Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68




Pobierz 441.55 Kb.
NazwaDruk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68
strona2/9
Data konwersji12.09.2012
Rozmiar441.55 Kb.
TypDokumentacja
1   2   3   4   5   6   7   8   9
i stóp, tak że kiedy je powkładali na siebie, przypo­minały bardziej królewskie szaty niż zwykłe płaszcze.

Od razu zrobiło im się cieplej, a każdy był przeko­nany, że pozostali wyglądają w nowym stroju o wiele lepiej i bardziej pasują do otoczenia.

— Możemy udawać, że jesteśmy odkrywcami po­larnymi — powiedziała Łucja.

— To wszystko jest tak niesamowite, że chyba nie ma potrzeby niczego udawać — zauważył Piotr, prowadząc ich przez las. Na niebie wisiały ciężkie chmury i zanosiło się na to, że śnieg będzie padać jeszcze przed nadejściem nocy.

— Słuchajcie — odezwał się nagle Edmund — czy nie powinniśmy kierować się bardziej na lewo, oczywiście jeśli chcemy dojść do Latarni? — Przez moment zapomniał, że miał przecież nie przyznawać się do tego, że był już kiedyś w tym lesie. Jak tylko wypowiedział te słowa, zrozumiał, że się zdradził. Wszy­scy stanęli i patrzyli na niego w milczeniu. Piotr za­gwizdał.

— A więc rzeczywiście tu byłeś, kiedy Łucja mó­wiła, że cię tu spotkała. A ty upierałeś się, że ona kła­mie.

Zapadła cisza.

— Ach, te małe jadowite potworki — mruknął pogardliwie Piotr i wzruszył ramionami. Prawdę mó­wiąc, nie było już nic więcej do powiedzenia i cała czwórka ruszyła w dalszą drogę, ale Edmund powta­rzał sobie w duchu: „Zapłacicie mi za to wszyscy. Ban­da zarozumiałych, zadowolonych z siebie pyszałków!"

— Ale dokąd właściwie idziemy? — zapytała Zu­zanna, przede wszystkim po to, aby zmienić temat.

— Myślę, że Łucja powinna prowadzić — odparł Piotr — choć Bóg jeden wie, czy do tego dorosła. Dokąd byś nas zaprowadziła, Łucjo?

— A co myślicie o odwiedzeniu pana Tumnusa? — zapytała Łucja. — To ten miły faun, o którym wam mówiłam.

Wszyscy się na to zgodzili i ruszyli teraz żwawiej w drogę, chrzęszcząc butami po śniegu. Łucja okazała się dobrym przewodnikiem. W pierwszej chwili nie była wcale pewna, czy znajdzie drogę, ale wkrótce roz­poznała jakieś dziwnie wyglądające drzewo, a potem jakiś pniak, który poprzednio utkwił jej w pamięci. Dość szybko znaleźli się w górzystej okolicy, potem zeszli do małego wąwozu, aż w końcu trafili na wejście do pieczary pana Tumnusa. Ale tutaj oczekiwała ich przy­kra niespodzianka.

Drzwi zostały wyłamane z zawiasów i porozbijane na kawałki. Wewnątrz pieczary było ciemno, wilgot­no i zimno — czuło się przygnębiającą atmosferę nie zamieszkanego od wielu dni miejsca. Do środka nawiało sporo śniegu, który leżał na podłodze, zmieszany z czymś czarnym, co okazało się zawartością dawno wygasłego kominka. Ktoś najwyraźniej porozrzucał popiół i zwęglone szczapy po całym pokoju, a nastę­pnie miażdżył je butami. Wszędzie walały się potłu­czone naczynia, a portret taty fauna pocięto nożami.

— Kompletna klapa — powiedział Edmund. — W ogóle nie warto było tu przychodzić.

— A co to takiego? — Piotr zwrócił uwagę na kawałek papieru przygwożdżony do dywanu.

— Czy tam jest coś napisane? — zapytała Łucja.

— Tak mi się wydaje — odpowiedział Piotr — ale w tych ciemnościach nie mogę niczego odczytać. Wyjdźmy z tym na dwór.

Wyszli na światło dzienne i otoczyli Piotra, który odczytał następujące słowa:


Poprzedni właściciel tej nieruchomości, faun Tumnus, zo­stał aresztowany i oczekuje sądu pod zarzutem Spisku Naj­wyższego Stopnia przeciw władzy Jej Cesarskiej Wysokości Jadis, Królowej Narnii, Kasztelanki na Ker-Paravelu, Ce­sarzowej Samotnych Wysp etc., a także pod zarzutem sprzy­jania wrogom Jej Królewskiej Wysokości, udzielania schro­nienia szpiegom i przyjaźnienia się z Ludźmi.

Podpisano: Maugnm,

Kapitan Tajnej Policji.

Niech żyje Królowa!


Dzieci popatrzyły po sobie.

— Wcale nie jestem pewna, czy mi się tu na­prawdę podoba — powiedziała Zuzanna.

— Kim jest ta królowa, Łucjo? — zapytał Piotr.

— Czy coś o niej wiesz?

— Ona wcale nie jest prawdziwą królową. To straszna wiedźma, Biała Czarownica. Nienawidzą jej wszyscy, wszyscy mieszkańcy lasu. To ona zaczaro­wała cały ten kraj, tak że zawsze jest zima, a przy tym nigdy nie ma Bożego Narodzenia.

— Ja... zastanawiam się, czy w ogóle jest sens iść dalej — powiedziała Zuzanna. — Chodzi mi o to, że tutaj jakoś nie jest specjalnie bezpiecznie, i myślę, że nie będziemy się dobrze bawić. A poza tym z każdą chwilą robi się coraz zimniej i nie zabraliśmy nic do jedzenia. Co wy na to, żeby wrócić do domu?

— Ale przecież nie możemy tego zrobić, napra­wdę, nie możemy! — wykrzyknęła Łucja. — Czy to nie jest dla was jasne? Po tym wszystkim nie możemy sobie tak po prostu iść do domu. Przecież to przeze mnie ten biedny faun wpadł w takie tarapaty. Mó­wiłam wam, że ukrył mnie przed Czarownicą i pokazał mi powrotną drogę. To właśnie oznacza „sprzyjanie wrogom Królowej i przyjaźnienie się z Ludźmi". Mu­simy spróbować go uwolnić.

— Dużo możemy zrobić — wtrącił się Edmund

— kiedy nawet nie mamy nic do jedzenia.

— Cicho bądź! — powiedział Piotr, który wciąż był na niego zły. — A co ty o tym myślisz, Zuzanno?

— Mam okropne uczucie, że Łucja ma rację. Nie mam najmniejszej ochoty iść ani kroku dalej i żałuję, że w ogóle tu przyszłam. Ale sądzę, że musimy coś zrobić dla pana Jak-mu-tam-na-imię, to znaczy tego fauna.

— I ja tak myślę — powiedział Piotr. — Niepokoi mnie tylko brak jedzenia. Głosowałbym za po­wrotem i zabraniem czegoś ze spiżarni, gdyby tylko była pewność, że uda nam się dostać do tego kraju po raz drugi. Ale takiej pewności nie mamy. Uważam, że musimy iść dalej.

— Ja też — powiedziały jednocześnie obie dziew­czynki.

— Dobrze by było, żebyśmy chociaż wiedzieli, gdzie tego biedaka uwięziono — dodał Piotr.

Milczeli przez chwilę zastanawiając się, co robić, kiedy nagle Łucja zawołała:

— Spójrzcie! Tam jest drozd, z takim czerwonym brzuszkiem! To pierwszy ptak, jakiego tu widzę. Pa­trzcie! A może ptaki w Narnii potrafią mówić? On wygląda tak, jakby chciał nam coś powiedzieć. — I zwróciła się wprost do drozda: — Przepraszam bar­dzo, czy nie mógłbyś nam powiedzieć, dokąd zabrano fauna Tumnusa?

Kiedy to powiedziała, zrobiła kilka kroków w kie­runku ptaka, a drozd natychmiast odfrunął na na­stępne drzewo i zaćwierkał, wpatrując się w nich tak, jakby zrozumiał wszystko, co mówili. Prawie bez­wiednie cała czwórka postąpiła krok lub dwa w jego stronę. Drozd znowu przeleciał na następne drzewo i znowu patrzył na nich, jakby chciał im coś powie­dzieć. (Trudno byłoby spotkać drozda o bardziej czer­wonym brzuszku i o bardziej bystrym spojrzeniu.)

— Wiecie co — powiedziała Łucja — jestem pew­na, że on naprawdę chce nas gdzieś zaprowadzić.

— Ja też tak myślę — zgodziła się Zuzanna. — Co o tym sądzisz, Piotrze?

— No cóż, w każdym razie możemy spróbować — odpowiedział Piotr.

Drozd wydawał się wszystko doskonale rozumieć. Przelatywał z drzewa na drzewo, zawsze kilkanaście metrów przed nimi, ale na tyle blisko, aby nie stracili go z oczu. Kiedy odfruwał, z gałązek opadała lawina śniegu. W ten sposób prowadził ich po nieznacznie opadającym zboczu. Po jakimś czasie czarne chmury na niebie rozstąpiły się i wyjrzało blade, zimowe słoń­ce, a śnieg wokół nich rozjarzył się kłującą w oczy bielą. Wędrowali tak około godziny. Dziewczynki szły na przedzie. W pewnej chwili Edmund odezwał się półgłosem do Piotra:

— Jeżeli nie jesteś zbyt dumny i wielki na to, aby ze mną rozmawiać, to miałbym ci coś do powie­dzenia. Dobrze by było, żebyś to wiedział.

— Co masz na myśli?

— Ciiicho! Nie tak głośno. Po co straszyć dziew­czyny? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co robimy?

— A co? — spytał Piotr, zniżając głos do szeptu.

— Idziemy za przewodnikiem, o którym nic nie wiemy. Skąd możemy wiedzieć, po czyjej stronie jest

i ten ptak? A może prowadzi nas w pułapkę?

— To wredny pomysł. To przecież drozd... We wszystkich opowieściach, jakie czytałem, drozdy są zawsze dobrymi ptakami. Jestem pewien, że drozd nie mógłby być po złej stronie.

— Jeżeli już o to chodzi, to która strona jest na­prawdę dobra? Skąd możemy wiedzieć, że fauny są w porządku, a królowa, tak, tak, SŁYSZAŁEM, że to czarownica, jest zła? Przecież nic nie wiemy ani o niej, ani o faunach.

— Faun uratował Łucję.

— On tak tylko POWIEDZIAŁ. Skąd wiesz, że tak było naprawdę? A poza tym jest jeszcze jedna sprawa. Czy ktoś z was ma najmniejsze pojęcie o tym, jak wrócić do domu?

— O holender! Nie pomyślałem o tym.

— I w dodatku nie ma żadnych widoków na obiad — dodał Edmund.


Rozdział 6

DZIEŃ U BOBRÓW


PODCZAS GDY DWAJ CHŁOPCY szeptali między sobą w tyle, dziewczynki krzyknęły nagle: „Och!" i rap­townie się zatrzymały.

— Drozd! — zawołała Łucja. — Drozd gdzieś odleciał!

I miała rację. Nigdzie go nie było.

— I co teraz zrobimy? — zapytał Edmund, pa­trząc na Piotra tak, jakby chciał powiedzieć: „A nie mówiłem?"

— Ciiicho! Spójrzcie! — powiedziała Zuzanna.

— Co? — spytał Piotr.

— Tam coś jest wśród drzew, o, tam, na lewo. Wszyscy wytrzeszczyli oczy, a nikt nie czuł się zbyt przyjemnie.

— O, znowu się rusza — powiedziała Zuzanna. — Wciąż tam jest. Schowało się za tym wielkim drzewem.

— Co to może być? — zapytała Łucja, starając się, aby jej głos nie brzmiał zbyt nerwowo.

— Nie wiem, co to jest, ale wiem, że wyraźnie się przed nami chowa — zauważył Piotr. — To coś takiego, co nie chce być zauważone.

— Wracajmy do domu — powiedziała Zuzanna. I wtedy, chociaż nikt nic nie powiedział, wszyscy zdali sobie sprawę z tego, o czym Edmund szeptał Piotrowi na końcu poprzedniego rozdziału. Zabłądzili.

— Jakie to jest? — spytała znowu Łucja.

— To jest chyba jakiś rodzaj zwierzęcia — po­wiedziała Zuzanna.

— O, patrzcie! Patrzcie! Szybko! O, tam jest!

Teraz wszyscy zobaczyli porośniętą futrem twarz z długimi wąsami, która obserwowała ich zza drzewa. Ale tym razem dziwne stworzenie nie uciekło na ich widok. Przeciwnie, przyłożyło łapę do pyska, tak jak ludzie przykładają palec do ust, kiedy dają znać, żeby być cicho. Potem znowu znikło. Dzieci stały, wstrzy­mując oddechy.

Chwilę później dziwny stwór wychynął zza drzewa, rozejrzał się dookoła, jakby w obawie, że ktoś może ich zobaczyć, i powiedział: „Ciiicho!", czyniąc wyraźne znaki, by poszli za nim, w gęstszy las. Potem zniknął ponownie.

— Wiem, co to jest — powiedział Piotr. — To bóbr. Widziałem jego ogon.

— On chce, żebyśmy za nim poszli — wtrąciła Zuzanna — i ostrzega nas, żebyśmy byli cicho.

— To jasne — powiedział Piotr. — Problem tyl­ko, czy iść za nim, czy nie. Co o tym myślisz, Łucjo?

— Wygląda na bardzo miłego bobra.

— Tak, tylko skąd o tym WIESZ? — zapytał Ed­mund.

— Czy nie możemy zaryzykować? — odezwała się Zuzanna. — Nie sądzę, aby stanie w tym śniegu da­ło nam coś więcej, a poza tym czuję, że na pewno zjadłabym obiad.

W tej chwili bóbr znowu wytknął głowę zza drze­wa i wyraźnie pokiwał na nich pazurem.

— Chodźmy — powiedział Piotr — sprawdzi­my to. Trzymajmy się blisko siebie. Powinniśmy być godnymi przeciwnikami dla jednego bobra, jeśli okaże się wrogiem.

Tak więc dzieci zbiły się w ciasną gromadkę i po­szły w kierunku drzewa, a za nim, jak można się było spodziewać, znalazły bobra. Na ich widok znowu za­czął się cofać, a widząc, że się wahają, odezwał się chrapliwym, gardłowym głosem:

— Trochę dalej. Chodźcie trochę dalej. O, tam, gdzie pokazuję. Na otwartej przestrzeni nie jesteśmy bezpieczni.

Wreszcie zaprowadził ich do ciemnego miejsca, gdzie cztery drzewa rosły tak blisko siebie, że ich ga­łęzie połączyły się, tworząc szczelny dach. Pod no­gami widać było zamiast śniegu brunatną ziemię i jodłowe igły. Dopiero tutaj zatrzymał się i zaczął mówić.

— To wy jesteście Synami Adama i Córkami Ewy?

— Zgadza się, jesteśmy przedstawicielami tego gatunku — odpowiedział Piotr.

— Nie tak głośno, proszę. Nie jesteśmy tu bez­pieczni.

— Dlaczego? Kogo się obawiasz? — zapytał Piotr. — Oprócz nas nie ma tu nikogo.

— Są tu drzewa — powiedział bóbr. — One zawsze nasłuchują. Większość z nich jest po naszej stronie, ale są i takie, które mogłyby donieść JEJ, wie­cie, o kim mówię.

— Jeżeli już mówimy o stronach — powiedział Edmund — to skąd możemy mieć pewność, że jesteś naszym przyjacielem?

— Nie chcemy, oczywiście, pana obrazić — wtrącił szybko Piotr — ale sam pan rozumie, jesteśmy tu obcy.

— W porządku, w porządku — powiedział bóbr. — Oto mój znak rozpoznawczy. — Po tych słowach podał im jakiś mały przedmiot. Wszyscy popatrzyli ze zdziwieniem, a Łucja oznajmiła:

— Ależ oczywiście! To moja chusteczka, którą dałam biednemu panu Tumnusowi.

— Zgadza się — rzekł bóbr. — Biedaczysko, wyczuł, że przyjdą go aresztować, i zdążył mi ją prze­kazać. Powiedział mi, że gdyby mu się coś stało, mu­szę was odnaleźć i zabrać do... — tu głos mu zamarł, a on sam wykonał kilka tajemniczych gestów. Potem dał znać dzieciom, aby przysunęły się do niego jeszcze bliżej, tak że jego długie wąsy łaskotały je w policzki, i dodał stłumionym szeptem:

— Mówią, że Aslan jest w drodze... a może już wylądował.

I wówczas zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Żadne z dzieci nie wiedziało o Aslanie więcej niż wy, ale gdy tylko bóbr wypowiedział te słowa, każde z nich po­czuło się zupełnie inaczej. Być może zdarzyło się wam kiedyś we śnie, że ktoś powiedział coś, czego nie ro­zumieliście, ale co zdawało się mieć jakieś niezwykłe znaczenie: albo przerażające — i wtedy cały sen za­mieniał się w koszmar, albo tak cudowne, że trudno wyrazić je słowami — i wtedy sen stawał się czymś tak wspaniałym, że zapamiętaliście go na całe życie i zawsze odtąd pragniecie, aby przyśnił się wam raz jeszcze. Coś podobnego poczuły dzieci po wypowie­dzeniu przez bobra tego dziwnego zdania. Na dźwięk imienia „Aslan" każdemu z dzieci coś drgnęło w sercu. Edmund odczuł falę tajemniczego lęku. Piotr stał się nagle wyjątkowo dzielny i żądny przygód. Zuzanna poczuła się tak, jakby ją ogarnął jakiś cudowny zapach albo jakaś zachwycająca, słodka melodia. A uczucie, które przeniknęło Łucję, przypominało nastrój, w ja­kim ktoś budzi się rano i zdaje sobie sprawę, że jest pierwszy dzień wakacji albo początek lata.

— A co z panem Tumnusem? — przerwała ci­szę Łucja. — Gdzie on może teraz być?

— Sza! — syknął bóbr. — Nie tutaj. Muszę was zaprowadzić tam, gdzie będziemy mogli spokojnie po­rozmawiać, no i zjeść obiad.

Nikt — prócz Edmunda — nie miał już żad­nych wątpliwości, że można bobrowi zaufać, i wszyscy — tym razem również i Edmund — ucieszyli się na dźwięk słowa „obiad". Pospieszyli więc za swoim no­wym przyjacielem, który podążał naprzód nadspo­dziewanie szybko i prowadził ich przez najbardziej za­rośnięte miejsca. Trwało to około godziny. Każdy był już porządnie zmęczony i głodny, kiedy wreszcie drze­wa przed nimi stały się rzadsze, a teren zaczął się sto­pniowo obniżać. Chwilę później wyszli na otwartą przestrzeń. Słońce wciąż świeciło, a przed nimi roz­taczał się wspaniały widok.

Stali na zboczu spadzistej, wąskiej doliny, na której dnie płynęła — a w każdym razie płynęłaby, gdyby nie była skuta lodem — dość szeroka rzeka. Tuż pod nimi na rzece zbudowano tamę i kiedy ją zobaczyli, przypomnieli sobie od razu, że przecież bobry zawsze budują tamy. Nie mieli wątpliwości, że patrzą na tamę, którą zbudował właśnie pan Bóbr. Zauważyli zre­sztą, że na jego twarzy pojawił się wyraz dumy — coś takiego, co łatwo można dostrzec na twarzy osoby, która pokazuje nam swój ogród albo czyta nam na­pisane przez siebie opowiadanie. Zuzanna potrafiła się znaleźć i powiedziała:

— Cóż za wspaniała tama!

A pan Bóbr nie syknął tym razem „Sza!", ale rzucił lekceważąco:

— Ależ to przecież nic nadzwyczajnego! Nic nad­zwyczajnego! Jeszcze nie skończona...

Powyżej tamy znajdowało się coś, co zapewne było kiedyś głębokim stawem, ale teraz jedynie płaską po­wierzchnią ciemnozielonego lodu. Poniżej też był lód, ale nie płaski i równy jak stół, lecz pofałdowany i pożłobiony, jakby nagle chwycił ostry mróz i utrwalił kształty spienionych fal w ich naturalnym biegu w dół rzeki. A tam, gdzie niegdyś woda spływała w kaska­dach z tamy, lśniła teraz ściana lodowych sopli, jakby tę stronę budowli pokrywały kwiaty, wieńce i girlandy z najczystszego cukru. Pośrodku tamy, częściowo w nią wbudowany, wyrastał śmieszny domek przypomina­jący wielki ul. Z dziury w jego szczycie ulatywał we­soły dymek i już sam ten widok (zwłaszcza gdy się było głodnym) przywodził na myśl gotowanie, pie­czenie i smażenie, co sprawiało, że czuło się jeszcze większy głód niż przedtem.

Trudno się dziwić, że dzieci wpatrywały się w do­mek na tamie jak urzeczone, ale Edmund dostrzegł coś jeszcze, na co pozostałe nie zwróciły w ogóle uwa­gi. Nieco niżej widać było ujście drugiej, mniejszej rzeczki, biegnącej przez niezbyt stromą dolinę. Pa­trząc w górę tej dolinki, zobaczył dwa małe wznie­sienia. Nie ulegało wątpliwości, że są to owe dwa wzgórza, które pokazała mu Biała Czarownica, gdy tamtego dnia rozstawali się w pobliżu Latarni. „A więc gdzieś pomiędzy nimi — pomyślał Edmund — musi być jej pałac, zaledwie milę stąd, a może jeszcze bli­żej". Pomyślał o ptasim mleczku i o tym, że może zostać królem („Ciekaw jestem, czy Piotrowi będzie się to podobało"), i okropny pomysł wpadł mu do głowy.

— A więc jesteśmy na miejscu — oznajmił pan Bóbr — i wygląda na to, że pani Bobrowa nas ocze­kuje. Pokażę wam drogę. Uważajcie tylko, żeby się nie pośliznąć.

Tama okazała się wystarczająco szeroka, aby po niej iść, chociaż (dla ludzi) nie było to zbyt przyjemne ze względu na lód, który ją pokrywał. Z jednej strony zamarznięte rozlewisko górnej rzeki równało się po­ziomem ze szczytem tamy, a z drugiej strony ziała niebezpieczna przepaść, na której dnie bieliły się lo­dowe fale dolnej rzeki. Pan Bóbr poprowadził ich gę­siego po szczycie tamy, aż na sam środek, skąd hen, do horyzontu, widać było rzekę z jednej i drugiej stro­ny. Tutaj znajdowały się drzwi do jego domku.

— A więc jesteśmy, żono — powiedział pan Bóbr. — Znalazłem ich. Oto są Synowie i Córki Adama i Ewy.

Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę Łucji, kiedy weszli do środka, był dziwnie znajomy turkot. Potem zobaczyła puszystą postać siedzącą w kącie przy maszynie do szycia. Była to pani Bobrowa. Na ich widok zatrzymała maszynę, wstała, wyjęła długą nitkę, która zwisała jej z pyska, i spojrzała na nich przyjaźnie.

— Wreszcie przybywacie! — powiedziała, wy­ciągając do nich swoje pomarszczone, stare łapy. — Nareszcie! Pomyśleć tylko, że dożyłam tego dnia! Kar­tofle już się gotują, czajnik podśpiewuje i mam na­dzieję, panie Bobrze, że przyniesiesz nam jakąś rybkę.

— Przyniosę, a jakże — odpowiedział pan Bóbr i chwyciwszy cebrzyk, wyszedł z domu (a Piotr z nim). Na środku zamarzniętego rozlewiska czerniał wyrą­bany w lodzie siekierą niewielki przerębel. Pan Bóbr usiadł na jego brzegu (nie przejmując się wcale tem­peraturą), popatrzył uważnie w dziurę, potem nagle zanurzył błyskawicznie łapę w wodzie i zanim zdą­żylibyście powiedzieć „Kuba Wróbel", wyciągnął pięk­nego pstrąga. Potem powtórzył tę sztukę tyle razy, ile było potrzeba, by cebrzyk napełnił się rybami.

W tym samym czasie dziewczynki pomagały pani Bobrowej napełnić kociołek wodą, nakryć do stołu, pokroić chleb, włożyć talerze do piekarnika, aby się ogrzały, z beczułki stojącej w kącie nalać dla pana Bobra piwa do sporego kufla, postawić na ogniu pa­telnię i rozgrzać tłuszcz. Łucja pomyślała sobie, że dom


państwa Bobrów jest bardzo przytulny, choć w ni­czym nie przypominał pieczary pana Tumnusa. Nie było w nim książek ani obrazów, a zamiast łóżek wbu­dowano w ściany prycze, jak na okręcie. Z sufitu zwieszały się szynki i wieńce cebuli, a na ścianach wi­siały gumowe buty, płaszcze nieprzemakalne, siekiery, nożyce, szpadle, rydle, rozmaite narzędzia murarskie, wędki, sieci rybackie i więcierze. A obrus na stole, choć bardzo czysty, był szorstki w dotyku.

Właśnie kiedy tłuszcz na patelni zaczynał już skwier­czeć, Piotr i pan Bóbr powrócili z rybami, które go­spodarz uprzednio wypatroszył i oczyścił nożem na świeżym powietrzu. Możecie sobie wyobrazić, jak cu­downie pachniała smażąca się świeżo złowiona ryba i jak bardzo dzieciom ciekła ślinka, i jak głód ich wzra­stał i wzrastał z każdą chwilą, aż wreszcie pani Bo­browa oznajmiła: „No, to jesteśmy już prawie goto­we". Zuzanna odcedziła kartofle i postawiła je jeszcze na kuchni, aby odparowały, a Łucja pomogła pani Bo­browej wyłożyć pstrągi na półmisek. Wreszcie każdy mógł sobie przysunąć jeden ze stołków (w domu Bo­brów wszystkie stołki miały trzy nogi; wyjątkiem był specjalny fotel na biegunach, w którym pani Bobrowa siadywała przy piecu) i przygotować się na bliskie już rozkosze podniebienia. Na stole stał dzban kremowe­go mleka dla dzieci (pan Bóbr wolał zostać przy piwie) i wielka bryła złocistego masła, z której każdy mógł sobie brać do kartofli tyle, na ile miał ochotę. Każde z dzieci pomyślało sobie — a ja zgadzam się z nimi — że nie ma nic lepszego nad dobrą rybę ze słodkiej wody, jeżeli je się ją w pół godziny po złowieniu i w pół minuty po zdjęciu z patelni. A kiedy skoń­czyli jeść rybę, pani Bobrowa wyciągnęła niespodzie­wanie z piekarnika wielką, jeszcze gorącą i polukrowaną na wierzchu struclę z marmoladą i postawiła imbryk na ogniu, tak że kiedy skończyli struclę, her­bata była już gotowa. I kiedy każdy dostał filiżankę herbaty, każdy podsunął swój stołek do ściany, aby się o nią wygodnie oprzeć, i każdy wydał z siebie dłu­gie westchnienie pełnego szczęścia.

— A teraz — powiedział pan Bóbr, odstawiając pusty już kufel i przysuwając sobie filiżankę herbaty — jeżeli będziecie tak mili i poczekacie, aż napełnię sobie fajkę, możemy zająć się naszymi sprawami. Wi­dzę, że śnieg znowu pada — dodał, spoglądając w ok­no. — To najlepsze, co mogło się zdarzyć, bo to zna­czy, że nie będziemy mieli nieproszonych gości, a jeśli ktoś próbował was tropić, nie znajdzie żadnych śladów.


Rozdział 8

CO WYDARZYŁO SIĘ PO OBIEDZIE


A TERAZ — poprosiła Łucja — niech nam pan opo­wie, co stało się z panem Tumnusem.

— No cóż, to paskudna, bardzo paskudna spra­wa — odpowiedział pan Bóbr, potrząsając głową. — Nie ma wątpliwości, że zabrała go policja. Do­wiedziałem się o tym od pewnego ptaka, który to wszystko widział.

— Ale dokąd go zabrali? — zapytała Łucja.

— Kiedy go ostatni raz widziano, prowadzili go na północ, a wszyscy wiemy, co to oznacza.

— Nie wszyscy. MY nie wiemy — powiedziała Zuzanna.

Pan Bóbr jeszcze raz potrząsnął głową ze smut­kiem.

— Obawiam się, że to oznacza tylko jedno: pro­wadzą go do jej Domu.

— Ale co oni chcą z nim zrobić? — wydusiła z siebie Łucja.

— No cóż — odpowiedział pan Bóbr — trud­no to z całą pewnością przewidzieć. W każdym razie z tych, których tam zabrano, niewielu dotąd powró­ciło. Posągi. Mówią, że cały ten Dom pełen jest posągów: na dziedzińcu, wzdłuż schodów, w wielkiej sali. Posągi tych, których ona zamieniła — tu przerwał na chwilę i wzdrygnął się — zamieniła w kamień.

— Ale, panie Bobrze — powiedziała Łucja — czy nie możemy... to znaczy my musimy coś zrobić, aby go uratować. To przecież jest straszne... i to wszystko z mojego powodu.

— Nie wątpię, żebyś go uratowała, gdybyś tylko mogła, moja kochana — wtrąciła się pani Bobrowa

— ale nie ma żadnej szansy, aby się dostać żywym do pałacu bez jej woli i wyjść z niego żywym.

— Czy nie możemy wymyślić jakiegoś fortelu?

— zapytał Piotr. — To znaczy, czy nie możemy prze­brać się za kogoś albo udawać, że jesteśmy... no, na przykład wędrownymi sprzedawcami, albo kimkol­wiek, albo zaczaić się i czekać, aż ona będzie wyjeż­dżała, albo, och..., do licha, przecież musi być jakiś sposób! Ten faun uratował moją siostrę, narażając swoje życie. Nie możemy go tak po prostu zostawić, żeby był... żeby... żeby z nim to zrobiono.

— Nie sądzę, Synu Adama — powiedział pan Bóbr — aby cokolwiek wyszło z WASZYCH prób. Ale skoro już Aslan jest w drodze...

— Właśnie! Opowiedz nam o Aslanie! — ode­zwało się kilka głosów naraz, ponieważ znowu, na sam dźwięk tego imienia, ogarnęło ich dziwne uczucie: jak pierwsze oznaki wiosny, jak dobra nowina.

— Kim jest Aslan? — zapytała Zuzanna.

— Aslan? — powtórzył pan Bóbr. — Jak to, nie wiecie? On jest Królem. On jest Panem całej pu­szczy, choć nie bywa tu często. Nie było go tu za

mojego życia ani za życia mojego ojca. Ale oto doszła nas nowina, jakoby powrócił. Już jest w Narnii. On sobie poradzi z Białą Czarownicą. To on, a nie wy, może uratować pana Tumnusa.

— A czy ona nie może zamienić i jego w kamień? — zapytał Edmund.

— Niech cię Pan Bóg ma w swojej opiece, Synu Adama! Cóż to za naiwne pytanie — odpowiedział pan Bóbr, wybuchając śmiechem. — Zamienić w kamień JEGO? Jeżeli zdoła stanąć na własnych nogach przed nim i spojrzeć mu w twarz, to już będzie szczyt tego, na co ją stać. Nie, nie. On wszystko naprawi, jak mówi się w naszych stronach w pewnym starym wierszu:


Zło zostanie naprawione,

Gdy w tę Aslan przyjdzie stronę;

A gdy głośno on zaryczy,

Znikną smutki i gorycze;

A gdy zębem wkoło błyśnie,

Zimę nagła śmierć uściśnie,

1   2   3   4   5   6   7   8   9

Powiązany:

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconWarszawa: Druk I oprawa katalogu wystawy ignacy jan paderewski (1860-1941) polak, europejczyk, MĄŻ stanu I artysta

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconDruk systemem ctp, ctf z materiałów przekazanych przez Zamawiającego w formie plików pdf, oprawa, spedycja publikacji książkowych oraz kalendarzy. Wykaz publikacji

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconHerbal pets s c. ul. Lwa 14/8, 61-244 Poznań tel/fax: +48 (0-61) 887-82-10 tel kom. 0 691 630 727

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconBliższe informacje dr Marceli Burdelski, Zakład Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Gdańskiego, tel.: ( 0-58) 523 41 68; tel kom. 602 68 11 01

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconZakład opieki zdrowotnej poznań stare miasto

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconZakład Lekkiej Atletyki awf poznań, 2008/2009 III wf d, 5 sem

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconZakład Lekkiej Atletyki awf poznań, 2005/2006 III wf d, 5 sem

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconPL: 60-637 Poznań, Wojska Polskiego 28. Tel.: (48 61) 848 71 25

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconPoznań, 11 marca 2010 roku Zakład Frazeologii I Kultury Języka Polskiego ifp uam

Druk I oprawa: Zakład Poligraficzny „Abedik, Poznań, ul. Ługańska 1, tel. 877 40-68 iconJednostka projektowa toya design ul. Kasprzaka 19/6, 60-236 Poznań, tel. 0-61 8478512

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom