. Jednak z czasem niektóre przeniknęły w mrok świata podziemi. W miarę jak rosła potęga Matki, na jej barki zrzucano coraz więcej decyzji i obarczano coraz większą odpowiedzialnością, aż w ostatnim tysiącleciu to ona stała się faktycznym rządem światowym. Formalnie dozór nad nią sprawowała Rada kilkunastu posiadaczy Kluczy. Stanowili ludzki element struktury władzy i zajmowali się głównie pilnowaniem i utrzymaniem jej protokołów, podczas gdy ona stała na straży dystrybucji dóbr i usług. Ostatni kontrolowany całkowicie przez ludzi światowy rząd rozwiązał się prawie dwieście lat wcześniej z powodu prostego braku jakiejkolwiek użyteczności.

Powód tego braku użyteczności był prosty – przy nieistnieniu ograniczeń praktycznie nie pojawiały się żadne konflikty i przestępczość. Replikacja, teleportacja, nanity i inżynieria genetyczna stworzyły świat, w którym każdy człowiek mógł żyć, jak mu się tylko podobało. Stworzenie domu na szczycie góry stało się banalnie proste, a góra mogła znajdować się w dowolnym miejscu ziemi, bo dzięki teleportacji przeniesienie się w jakiekolwiek miejsce było kwestią jednej myśli. Bardzo popularna stała się modyfikacja ciał, dzięki której ludzie Przemieniali się w syreny, jednorożce, delfiny i mnóstwo innych form. Wszystkie konflikty i przestępstwa wynikają z łamania spisanych i nieformalnych umów. Matka pilnowała, by nie dochodziło do ich naruszania. W rzadkich przypadkach, gdy jednak to następowało, dopuszczająca się tego osoba była odszukiwana przez małe, lecz skuteczne siły policyjne i „poprawiana”, w ekstremalnych warunkach przez oczyszczenie pamięci i jej wymianę w celu stworzenia miłego, przyzwoitego i dobrze dostosowanego obywatela.

Jednak z nieograniczonym bogactwem i swobodą życia wiązały się też pewne problemy. W miarę upływu lat przyrost naturalny ludzkości i postęp naukowy uległy zdecydowanemu ograniczeniu. Populacja planety sięgnęła dwunastu miliardów pod koniec dwudziestego pierwszego wieku, po czym zaczął się długi, powolny spadek, aż przed Upadkiem na ziemi mieszkało zaledwie około miliarda ludzi, w większości rozproszonych w małych osiedlach i wioskach. Przy niczym nieograniczonym dostępie do rozrywek i rodzeniu – dzięki Bogu – przeniesionym z ciał kobiet do replikatorów macicznych wychowanie dzieci trafiło na sam dół listy ludzkich pragnień. A stanowcze protokoły, których pilnowania przestrzegała Matka – wprowadzone w czasach, kiedy dopuszczano się potwornych eksperymentów społecznych – nie pozwalały żadnym grupom na swobodne tworzenie dzieci. Każda istota ludzka powstająca w replikatorze macicznym musiała wywodzić swoje geny z dwojga ludzi, a jedno z nich musiało przyjąć odpowiedzialność za wychowanie dziecka. Zaniedbanie skutkowało utratą przywileju rozmnażania, i dotyczyło to obojga rodziców.

W latach przed Upadkiem na dzieci decydowało się mniej niż dziesięć procent populacji. Stosując proste projekcje liniowe, łatwo dało się spostrzec, że za około pięćset do tysiąca lat ostatni człowiek będzie musiał zgasić światło po wymarłej rasie ludzkiej.

Postęp naukowy zmierzał w tym samym kierunku. Choć wciąż istniały osoby, które zajmowały się grzebaniem na obrzeżach nauki, ostatni większy przełom – teleportacja – został dokonany prawie pięćset lat temu.

Dostrzegając oba te trendy, najstarszy członek Rady, Paul Bowman, uznał, że Coś Trzeba Z Tym Zrobić. Zdecydował, że ludzie muszą znów nauczyć się pracować, stać się silni. A wprowadzenie etyki pracy i ograniczenie dostępu do energii tylko dla osób produkujących dla społeczeństwa umożliwi przywrócenie nauki, sztuki, literatury i przyrostu współczynnika narodzin, który tak znacznie zmalał przez ostatnie tysiąclecie.

Przez lata skupiał koło siebie członków Rady, którzy – kierując się własnymi motywami – uznali jego zwierzchnictwo. I kiedy Rada odrzuciła wysunięte przez niego żądania, grupa ta uderzyła, atakując przeciwników w trakcie zebrania za pomocą owadów przenoszących zabójczą truciznę binarną.

Sheida, jeden z członków Rady, którzy przeciwstawili się Paulowi Bowmanowi, stała się liderką opozycji. Jako studentka historii, której nie znała większość pozostałych, bała się, że jego fanatyzm doprowadzi do przemocy. Zasięgnęła rady u przyjaciela, który jeszcze dogłębniej poznał historię wojen, i przygotowała się najlepiej, jak mogła. Do sali Rady nie można było wnieść żadnych niebezpiecznych przedmiotów. Trujące szerszenie zadziałały tylko dlatego, że w pojedynkę nie stanowiły niebezpieczeństwa, a neurotoksynę aktywowało dopiero użądlenie przez dwa ich rodzaje.

Sheida została użądlona dwukrotnie, przez jeden typ. Niektórzy z jej frakcji zginęli. Ale równocześnie oddali cios, zabijając członków grupy Paula. W walce, tuż przed własną śmiercią, jednego z wrogów zabił Javlatangus Cantor, niedźwiedziołak, podobnie Ungphakorn, Przemieniony quetzacoatl, zabił innego i zabrał jego Klucz.

Mimo wszystko Sheida i jej pozostali przy życiu poplecznicy uciekli. Zaczęła się wojna. Rozpoczął się Upadek.

Rada toczyła teraz między sobą wojnę, wykorzystując energię, która wcześniej służyła społeczeństwu. Otaczające dom jezioro lawy było ubocznym efektem potężnej wiązki energii kierowanej na tarczę jej twierdzy przez stronę Paula, która przybrała nazwę Nowego Przeznaczenia. Koalicja odpowiedziała atakiem i teraz praktycznie cała energia wytwarzana przez ludzkość wykorzystywana była przez frakcje Rady do ataku i obrony.

Pogrążyło to resztę świata w stanie prawdziwej apokalipsy. Od stuleci jedzenie produkowano w replikatorach i teleportowano. Domy często znajdowały się w miejscach, w których nie dało się żyć bez stałego zasilania. Wyłączenie osobistych pól ochronnych stało się przyczyną śmierci wielu ludzi przebywających akurat na dnie mórz lub w fotosferze słońca. Brak pożywienia lub nagła samotność na szczycie góry bądź środku morza prowadziły do znacznie powolniejszego konania.

Tak właśnie rozpoczął się Upadek i nastał po nim Czas Umierania, kiedy w krótkim czasie zginęło ponad dziesięć procent ludności świata, więcej niż sto milionów istot ludzkich o różnych postaciach. Niektórzy w jednej chwili, zanim zorientowali się, co się dzieje. Inni od upadku, utonięcia czy powolną śmiercią głodową lub od promieniowania.

Życie tych, którzy przetrwali Czas Umierania, nie było łatwe. Świat wrócił do stanu sprzed epoki przemysłowej, z rolnikami wyszarpującymi ziemi plony i armiami toczącymi tysiące drobnych starć z gangami bandytów w celu zachowania porządku i utrzymania pozorów cywilizacji.

Najważniejszą grupą, która przyczyniła się do uratowania pozostałych przy życiu mieszkańców ziemi byli rekreacjoniści, ludzie poświęcający się odtwarzaniu życia w zamierzchłych czasach. Tworzyli małe społeczności, w których żyli jak ich przodkowie, używając ręcznych narzędzi i udomowionych zwierząt, naśladując antyczne czasy.

Dzięki powszechnej długowieczności bardzo wielu zajmowało się swoim hobby od dziesięcioleci czy nawet wieków i dysponowało wiedzą, jakiej nie poznała żadna pojedyncza osoba z dowolnego okresu odtwarzanej przez nich historii. Teraz wykorzystywali wszystkie techniki i sztuczki, by ocalić życie uciekinierów – stare słowo, którego znaczenia zapomniano przed Upadkiem – jacy stanęli na ich progu.

Na obszarach podlegających kontroli Sheidy, terenach dawnej Unii Północnoamerykańskiej, społeczeństwa rekreacjonistów przygarnęły uciekinierów i nauczyły, jak żyć, a w rzadkich przypadkach nawet nieźle prosperować, powoli odbudowując społeczeństwo i rząd. Właściwie wcale nie tak wolno. W ciągu roku powstał szkieletowy rząd, konstytucja oraz zalążki sił lądowych i morskich.

Te ostatnie były kluczowe, ponieważ w Ropazji Paul zajmował się tym samym. On jednak poszedł inną drogą, ustanawiając się dyktatorem i używając energii ludzkich ciał do Przemieniania ich w formy „bardziej odpowiednie do aktualnych warunków”. Jego legiony Przemienionych, rosnące liczebnie po każdym skutecznym podboju, błyskawicznie zagarnęły całą Ropazję i zapewniły mu rządy żelaznej ręki. Szybko zaczął snuć plany inwazji na Norau, ziemię swoich wrogów.

Sheida często zastanawiała się, czy słusznie zrobiła, sprzeciwiając się Paulowi. Pozornie jego zamierzenia nie były nawet w części tak straszne jak to, do czego doprowadziła wojna. Choć dzięki niej i tak dostał większość tego, czego pragnął. Przyrost naturalny błyskawicznie skoczył w górę, ponieważ wraz z odcięciem energii przestały obowiązywać protokoły powstrzymujące płodność kobiet. I ludzie zdecydowanie musieli znów nauczyć się pracować.

Kiedy jednak nachodziły ją wątpliwości, wystarczyło, że spojrzała na raporty mówiące o tym, co działo się w Ropazji. Przez stulecia ostro narosły zakazy przeciwko wykorzystywaniu Matki jako uniwersalnego szpiega i narzędzia przymusu. Jednak Matka znająca najintymniejsze sekrety człowieka była jedyną instancją kontrolną – ludzie potrafili się z tym pogodzić, mając pewność, że nie pozna ich nikt inny. Wszyscy przecież mieli tajemnice, których nie chcieli ujawniać światu. Każdemu zdarzały się drobne potknięcia. W ramach protokołów sprzed Upadku Matka nie mogła zostać wykorzystana do nadzoru kryminalnego, po prostu nie. Dla małych, ochotniczych i wiecznie przepracowanych sił policyjnych wyśledzenie przestępców, zapobieganie zbrodniom i odczytywanie umysłów podejrzanych ludzi oznaczało więc stosowanie innych metod, nie odwołujących się do wszystkowiedzącej Matki.

Jeśli Paul przejąłby kontrolę nad systemem, Matka zmieniłaby się z odległego, niedbającego o śmiertelników bóstwa w kogoś, kto nieustannie wszystkich by nadzorował. A biorąc pod uwagę kierunek, w jakim zdążały wprowadzane przez Paula zmiany, zapewne wykorzystano by ją jako ekstremalny środek przymusu. Teraz Przemiana wymagała bezpośredniej, osobistej interwencji członka Rady. Gdyby Paul zdobył kontrolę nad Matką, mógłby zmienić całą rasę ludzką w grupę wyspecjalizowanych insektów.

To jest tylko wojna, pomyślała, wyłączając ekran i wracając do tysięcy obowiązków przewodniczącej Koalicji Wolności i nowo koronowanej królowej Zjednoczonych Stanów. Walczymy w słusznej sprawie, mamy szansę wygrać i grupa, której się przeciwstawiamy, jest wyraźnie pozbawiona wyobraźni, stanowi uosobienie zła, choć wyrosło ono, przynajmniej u Paula, z „dobrych” intencji.

Gdyby tylko zdołali wygrać.


Rozdział pierwszy

Jeździec ściągnął wodze, zatrzymując się przy bocznej drodze i spojrzał na rozciągające się ku wschodowi pola.

Potężnej budowy mężczyzna pomimo zbroi lekko dosiadał bojowego rumaka. Na sobie miał szarą pelerynę, spiętą brązową zapinką przedstawiająca orła, zbroję segmentową – z zachodzących na siebie metalowych płyt przypominających pancerz wija – stalowe karwasze i kilt ze skórzanych pasów z przynitowanymi żelaznymi płytkami. Z prawej strony z siodła zwisał duży hełm z wąską szczeliną w kształcie litery T, a z lewej duża drewniana tarcza z żelaznym okuciem i umbem w formie pikującego orła. Wszystkie metalowe elementy zbroi były mocno powygniatane i porysowane, ale utrzymane w dobrym stanie i wypolerowane.

Prawą rękę jeździec oparł na nodze, trzymając wodze wygiętymi kleszczami protezy zastępującej mu lewą dłoń. Biorąc pod uwagę poziom techniczny wyposażenia, proteza zdecydowanie nie pasowała do reszty – było to złożone urządzenie z wygiętymi kleszczami o zaostrzonej wewnętrznej krawędzi, które wyglądało, jakby zrobiono je z myślą o odcinaniu mniejszych kończyn i otwieraniu butelek. Pod prawym okiem miał zagojoną bliznę, a znacznie więcej znajdowało się ich na prawej ręce w miejscach nieosłoniętych karwaszem.

Do siodła przyczepiono także krótki miecz w pochwie i duży sajdak z łukiem, a za siodłem na końskim grzbiecie spoczywał jeszcze zrolowany koc, kołczan ze strzałami i worek paszy dla konia. Pomimo rozmiarów żołnierza i masy sprzętu koń dźwigał obciążenie bez wysiłku. Przez chwilę po zatrzymaniu przebierał nogami, ale raczej z niecierpliwości niż z powodu zmęczenia. Jeździec uspokoił go i zwierzę znieruchomiało.

Mężczyznę, jego wierzchowca i zbroję pokrywała gruba warstwa kurzu.

Ogorzały i w sfatygowanej zbroi przybysz okazał się młodzieńcem o twardych rysach twarzy, zielonych oczach, z krótkimi czarnymi włosami. I choć trudno było to stwierdzić na podstawie jego wyglądu, ale bardzo niedawno ukończył dziewiętnaście lat. A spora część pól, na które patrzył, należała do niego.

W ciepłym słońcu złotej, pogodnej jesieni trwały właśnie żniwa. Po drugiej stronie dużego pola dwóch ludzi obsługiwało coś w rodzaju żniwiarki. Jeden prowadził maszynę, a drugi wóz zbierający ziarno. Zboże było niskie, a po przejeździe ciągniętej przez woły żniwiarki pozostawało tylko ściernisko i skoszona słoma w rzędach do belowania.

Jeździec rozmyślał chwilę niezdecydowany, po czym skierował wierzchowca na pole. Na tym jego końcu zboże nie zostało jeszcze zebrane i koń zaczął się narowić, dopóki nie pozwolił mu na zatrzymanie się i zgarnięcie pyskiem sporej porcji kłosów.

– Proszę bardzo, Diablo – powiedział z rozbawieniem. – Mike nie powinien ci tego żałować.

Na okrzyk robotnika prowadzącego wóz obsługujący żniwiarkę podniósł wzrok i zatrzymał woły. Te zaczęły grzebać w zbożu, ale ponieważ pyski zasłonięte miały workami z paszą, nie mogły pójść w ślady konia. Kierujący żniwiarką powiedział coś do woźnicy i zszedł z maszyny, po czym ruszył przez pole w stronę gościa. Konny podciągnął głowę wierzchowca i pchnął go do lekkiego kłusa. Kiedy mężczyźni zbliżyli się do siebie, jeździec ściągnął wodze i szeroko się uśmiechnął.

– Nakarmię mego wierzchowca zbożem stojącym w polu – powiedział, po czym zsiadł, zaczepiając wodze na siodle, by koń pozostał w miejscu.

– Herzer – zawołał z uśmiechem żniwiarz, wyciągając rękę. – Dobrze cię widzieć, stary.

– I ciebie, Mike – odrzekł młodzieniec, chwytając przedramię przyjaciela i wskazując protezą na pola. – Do diaska, ciężko się napracowałeś.

– Prawda, ale się opłaciło – pochwalił się Mike, patrząc na przyjaciela z dumą. – Wyglądasz na zmęczonego.

– Bo jestem – przyznał Herzer. – I cieszę się, że wracam do domu. Ale czeka mnie tura w Akademii, więc może będę mógł trochę tu ochłonąć.

– Czego
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14

Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

Szmaragdowe morze iconMorze: szelfowe: szelf kontynentalny, pn europa, morze śródlądowe, 383 tyś km2, śr głębokość 55m baseny

Szmaragdowe morze iconMorze Bałtyckie, Bałtyk płytkie morze śródlądowe na szelfie kontynentalnym w Europie północnej. Połączone z Morzem Północnym przez Cieśniny Duńskie oraz

Szmaragdowe morze iconMorze Wschodniosyberyjskie

Szmaragdowe morze iconR. A. Salvatore Morze Mieczy

Szmaragdowe morze iconStary człowiek I morze ”

Szmaragdowe morze iconStary człowiek I morze”

Szmaragdowe morze iconTemat: Morze Bałtyckie

Szmaragdowe morze iconRegulamin konkursu morze prezentóW

Szmaragdowe morze iconI. Stary człowiek I morze” E. Hemingway

Szmaragdowe morze iconCheck lista co zabrać z sobą na morze

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom