Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik




Pobierz 0.77 Mb.
NazwaPs-15 zbigniew nienacki pan samochodzik
strona4/12
Data konwersji13.09.2012
Rozmiar0.77 Mb.
TypDokumentacja
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

PODEJRZANY ANTYKWARIAT * KRÓTKI WYKŁAD O HISTORII MEBLI * ZDEMASKOWANO MNIE! * SPOTKANIE Z PIĘKNĄ BLONDYNĄ * UWAGA, PSEUDONIM KOLEKCJONER!


Wstaliśmy wcześnie, bo mimo że okno naszego pokoju nie wychodziło na morze, zbudził nas łoskot fal, bijących o pobliską plażę. W pokoju czuło się też zapach morza - słonawy, trochę gorzki, z odrobiną woni gnijących wodorostów. Przez szyby świeciło ostro lipcowe słońce. Donośny szum fal zapowiadał silny wiatr. Cała nasza trójka pragnęła jak najszybciej znaleźć się na piaszczystej plaży, wpatrzeć się w zielonkawą, zdobną pianą wodę rozlaną aż po horyzont.

Szybko umyłem się, ogoliłem i przebrałem w białe płócienne spodnie, żółtawą koszulkę z maltańskim krzyżem na kieszonce i płócienne pantofle na grubej podeszwie. Zaraz też umyli się Zosia i Jacek. Dziewczyna chciała od razu przebierać się w kostium kąpielowy i biec na plażę, jednak jej brat był nieubłagany:

- Coś mi się zdaje, że zapomniałaś o tajemniczej damie, czekającej na nas we Wrzeszczu.

- Tak - poparłem chłopaka - najpierw winniśmy wizytę antykwariatowi i jego pani.

Przypomnienie tajemnicy ożywiło Zosię. Szybko przebrała się w powiewną, ciemnoczerwoną sukienkę i rozpuściła włosy, które pięknie kontrastowały z pąsem materiału.

Jacek wcisnął się w mocno sprane dżinsy i marynarski podkoszulek.

Jeszcze przez pewien czas rozważaliśmy, czy nie poszukać tańszego lokum niż nasz hotelik, jednak po sprawdzeniu stanu książeczki oszczędnościowej doszedłem do wniosku, że na tydzień takiego „szaleństwa” możemy sobie pozwolić.

- Poza tym pole namiotowe odpada, ponieważ przez cały czas któreś z nas musiałoby pilnować jak nie namiotu, to samochodu - zamknąłem dyskusję ku ogólnej radości.

Jako że postanowiliśmy żyć oszczędnie, nie zeszliśmy na śniadanie do hotelowej restauracji, tylko wyruszyliśmy w poszukiwaniu najbliższej budki z zapiekankami.

Popijając kęs zapiekanki lemoniadą Zosia powiedziała:

- A tak w ogóle, to niech wujek szuka sobie tego głównego złodzieja czy raczej złodziejki do woli. My w tym czasie będziemy grzecznie opalać się na plaży. Owszem, zgadzam się dziś odwiedzić tajemniczą antykwariuszkę, ale to chyba już wszystko, co mogę zrobić dla sprawy...

Ja też bardzo chętnie poleniwiłbym się na morskim brzegu i pokołysał beztrosko na falach, ale to Jacek skwitował wypowiedź siostry jednym słowem:

- Głupiaś!

Nie chciałbym obrażać mojej siostrzenicy, ale trochę dziwne u niej te przeskoki od dorosłości do dziecinady!

Dogryzając zapiekanki poszliśmy ku centrum Sopotu. Pomimo dość wczesnej pory deptak Bohaterów Monte Cassino pełen był ludzi, a przed „Grand Hotel” zajeżdżały eleganckie limuzyny.

- Mam nadzieję, że wujek nie będzie tu afiszował się ze swoim wehikułem? - zauważyła Zosia wpatrzona w połyskliwe, opływowe karoserie.

- Ona myśli, że jeśli ktoś ją zobaczy wysiadającą lub wsiadającą do wuja wehikułu, to już całe Trójmiasto będzie się z niej nabijało, no i oczywiście prysną marzenia o „osobistym narzeczonym” - złośliwie zaśmiał się Jacek.

Zośka pogardliwie wzruszyła ramionami, ja zaś zauważyłem:

- Sądzę, że właśnie osoba wysiadająca z mego wehikułu może zwrócić powszechną uwagę. Ładnych dziewczyn jest tutaj na pęczki, a mój samochód - jeden! Nie myśl też, drogie dziecko (specjalnie użyłem słowa „dziecko”), że ci tu pozwolę na łatwe znajomości.

Odpowiedziało mi parsknięcie, a po chwili padło:

- Wujek mówi jak rodzice! Myślałam, że wujek będzie bardziej nowoczesny!

- Tak? - udałem zdziwienie. - Przecież sama mówiłaś o mnie jako o antyku...

Zosia milczała zajęta niby poprawianiem włosów, tak by najpiękniej otaczały jej ramiona i spod oka zerkała, czy widzą to przechodzący obok mężczyźni. Uśmiechnąłem się, ale żal mi się zrobiło dziewczyny, bo czekało ją trudne zadanie, jeśli chciała zaimponować tutaj swoją urodą.

Tak samo myślał i Jacek, bo po chwili szepnął:

- Patrz, Zocha, jakie laski!

Na deptaku aż roiło się od modnie ubranych i pięknie opalonych urodziwych dziewczyn i kobiet. Zosia udawała, że tego nie dostrzega. Ale również przystojni i eleganccy mężczyźni jakoś nie dostrzegali mojej siostrzenicy. Postanowiłem więc oderwać ją od smutnych myśli i wyciągnąłem z portfela wizytówkę tajemniczej blondynki.

- Hanna Mroczkowska i Joanna Złotnicka - przeczytałem. - Ciekawe, która z nich była w Janisławicach?

- O ile ten antykwariat w ogóle istnieje - wtrącił Jacek.

- A może jest tylko przykrywką dla podejrzanych interesów?

- Ciekawe, jak wujek zamierza się zachować, gdy stanie oko w oko z tymi paniami - Zosia najwidoczniej zapomniała już o „osobistym narzeczonym”.

- Nie wiem - wzruszyłem ramionami - prawdopodobnie będę udawał klienta zainteresowanego nabyciem jakiegoś zabytkowego mebla czy drobiazgu.

- Nikt nie uwierzy, gdy zajedziemy pod antykwariat samochodem wujka. Od razu podpadniemy i nie pomoże najgoręcej okazywana chęć kupna antyków. Przecież najpierw kupuje się dobry samochód, a dopiero potem myśli o zabytkowych a zbytkowych przedmiotach!

No, no, znów przez Zosię przemówiła dorosła kobieta!

- Masz rację. Pojadę kolejką elektryczną. A wy idźcie sobie na plażę, skoro wam do niej tak tęskno.

- Mnie nie - obruszył się Jacek.

A Zosia zawołała:

- O nie! Tym razem daruję sobie uroki plażowania. Bardzo jestem ciekawa owej blondynki z Janisławic. Zresztą, wujek nie ma wprawy w rozmowach z kobietami i trzeba będzie wujkowi pomóc!

- Nie ma wprawy? - wziął mnie w obronę Jacek. - A zapomniałaś o zdjęciach w jego mieszkaniu?

- No właśnie - Zosia nie ustępowała - żadna z tych czułych dedykacji do niczego nie doprowadziła!

Na stacyjce we Wrzeszczu pierwszy napotkany człowiek poinformował nas lekko kpiącym głosem, że ulica Główna - jak sama nazwa wskazuje - znajduje się w centrum.

- Szkoda, że pod antykwariat nie zajedziemy pięknym wozem - westchnęła Zosia. - Każdy wziąłby nas za bogatych ludzi, którzy chcą upłynnić trochę zbywającej im gotówki.

- A może właśnie przed antykwariatem nie wolno parkować? - jeszcze raz stanął po mojej stronie Jacek. Nie ma to jak męska solidarność!

- Jeśli nie wolno tam parkować, to wujek może trzymać w ręku kluczyki od swego wehikułu. Kto pozna, od jakiego są auta? - znalazła wyjście Zosia.

Niestety nie chciałem się na merdanie kluczykami zgodzić, co przyjęła z wielkim żalem, a nawet po raz czwarty tego dnia obraziła się na dobrą minutę.

Numer osiemnasty ulicy Głównej we Wrzeszczu okazała się długą willą mieszczącą na parterze antykwariat i zakład jubilerski, przedzielone stromym zjazdem na zaplecze lub też może do garaży. Duże okna antykwariatu ukazywały misternie rozstawione zabytkowe meble i gabloty z równie cennymi drobiazgami.

Dzwonek, który zabrzmiał, gdy otworzyłem drzwi, wywołał z zaplecza dwie panie. Jedna, szczupła i wysoka, z włosami przeplecionymi nie maskowaną siwizną, musiała liczyć około sześćdziesiątki. Elegancka garsonka świetnie pasowała do jej pełnych dystynkcji ruchów. Twarz o ciemnej karnacji wciąż jeszcze zachowywała ślady wielkiej, choć surowej urody.

Druga zaś mogła liczyć lat około trzydziestu. Przepysznie pełne kształty podkreślała biała bluzka z żabotem i czarna, dopasowana spódnica. Złociste włosy spinał w wysoki kok srebrny grzebień. Kąciki delikatnie zarysowanych warg lekko kierowały się w dół, jakby od niedawnego smutku.

Wiedziałem już, kto był w Janisławicach...

- To ona - wionął mi w ucho gorący oddech Jacka.

- Słucham państwa? - podeszła do nas starsza z pań.

- Chodzi mi... - głowę miałem zaprzątniętą urodą blondynki - widzi pani... myślę o jakimś zabytkowym meblu...

- Czy chodzi panu o naprawdę zabytkowy? Pytam, bo to się równa naprawdę dużej cenie - patrzyła ponad moją głową.

„Nie da się nabrać!” - pomyślałem.

Na pomoc pośpieszyła mi Zosia:

- O, mój wujek jest bardzo bogatym człowiekiem. Ma dyskotekę na Woli i dwie smażalnie placków, a... jeszcze fabryczkę chipsów! A że się na tym tu nie zna? Jak już kupi pierwszy mebel, to z drugim pójdzie inaczej. A teraz to chyba pani może nam dopomóc? Albo może pani koleżanka?

Spojrzałem w bok i napotkałem wzrok blondynki. Bardzo uważny, jakim chyba nie patrzy się na byle klienta. No, ale na kogo wyglądałem w spółce z małolatami? Na wujka, owszem! Ale na nikogo więcej. Blondynka przeszła zaraz na zaplecze. Może mi się wydawało, ale chyba usłyszałem stamtąd wystukiwanie numeru na telefonie, ale już starsza pani prowadziła mnie ku meblom wypełniającym dwa duże salony. Z jednego z nich biegły ku piętru kręcone schody.

- Proszę się rozejrzeć - pani zatoczyła łuk dłonią. - Mamy meble gdańskie, sporo renesansu i trochę rokoka. Są i meble Chipendale, i krzesła gotyckie, a nawet jedno romańskie.

- A co pani radzi? - zapytał Jacek.

Starsza pani uśmiechnęła się z politowaniem.

- Drogi chłopcze. Styl to człowiek! Wuj sam musi wybrać. Jeśli nawet się na meblach nie zna, to niech kieruje się tym, co mu się podoba. Każdy styl ma swoją wartość, byle tylko nie był podrabiany. Ale skoro już mam radzić, to spojrzawszy na pana, zaproponowałabym renesansowy kabinet. O, tam stoi, pod oknem. Wydaje mi się odpowiadać pańskiemu charakterowi.

- Gabinet? Wujowi nie jest potrzebny gabinet - zawołała Zosia. - Nie jest lekarzem ani adwokatem!

Za plecami usłyszałem cichutki śmiech. Odwróciłem się. Oparta o framugę blondynka przysłaniała dłonią usta. Starsza pani westchnęła i pokręciła głową:

- Nie miałam na myśli gabinetu, tylko mebel o nazwie „kabinet”; niegdyś zastępował sekretarzyki i biurka.

- To dobrze - kiwnęła głową Zosia - biurko wujkowi może się przydać!

Pani lekko wzruszyła ramionami:

- A więc nie musi być od razu kabinet. Dużo tańsze będzie biurko dziewiętnastowieczne; z czasów, gdy zaczęto je produkować i wyparły z domów mieszczan i szlachty sekretarzyki. Mamy tu kilka biurek i to całkiem ciekawych.

Dosyć już miałem udawania bogatego głupka:

- Pani się chyba myli - odezwałem się jak najuprzejmiej.

- O ile dobrze pamiętam lektury, to są biurka o wiele starsze, po prostu bezcenne. Produkowali je stolarze artyści, zwani we Francji ebenistami. Chyba pierwsze biurko wykonano na życzenie francuskiego króla Henryka IV Wielkiego. W drugiej połowie XVII wieku słynny ebenista Boulle podjął się wyrobu biurek z dodatkową przystawką na papiery. A co pani sądzi o biurkach wykonanych dla Ludwika XV, zdobionych markieterią i otwieranych żaluzjowo? Już XVII wiek przyniósł biurkom wielką popularność, ale fakt, że największy swój rozkwit osiągnęły w połowie XIX wieku - empirowe lub biedermeier. Posiadały szafki, boczne szuflady i rozbudowaną schodkowe cofniętą skrytkę. Taki mebel byłby jak najbardziej przydatny i dla współczesnego biznesmena.

Starsza pani cofnęła się bez słowa, natomiast śmiech za moimi plecami rozbrzmiał jeszcze głośniej, przechodząc miękko w ciepły głos:

- Coś mi się zdaje, że o biurkach mógłby pan rozmawiać nieskończenie!

- A tak! - zaczepnie potwierdziła Zośka. - Wujek nie tkwi tylko w księgach buchalteryjnych, ale czasem zagląda i do innych!

- Brał nawet udział w telewizyjnym quizie o biurkach! - no, tym razem chyba Jacek przesadził! Blondynka już się nie odezwała, a tylko starsza pani powiedziała zimno:

- No cóż, skoro jest pan takim znawcą, to proszę łaskawie samemu rozejrzeć się po naszych zbiorach.

Co było robić? Zaczęliśmy przegląd antykwariatu od drugiego pomieszczenia. Było tam kilka ładnych sekretarzyków, zwanych ongiś sekreterami. Ich styl wskazywał na biedermeier; podejrzewałem jednak, że większość była falsyfikatami z końca XIX wieku. Mimo to niektóre z nich były bardzo ładne z tą swoją nadbudową pełną rozmaitych skrytek i szufladek. Marzyłem, żeby mieć coś takiego w swoim domu, nawet falsyfikat! Lecz i one były zbyt drogie na moją kieszeń urzędnika.

Opodal stało kilka mebli gdańskich, z których szczególną uwagę przyciągało krzesło o wysokim oparciu oraz kanapa i kufer. Krzesła Chipendale były takie sobie, natomiast krył się między nimi prześliczny stoliczek do gry w karty, wykonany z mahoniu i intarsjowany hebanem i drewnem różanym.

Zgromadzenie mebli w pierwszym salonie stanowiło dość niemiłą mieszankę stylów. Rokoko, empire, wspomniany już renesansowy kabinet, wyglądające na romańskie krzesło.

Udający wielkie zainteresowanie przegląd mebli przerwało mi wypowiedziane dość ostrym tonem pytanie starszej z pań:

- A właściwie jakiego mebla pan szuka?

- No cóż - odparłem zmieszany - jak już siostrzenica mówiła, z czym zresztą zgodziła się pani koleżanka, chciałbym się zdać raczej na urok jakiegoś mebla, niż na jego przynależność do konkretnego stylu... - i nagle, ten już tyle razy wspominany duszek czy też chochlik zapalił mi iskierki w oczach:

- Ale przyznam się, że najbardziej odpowiada mi biedermeier. Marzyłby mi się jakiś fotel w tym stylu. Słyszałem, że są bardzo wygodne. Chciałbym też, aby był fornirowany jasnym drewnem. Najlepiej z motywami roślinnymi. Taki pogodny mebelek pasowałby mi bardzo do jasnego salonu. Niestety, akurat takiego fotela u pań nie widzę.

- Przykro mi - skinęła głową antykwariuszka, jakby na przekór temu gestowi i słowom wzruszając ramionami. - Będzie pan musiał poszukać u konkurencji...

- Ale przecież panie mają krzesło romańskie! - nie dawałem za wygraną.

Spojrzała na mnie z wyraźną już niechęcią:

- Tam stoi, pod oknem. Jednak... - stłumiła jakieś słowa - to pański wybór!

Faktycznie, pod oknem stało krzesło wyglądające na romańskie. Mówię „wyglądające”, krzesła romańskie bowiem są wielką rzadkością. Tak naprawdę to w swoim życiu dokładnie obejrzałem tylko jedno romańskie krzesło z kościoła w Aspo.

Podszedłem do wskazanego mi mebla i wtedy usłyszałem głos blondynki:

- Coś pan kręci, drogi panie: raz biedermeier, raz gotyk. To marzy się panu wygoda fotela, to znów chce pan cierpieć męki siedzenia na romańskim krześle, równie przytulnym, jakby wykuto je z marmuru, prostopadle łącząc siedzenie z oparciem!

Błękitne, duże oczy lśniły kpiąco. Nie było sensu dalej udawać. Podjąłem walkę! Powolutku obszedłem krzesło i pstryknąłem lekceważąco w jego dumne oparcie.

- To ma być romańskie krzesło? Owszem, nie przeczę, wykonano je w tym stylu. Ale sprzedawać je jako oryginał? Proszę pani?!... - zawiesiłem złośliwie głos.

Starsza dama aż podskoczyła do mnie:

- Co też pan mówi! Nasze meble oceniają znakomici rzeczoznawcy. Zresztą, Joanna, moja córka, studiowała historię sztuki i specjalizowała się w meblarstwie!...

Zły duszek rozszalał się we mnie:

- Może i studiowała, ale czy ukończyła? - zerknąłem na blondynkę.

Odpowiedziała jasnym i - na Boga! - znów kpiącym spojrzeniem.

„Już ja cię pouczę, niedouczona studentko!” - zakrzyknąłem w duchu, a głośno, słodkim głosem, rozpocząłem pouczającą przemowę:

- Jak wiadomo, romańskie meble wykonywali cieśle, a nie stolarze. Obrabiano je więc siekierą, nie strugiem. Większość autentycznych mebli z tego okresu zachowało jeszcze ślady ostrza. Tworzono je z bali, uzupełniając ewentualnie elementami z grubych desek. Tu już na pierwszy rzut oka widzimy, że krzesełko spojone jest z cienkich beleczek i równie wątłych desek. Precyzja zaś obróbki wskazuje wyraźnie, że do produkcji naszego mebla użyto współczesnych nam narzędzi. Fakt, że zachowano starannie styl epoki. Ale to jedyne, co dobrego można by o owym krześle powiedzieć. Chyba, że ucieszy nas znaczna obniżka ceny, której zapewne panie, jako szanujące się antykwariuszki, teraz dokonają.

Zosia i Jacek zachichotali radośnie, tak im się mój wykład spodobał. A jeszcze głośniej się zaśmiali, gdy dodałem:

- Zresztą, nie ukrywajmy: to krzesło nie jest jedynym falsyfikatem, jaki tu widzę!

To... to autentyczne romańskie krzesło! - z trudem łapała powietrze pani Hanna. - Mamy na nie certyfikat!

- Równie autentyczny - brnąłem dalej w złośliwość. - Proszę spojrzeć - skinąłem ku pani Joannie i przyklęknąłem przy nieszczęsnym krześle. - Jako historyk sztuki orientuje się pani, że powinny tu być złączenia jednoczopowe typu ciesielskiego... A nie ma! Nie ma też łączników drewnianych ani nawet metalowych. To współczesna robota stolarska! - wstałem otrzepując spodnie.

Kpina w błękitnych oczach zwolna ustępowała ciekawości. A ja perorowałem dalej obchodząc salon:

- Proszę zwrócić uwagę choćby na tę szafę gdańską. Owszem, przypomina, dla niedoświadczonego oka, autentyczny mebel z XVI wieku. Wielka szkoda, że nim nie jest! Szafy gdańskie wykonywano bowiem z dębiny bądź orzecha. A tu mamy, sympatyczny zresztą, lecz już z kilku kroków demaskujący fałszerzy, buk! Co do urzeźbienia, to chyba za mało jest fryzów jak na ówczesny styl. No, a przede wszystkim brakuje silnie profilowanego łamanego gzymsu wieńczącego.

- Bo może tę szafę zrobiono nie w Gdańsku, lecz w Elblągu? Tam też wytwarzano meble zwane gdańskimi - broniła się resztką sił pani Hanna.

Skłoniłem się przed jej wiedzą:

- Owszem, w Elblągu wykonywano podobne. Ale niestety, proszę pani, nie znaleziono jeszcze szafy gdańskiej wytworzonej w Elblągu z drzewa bukowego!

Blondynka wpatrywała się we mnie z najwyższą uwagą. Wreszcie odezwała się, wolno cedząc słowa:

- Pan tu nie przyszedł wcale kupować...

- A jak pani myśli, po co? - zapytałem z głupia frant.

- Tego nie wiem.

- Ale ja wiem! - prawie krzyknęła pani Hanna. - Ktoś pana nasłał, aby zepsuł pan naszą reputację! Naiwna byłam; przecież wystarczy na pana spojrzeć, żeby wiedzieć, że groszem pan nie śmierdzi i gdzie tam panu do kupna antyków!

- Na takie, jak u pani, może i wystarczy mi grosza! - odciąłem się ostro, a Zosia wtrąciła:

- Mówiłam, że wujek ma cztery dyskoteki!...

- Wspomniałaś, dziecko, o jednej... - upomniała ją pani Joanna.

Zosia umilkła i poczerwieniała ze wstydu.

Ja natomiast kontynuowałem spór, udając, że nieszczęsna uwaga o dyskotekach wcale mnie nie dotknęła. Nawet starałem się mówić uprzejmiej:

- Zdaję sobie sprawę, ba, wiem o tym dobrze, że ekspertyza rzeczoznawcy dużej klasy wiele kosztuje. Zapewne więc opierały się panie w swej ocenie sprzedawanych mebli na opinii pani Joanny, która podobno skończyła historię sztuki.

- Nie podobno, tylko na pewno! I to z pierwszą lokatą! - starsza pani podniosła głos w obronie córki.

Ta milczała. Ale dostrzegłem, że lekko przygryzła wargi, a jej usta były pięknie wykrojone. Spojrzałem jej w oczy. Patrzyły teraz na mnie z wrogim spokojem i pewnością siebie. Wreszcie odezwała się:

- Niech mama nie dyskutuje z tym panem - położyła pogardliwy nacisk na słowie „tym”. - On nie przyszedł tu kupować, to już mama widzi... Ciekawe tylko, czy nasłała go konkurencja, czy też to drobny szantażysta? No cóż, drogi panie, rzeczywiście dość rzadko zasięgałyśmy opinii ekspertów, na ogół opierając się na mojej wiedzy. Ale nigdy nie sprzedałyśmy niepewnego mebla jako autentyku! Gdyby się pan pofatygował i spojrzał na metryczkę krzesła, które pan tak wnikliwie i trafnie ocenił, zobaczyłby pan przy słowach: „krzesło romańskie” maleńki znak zapytania w nawiasie.

Postanowiłem wyznać antykwariuszkom prawdę:

- Rzeczywiście nie przyszedłem do pań kupować. Gratuluję trafności oceny - skłoniłem się przed starszą - faktycznie trudno nazwać mnie choćby dobrze sytuowanym, a co tu mówić o bogactwie! Ale żeby szantaż?!

- Co więc tu pana przyniosło? - wrogość w głosie pani Złotnickiej nie ustępowała. Już przychylniej spojrzała na mnie jej matka.

I nagle Zośka zaczęła wyrzucać z siebie słowa, jakby były pociskami wystrzelonymi w młodszą antykwariuszkę:

- Pani kręciła się po Janisławicach na krótko przed kradzieżą złotego diademu z głowy Madonny w tamtejszym kościele! W wiosce jeszcze pamiętają blondynę w czerwonym audi-combi! A jeśli nie pamiętają, to sobie łatwo przypomną, bo pozostawiła tam pani wizytówki swej firmy!

- Nie mów do mnie, dziecko: „blondyna”. Mam imię i nazwisko - pani Joanna popatrzyła z góry na Zosię.

Roześmiałem się i wyjaśniłem dziewczynie:

- Nie używaj w środowisku historyków sztuki określenia „blondyna” w odniesieniu do kobiety. Albowiem tak nazywały się koronki klockowe z jedwabnej nitki, która dawała im bladożółty kolor i złocisty połysk. Produkowano je w XVII wieku we Francji i Hiszpanii. Z czasem wszystkie jedwabne koronki, nawet czarne, zaczęto nazywać blondynami.

- Zgadza, się! - skinęła mi głową pani Joanna i jakby delikatny uśmiech przemknął przez jej piękne wargi. - To stąd jesteśmy - wskazała włosy Zosi - obie blondynami. Ale wciąż jeszcze czekam na odpowiedź: po co twój wuj tu przyszedł? Czyżby naprawdę posądzał mnie o tak dziwnie rozreklamowaną wizytówkami kradzież? Zresztą znam tę sprawę...

- Ciekawe skąd? - mruknął Jacek.

- A dlaczego to nie mielibyśmy mieć podejrzeń? - piskliwie wtrąciła Zosia. - To przecież niedaleko stąd, w Sopocie, złodzieje przekazywali łup swej pracodawczyni! Blondynie! - zakończyła złośliwie.

Ale panią Joannę trudno było wytrącić z równowagi.

- Pytam o powód zjawienia się tu pana. Twoje podejrzenia naprawdę mnie nie interesują, dziecko.

Zosia nie wytrzymała już tego trzeciego, i to tak podkreślonego, nazwania ją dzieckiem. Wybiegła z antykwariatu trzaskając drzwiami.

- Przepraszam za siostrzenicę - pośpieszyłem z przeprosinami. - Nie ma za co! - machnęła ręką pani Złotnicka. - Może bardziej należą się nam przeprosiny za tę inwigilację?

- A może pan jest z policji? - wtrąciła jej matka z ledwo słyszalnym drżeniem w głosie.

- Nie. Jestem pracownikiem Ministerstwa Kultury i Sztuki - podałem starszej pani legitymację służbową. Zajmuję się ochroną dóbr kultury...

Młodsza z pań zwróciła mi legitymację nie zaglądając do niej.

- A co do Janisławic, to niepotrzebnie się pan trudził w tej sprawie aż tutaj. Policja już mnie wymaglowała! A pan myślał, że tylko on wpadł na mój ślad dzięki wizytówce? Przykro mi, ale w nocy, gdy włamywacze oddawali w Sopocie swój łup, byłam akurat na drugim krańcu Polski. Nie musi pan tego sprawdzać, bo to już sprawdzono - zaśmiała się, a mnie, mimo przykrej sytuacji, w jakiej się znalazłem, bardzo się spodobał jej śmiech.

- Wiem też o ostatnich kradzieżach dwóch złotych koron. Ale w tych miejscowościach to już mnie nikt nie widział ani też nie odkryto tam moich wizytówek!

Oj, wstyd mi się zrobiło! Skoro policja uwolniła ją od podejrzeń, to co ja tu robię?

Ale mój dobry czy też zły duszek tylko czekał na moje wątpliwości: „Tomaszu, nie rezygnuj z żadnej szansy! Wiesz przecież, iż w twoim fachu bywa i tak, że czasem cień cienia rzuca światło!”

Ech, duszku! Mimo to spytałem mą piękną rozmówczynię:

- A czy nie zastanawiała się pani, kto ze środowiska handlarzy antykami lub kolekcjonerów „nadał” te skoki? Przecież to raczej pewne, że owa tajemnicza dama blond pochodzi z Trójmiasta!

- Owszem - skinęła główką pani Joanna - w czasie, gdy ciągle byłam wzywana na przesłuchania, niejeden raz myślałam, czy nie zawdzięczam tych nieprzyjemności komuś ze znajomych. Ale jakoś nikt mi nie pasował...

Urwała. Przed antykwariat zajechał mercedes kabriolet 200SLK, równie piękny jak drogi. Wysiadła z niego para: on był w średnim wieku, ubrany w połyskliwą koszulkę i wąskie sztruksy, opinające pokaźny brzuszek; ona - bardzo młoda, w podkoszulku na nagie ciało i kusych szortach.

Gość wyraźnie mi wyglądał na biznesmena - dorobkiewicza. A ona na jego... no, powiedzmy, sympatię.

Weszli do antykwariatu i stało się oczywiste, że nie ma mowy o kontynuowaniu naszej rozmowy o koronach i tajemniczej kobiecie z Sopotu.

Ukłoniłem się grzecznie właścicielkom antykwariatu i już zabierałem się do wyjścia, gdy powstrzymała mnie sama pani Joanna pytając:

- Gdzie się pan zatrzymał?

- W „Bałtyku”.

- Znam ten hotel. A ponieważ chciałabym się z panem spotkać, o ile to możliwe najlepiej jeszcze dzisiaj, to może w restauracji hotelowej?

- Jeśli to pani nie sprawi różnicy, wolałbym w jakimś innym miejscu. W „Bałtyku” łatwo o kogoś, kto zna moje nazwisko i zawód, a chciałbym uniknąć, póki można, takich spotkań. Zwłaszcza, gdy mam rozmawiać z panią.

- Rozumiem. Może więc na przykład w sopockim „Złotym Ulu”? O siódmej.

- Doskonale! - ucieszyłem się, może nawet trochę zbyt mocno, na myśl o spotkaniu z piękną antykwariuszką.

Jacek patrzył na mnie spod oka i z dziwnym uśmiechem, gdy wychodziliśmy z antykwariatu dołączając do wciąż nadąsanej Zosi.

Wsiedliśmy do kolejki i za niewiele minut przemierzaliśmy już deptaki Sopotu pogryzając frytki.

- Ta babka leci na wujka - powiedziała Zosia ciskając pustą tackę do kosza na śmieci.

- Co ty mówisz? - oburzyłem się. - Nosi inne nazwisko niż matka, więc jest chyba mężatką.

Zosia skrzywiła się:

- Nie nosi obrączki, a poza tym może być rozwódką, wdową?

- No! - mruknął Jacek. - Widziałem, jak się gapiła na wujka!

- Zaimponował jej wujek znajomością staroci. My, kobiety - uśmiechnęła się skromnie - lubimy, jak się nam imponuje!

- A co byś, kobieto, powiedziała na kąpiel w morzu? - uciekłem od niewygodnego dla mnie tematu.

- Hura! Idziemy na plażę! - i nasza kobieta podskoczyła jak dziecko.

- Ale do „Złotego Ula” pójdę sam.

- O nie, wujku. Co to, to nie! Muszę się przecież wujkiem opiekować! Bo jeszcze wpadnie mi wujek w sieci tej blondyny! Co by tam ona nie opowiadała o swej niewinności potwierdzonej przez policję, to dla mnie zawsze będzie podejrzana.

Nic nie odpowiedziałem, ale przez moment pomyślałem to samo.

- Dobrze gadasz! - przytaknął siostrze Jacek. - Mama kiedyś mówiła ojcu, że wujka to już niejedna babka za nos wodziła, taką ma do nich słabość. No i zna się na starociach, a nie na charakterach pięknych kobiet!

- Ona wcale nie jest piękna - skrzywiła się ponuro Zosia.

- No dobrze - zgodziłem się z podopiecznymi. - Idziemy do „Złotego Ula” razem. To tylko kawiarnia, a nie nocny lokal, więc może tam wpuszczą parkę małolatów pod moją opieką. A co do uroku pięknych kobiet, to umówiłem się nie na randkę, lecz w sprawach służbowych.

***

Na plaży, opodal Łazienek Południowych, opalały się setki ludzi.
Z trudem znaleźliśmy miejsce na rozłożenie koca. Obok nas smażyły się na słońcu rodziny z małymi dziećmi, które bądź obsypywały siebie, rodziców i nas piaskiem, bądź z piskiem pędziły, depcząc wszystkich, na brzeg morza, by taplać się na płyciźnie. Wśród dorosłych przeważali ludzie w średnim wieku: tęgawe panie i panowie z brzuszkami. Próżno Zosia rozglądała się ukradkiem za kandydatem na „osobistego narzeczonego”. Nie sądzę też, aby trafił się jej „nadziany facet”, jak zapowiadała. Średnia zamożność, to chyba maksimum, na co mogła liczyć. Bogaci polecieli na Kajmany, Seszele, Hawaje, Tahiti, Aruba czy też do Tajlandii.

Rodzeństwo pobiegło pływać, a ja ułożyłem się plecami do słońca, przymknąłem oczy i pogrążyłem się w myślach:

„Tak, Sopot, jak i całe Trójmiasto, ze swoim bogatym półświatkiem, przemytnikami, obcymi marynarzami, tajnymi kasynami, przestępcami różnego kalibru i paserami oraz wciąż napływającymi i odpływającymi przybyszami ze wszystkich stron kraju był wymarzonym miejscem dla organizowania rozmaitych przestępstw, a później łatwego pozbycia się łupów. Tu tajemnicza blondyna mogła czuć się jak ryba w wodzie. Czy też może jak pająk, który z bezpiecznego schronienia rozsnuwa nici swej sieci najdalej jak może.”

Wrócili Jacek i Zosia. Chłopak pozował nieco na kulturystę, natomiast jego siostra, jak wiele dziewcząt w tym wieku, była zbyt szczupła, o chudych nogach i rękach. Takie panienki jak ona nazywałem „panny patyczkówny”, bo przypominały mi postacie ludzkie, które w dzieciństwie tworzyłem z zapałek.

Gdy ułożyli się na kocu, aby obeschnąć, tym razem ja poszedłem wykąpać się w morzu. Nie byłem w wodzie długo, bo wydała mi się zbyt zimna. Wróciłem na koc i nieco dygocąc ułożyłem się, znów przymykając oczy.

- Ciągle myślimy o blondynie? - zaczepiła mnie Zosia.

- Mylisz się. Myślimy o diademie.

- Na jedno wychodzi. Powtarzam, że pani blondyna Joanna jest podejrzana.

- I znów się mylisz! - przekręciłem się na plecy. - Osoba, która tak otwarcie kręciła się po Janisławicach, która rozdawała wizytówki, a w dodatku, do licha!, ma alibi nie do podważenia, nie może być podejrzana! Chyba że dla takiego dzieciaka jak ty!

To już był czwarty „dzieciak”, którego musiała znieść biedna Zosia dzisiaj! Ale sama się napraszała...

- Tak, Zośka - zaśmiał się Jacek - gadasz tak przez zazdrość, bo twoje włosy przy jej to badyle, a i sama w porównaniu z nią jesteś chudy badyl!

- A jak mam nie być chuda, jak ciągle jestem głodna? - sprytnie wywinęła się dziewczyna. - Wujku, czy to będą wakacje nad morzem czy nadmorska głodówka?

- Jej, jak ona chce nabrać ciała! - zachichotał Jacek, ale szybciutko spoważniał. - Coś mi się zdaje, wujku, że i mnie piszczy w brzuchu.

Rzeczywiście zapomniałem o potrzebach rozwijających się organizmów! No, a w dodatku o tym, że kąpiel w morzu wpływa na apetyt! Przetrzymałem ich jeszcze pół godziny, słuchając coraz głośniejszych jęków zgłodniałej Zosi.

- No, idziemy na obiad! - zakomenderowałem podrywając się z koca.

- Zaznaczam, że żadnym hot-dogiem mnie wujek nie nakarmi! - ostrzegła Zosia.

- Mój Boże - westchnąłem - że też moja siostra obdarowała mnie parką głodomorów!

Lecz i sam byłem głodny!

Znaleźliśmy w końcu - co nie było łatwe - niedrogą restaurację. Młodzi zażyczyli sobie po schabowym z podwójnymi ziemniaki i takąż kapustą oraz duże kefiry. Ja poprosiłem o lekko wysmażoną wątróbkę z cebulką i pieczywem, a postanowiłem to popić morelowym kompotem.

- Mało! - stwierdziła Zosia, zgarniając resztki z talerza widelcem.

- Mało! - mlasnął Jacek.

- To może jeszcze po wątróbce? - zaśmiałem się.

A ci nienasyceńcy szybciutko poprosili kelnera! Szczęście, że skończyło się tylko na jednej porcji dla obojga.

- Czy powinno się tyle jeść przed spaniem? - spytałem złośliwie, gdy ociężale wstawali od stołu.

- Przecież nie idziemy spać - mimo woli ziewnęła Zosia - tylko do „Złotego Ula”!

Spojrzałem na zegarek. Do spotkania z antykwariuszką mieliśmy jeszcze pół godziny. Wolnym krokiem podreptaliśmy więc po Bohaterów Monte Cassino, potrącani przez coraz to liczniejszych przechodniów. Lecz o ile rano były to głównie rodziny z dziećmi, to teraz nadchodziła pora pięknych kobiet, mocno opalonych i wydekoltowanych oraz silnych, eleganckich mężczyzn o twardym spojrzeniu. „To do nich należeć będą dzisiaj nocne kluby, kasyna i dancingi” - pomyślałem nie bez pewnego żalu.

„Złoty Ul” znajdował się na niewielkim wzgórzu naprzeciw kościoła z czerwonej cegły. Kawiarniany taras był gęsto zastawiony stolikami. Szczęściem udało się nam znaleźć wolny, tuż przy balustradzie, skąd mogliśmy spokojnie podziwiać odbywającą się na deptaku rewię mody i urody.

Podopieczni zażyczyli sobie lody, ja cocktail ananasowy na wermucie. Sączyłem go wolno, w zamyśleniu.

Aż Zosia powiedziała:

- Niech wujek tyle nie marzy o blond-cudzie, bo jeszcze rozboli głowa.

- Od myśli o pani Joannie?

- A czemu nie? Mnie, jak myślę o jakimś chłopaku, to zawsze boli głowa.

- Ja wiem, boli ją często - wtrącił Jacek - bo o tylu bezskutecznie marzy.

- A właśnie, że rozmyślam, jak się ich pozbyć! - odparowała Zosia.

Wreszcie wpośród idących od dworca ujrzałem panią Złotnicką. Podobnie jak Zosia rozpuściła swe długie, połyskliwe włosy, które wieczorny wiatr rozwiewał nad jasnozieloną sukienką, mocno wciętą w talii i wydekoltowaną. W ręku trzymała malutką torebkę z wężowej skórki.

Skinęła nam ręką i wspięła się na taras. Gdy siadała obok mnie, poczułem gorzki i oszałamiający zapach nie znanych mi perfum. Błękit jej oczu ściemniał, nabrał jakby zielonkawego odcienia, tak pięknie harmonizującego z barwą sukienki.

- No i jestem - oświadczyła, jakby to nie było oczywiste i zamówiła campari z wodą sodową.

Nie lubię alkoholu, ale przypomnę, że mam inny grzech na sumieniu - od czasu do czasu palę papierosy! Zwłaszcza, gdy jestem podekscytowany. Rodzeństwo nie wiedziało o tym, toteż aż otworzyły się im usta ze zdumienia, gdy przyjąłem wąskiego, brązowego papierosa z podsuniętej mi przez panią Joannę miniaturowej złotej papierośnicy. Podałem jej ogień i sam zaciągnąłem się głęboko... I w tym momencie taras zatańczył wokół mnie, a ja zacząłem spadać, spadać prosto w śmiech kobiecy.

- Och, przepraszam - usłyszałem gdzieś z oddali głos antykwariuszki - zapomniałam uprzedzić, że te afrykany są może nieco zbyt mocne dla nieprzyzwyczajonego...

Słyszałem już i stłumiony śmiech podopiecznych. Taras zatrzymał swe obroty. Uff! Zdusiłam papierosa w popielniczce.

Swoją drogą taka kobieta i takie papierosy?...

Moja sąsiadka patrzyła na mnie wesoło znad wydmuchiwanych okrąglutkich kółek ostrego dymu.

- Wymyślił pan coś nowego czy nadal jestem główną podejrzaną?

- Ależ, proszę pani... - zająknąłem się. - Może to właśnie pani coś przyszło na myśl?

- Nic, niestety. Wiem tylko tyle, co pan: gdzie popełniono kradzieże, co zginęło i że nie bardzo wiadomo, dlaczego to właśnie, bo i diadem, i korony nie są zbyt wielkiej wartości, a tu takie przemyślne akcje! Wiadome mi też, bo doświadczyłam tego na własnej skórze, że najęci złodziejaszkowie nie mają absolutnego pojęcia o tym, dla kogo pracowali. Nawet jego, przepraszam, jej, rozpoznać nie potrafią! Tajemnicza zleceniodawczyni, tajemnicze zlecenie... dobrze chociaż, że ukradzione „przy okazji” wota odzyskano prawie wszystkie, bo to będzie najprawdopodobniej jedyny sukces policji w tej sprawie!

- A kto odniesie pełny sukces?

- Oczywiście kobieta z Sopotu - wtrąciła się Zosia. - A jeśli nie z Sopotu, to z Gdyni lub Gdańska, z Wrz... - ugryzła się w język, ale na panią Złotnicką nadal spoglądała podejrzliwie.

- Może masz rację - zgodziła się pani Joanna, jakby nie dostrzegając złego spojrzenia dziewczyny. - Łupy odbierała od złodziei ta kobieta koło tak zwanego Grodowego Potoku. Dobry wybór miejsca, jest to bowiem raczej odludzie, ale dość często odwiedzane przez zakochanych. Tak więc z jednej strony duża szansa, że nikt jej nie zauważy; z drugiej - jeśli zauważy, to pomyśli, że śpieszy do ukochanego. Człowiek obcy nie wybrałby tak dobrze miejsca transakcji!

- Czy mogłaby to być, zdaniem pani, zwariowana kolekcjonerka?

Antykwariuszka uśmiechnęła się: - Kobiety, które znam, kolekcjonują jedynie klejnoty, które mogą nosić na sobie. Może wykonywała czyjeś polecenie? Mężczyźni kolekcjonują czasem dziwne przedmioty. Na przykład mój były mąż kolekcjonuje pasterskie dzwonki. A że jest marynarzem, to zwozi je z całego świata: od Grenlandii po Tybet, od Ameryki Południowej po Australię.

„Były mąż! A więc jest rozwódką!” - nie wiem, dlaczego tak ucieszyła mnie ta informacja.

Wydobyła nowego papierosa i przypaliła go szybciej, niż zdążyłem sięgnąć po zapalniczkę.

- Ale skoro już jesteśmy przy kolekcjonerach, to może przyda się panu pewna informacja. Ostrzegam jednak, że ja sama traktuję ją raczej jako plotkę. Otóż mieszka w Trójmieście i to najprawdopodobniej w Sopocie człowiek o pseudonimie Kolekcjoner. Ale jego interesuje raczej twarda waluta. Ponoć równie twardą ręką rządzi jednym z gangów handlarzy dewizami. Macza też palce w fałszerstwach. Od tej branży dosyć chyba daleka droga do okradania kościołów z niezbyt cennych ozdób?

- A jeśli on szuka tam czegoś innego?

Wydało mi się, że smukła dłoń trzymająca brązowy papieros drgnęła.

- Proszę pani, a czy pani nie domyśla się, kto jest owym Kolekcjonerem?

Uśmiechnęła się gorzko:

- Nawet gdybym wiedziała, nie powiedziałabym panu. Życie naprawdę jest mi miłe, tak jak i uroda, której nie mam zamiaru narażać na pochlastanie mojką.

Wiem, że to oznacza pocięcie żyletką, ale dlaczego ta elegancka kobieta użyła raptem grypsery, czyli bandyckiego slangu? Specjalnie czy poniosły ją nerwy i na sekundę odsłoniła się przede mną inna Joanna Złotnicką? Nad tym mogłem zastanawiać się później. Teraz interesowało mnie co innego:

- A gdzie mógłbym spotkać Kolekcjonera? Może chociaż to pani wie?

- Ponoć często bywa w nocnym klubie hotelu, w którym pan mieszka. Choć ta informacja nie na wiele się panu przyda. Mało jest takich, którzy widzieli jego twarz: nie sądzę więc, aby pan go rozpoznał. Policja też o tym marzy!

- Jak tu wpaść na jego trop? Jak do niego dotrzeć?

Antykwariuszka popatrzyła na mnie z troską:

- Aby tylko nie musiał pan myśleć, jak od niego uciec...

Zamyśliłem się. Wieczór powoli się pogłębiał. Zapłaciłem kelnerce i zaproponowałem pani Joannie, by chociaż tej nocy towarzyszyła mi do nocnego klubu w „Bałtyku”. Może zobaczy czyjąś twarz, która nasunie jej jakieś skojarzenia. Poza tym samotny mężczyzna w takim lokalu może wzbudzić podejrzenia, że jest agentem.

- Samotny? - poderwała się Zosia. - To znaczy, że my z wujkiem nie pójdziemy?

- A ile to masz lat, kochanie? - spytała pani Joanna.

- Mm... piętnaście... ale, wyglądam na dużo więcej!

- Może wyglądasz, ale tylko dla siebie. Tylko! - antykwariuszka była nieubłagana. - Nocny klub nie jest dla... - zawiesiła głos: dzieci! - dobiła Zosię.

- Pani woli być z wujkiem sam na sam! - próbowała odciąć się dziewczyna.

I tu pani Joanna zakłopotała się ku memu zadowoleniu:

- Po prostu chcę pomóc odnaleźć Kolekcjonera.

- A to niby dlaczego? Znacie się z wujkiem ledwo kilka godzin.

- Bo tak mi się podoba! - ucięła rozmowę kobieta.

ROZDZIAŁ PIĄTY

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

Powiązany:

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconZbigniew Nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs – 06 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-11 zbigniew nienacki pan samochodzik I

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs 04 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-01 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPS–08 zbigniew nienacki pan samochodzik I

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-12 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-10 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs 07 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-15 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-16 zbigniew nienacki pan samochodzik

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom