Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007




Pobierz 54.79 Kb.
NazwaTeksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007
Data konwersji13.09.2012
Rozmiar54.79 Kb.
TypDokumentacja

DYKTANDA




Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych i powiatowych, które odbyły się
w Brzostku w latach 1996 – 2007.



Autorki tekstów: dr Ewa Oronowicz-Kida, Urszula Kobak


Poszukiwanie nadziei na zwycięstwo


- Tylko jakaś baba-jaga może nas uratować przed utonięciem w morzu ortografii – zawyrokował wpółmartwy z przerażenia Arkadiusz.

- Chodźmyż więc do niej! Wprawdzie nie wiadomo, w których chaszczach się czai, ale na pewno znajdziemy ją w pobliżu jakiejś paskudnej brei.

Szóstka długodystansowców, walcząc z wszechogarniającym strachem, ruszyła skrótami poprzez chaszcze. Rafał, pędząc na oślep, niechcący nadepnął na ogon czarno-żółtej salamandry. Ta spojrzała na niego z wyrzutem i z miejsca uznała go za zbrodniarza niegodnego miana przyjaciela przyrody. Oburzona czmychnęła do najwęższej szczeliny i postanowiła, że zemści się kiedy indziej. Rafał pohamował swoją żądzę mordu i rzucił się, by przeprosić płaza, lecz było już poniewczasie.

-Ruszże się wreszcie – krzyknęła Halina na kolegę.

Młodzieniec po omacku odnalazł na bezdrożu ścieżkę i od nowa pilnie rozglądał się wokoło za siedzibą czarownicy.

Ponad Arkiem uporczywie krążył sokół pustułka i zapewne ubolewał, że ów mężczyzna nie jest superblondynką w minispódniczce. Na szczęście dojrzał niebieskooką, jasnowłosą piękność o niezwykle królewskim imieniu – Elżbieta. Zachwycony ptak zaczął w błękicie rysować esy-floresy, wydając przy tym znaczące westchnienia. Słysząc jednakże nieustannie powtarzane wyrazy: chyży, hoży, hojny, huba; poczuł się jak zhańbiony półanalfabeta i odfrunął.

- Hej, widzicie tę chatę tam na wprost?! Na pewno należy do wróżki! – zabrzmiał głos Emilii.

- Ja pójdę zapytać, kto będzie wicemistrzem, a kto – mistrzem – przepchnął się do przodu Artur.

- Ty się lepiej nie odzywaj, jesteś nieobyty towarzysko – zatrzymała go Halina.

- O, znalazła się niby-poetka o supertalencie – odgryzł się nie najgrzeczniej.

- To chodźmy wszyscy razem – zaproponowała Emilka.

Hurmem rzucili się w kierunku spróchniałych drzwi, ale na nich widniała przyklejona nicią z kądziołków przędnych pająka krzyżaka kartka z napisem: „Pojechałam na konkurs ortograficzny. Wróżka”


Hart ducha charta polskiego, czyli ortograficzne halucynacje


Aurelian półprzytomnie przerzucał kartki podręcznika do języka polskiego. Obrzydlistwo! Jak można uczyć się reguł ortografii, gdy na podwórzu jest co niemiara pasjonujących zajęć, na przykład wróżenie z odnóży żółtobrzeżków, wydłubywanie z podłoża korzeni bujnych konwalii gdzieniegdzie zdobiących murawę, trenowanie kur w biegu na przełaj wprost do własnoręcznie skonstruowanej ekstrapułapki ukrytej naprzeciw poprzerzynanych spróchniałych kłód z modrzewi tudzież zżółkłej rzeżuchy ze sczerniałymi pąkami pierzastej szałwii. Byle kto nie mógłby pokusić się o wymyślenie tych niezrozumiałych dla ogółu ludzkości rozrywek. Aurelian zaczął puchnąć z dumy, że jest tak niespotykanym indywidualistą, chlubą rodu Klusków. Niestety, spojrzenie na szarobure biurko założone źródłami wiedzy strąciło zarozumiałego niby-wynalazcę z chmur. Marzenia pierzchły niczym wróble przed krogulcem. Chłopiec przypomniał sobie ów moment, kiedy w ogóle nie umiał napisać wyrażenia „w kolonii purchawek”. Rozżarzył się wówczas ze wstydu – przecież uważał się za wszechwiedzącego! Teraz na próżno wysilał komórki mózgowe. Czemuż nie przychodził mu do głowy żaden pomysł, jak uniknąć nauki, a nie pogubić się w meandrach pisowni? Z rzadka ulegał nadziei, że może zmaże hańbę, plamę na honorze. Kochał swoich rodziców i nie chciał ich pozbawiać możliwości zakupu roweru górskiego dla ich ubóstwianego jedynaka w nagrodę za zdobycie tytułu mistrza ortografii.


Pechowiec


Krewki watażka, Chryzostom Jerzy, zsiadł z chwackiej chabety. Zdjął jej obskurne chomąto i rzucił w trzciny. Zadzierzgnął węzeł na wodzach, spętał klaczy kopyta i sczesał jej rzepy z grzywy. Później wytrząsnął z juków co nieco owsa. Przecieżby nigdy nie zostawił angloaraba bez obroku! Rozejrzawszy się z rozrzewnieniem, ruszył na wymarzone rybołówstwo. Niestrudzenie przedzierał się przez szuwary. Złowróżbnym pohukiwaniem przepędził niejednego bekasa kszyka czy żołnę. Żaden drop, kobuz ani kulik nie odważył się zaglądnąć mu w oczy. Przebrnąwszy wzdłuż i wszerz przybrzeżne chaszcze, wyszukał ustronną mierzeję i raz-dwa zarzucił wędkę. Dla niepoznaki udawał zainteresowanie wokółksiężycową poświatą. I tak pół spał, pół czuwał. W ogóle nie przejmował się brzękiem krwiożerczych komarzyc. Ponieważ nie miał daru jasnowidztwa, a nie chciał podejmować pochopnych decyzji, postanowił czekać. Zrządzenie losu na pewno przewidziało dla niego nie najlichszy połów. Niepodobna było siedzieć o pustym brzuchu, wyjął przeto z sakwy gomółkę żółtego sera, gorzałkę bezalkoholową i kawał smażonego udźca jagnięcego. Po spożyciu licznych kalorii odświeżył się dezodorantem i nałożył na jedyną zdrową małżowinę uszną słuchawkę walkmana. Podówczas poczuł bluesa, odprężył się zupełnie… Nie zauważył nawet, że węgorz połknął haczyk wraz z wędką. Wreszcie zbudziły go ważki wygrzewające się na jego łysinie, z której osunęła się rdzaworuda peruka. Chryzostom zhańbił się stratą sprzętu rybackiego, toteż chyłkiem czmychnął w gęste czeremchy i słuch o nim zaginął…


Obieżyświat


Pasją Grzegorza, mężczyzny o nie najwyższym ilorazie inteligencji, były wojaże. Chociaż nie rozróżniał południków od równoleżników, postanowił zajrzeć do atlasu. Zawsze uważał, że trzeba rozszerzać własne horyzonty umysłowe – najlepiej przez zwiedzanie świata. Nie wystarczały mu już przecudne ostępy Puszczy Białowieskiej, niby-księżycowe hałdy Górnego Śląska ani hale, turnie, żleby i gołoborza polskich gór. Opętała go żądza egzotycznych podróży. Gdzież by tym razem wyruszyć? Do Papui, Kenii, może na Wybrzeże Kości Słoniowej, Półwysep Somalijski, pustynię Gobi albo w rejony trynidadzko-tobagijskie? Marzył o krajach arabskich, ale strach przed dżihadem przezwyciężył chęci. Znienacka przypomniał sobie o superofercie biura turystycznego. Góry Skaliste!...

Nazajutrz mknął odrzutowcem ku ojczyźnie Indian, kowbojów i wielu Polaków. W Filadelfii wypożyczył niezbyt zużytego harleya davidsona i rozpoczął przemierzanie Ameryki. Niezadługo dotarł do niedostępnego zakątka. Tu – sam na sam z przyrodą – na pewno przejdzie swego rodzaju chrzest, szkołę przetrwania. Zaniepokoił go jednak charakterystyczny hałas dochodzący spomiędzy skał. Jakże żachnął się na widok tłumu opróżniającego puszki z napojami bezalkoholowymi w barze „Na Świeżym Powietrzu”. Wśród co najmniej trzydziestodwuosobowej rzeszy turystów zauważył Hindusa, pseudo-Chińczyka półlegalnie handlującego halibutami i aldehydem mrówkowym, pół-Masaja oraz piękną mieszkankę Mongolii, zapewne ułanbatorkę, w której w okamgnieniu zakochał się na zabój. Jak zwykle bez wzajemności. Na domiar złego nikt nie zwrócił uwagi ani na jego skórzane spodnie z autentycznymi malunkami chilijskich grafficiarzy, ani na oryginalną bluzę w cętki, ani na telefon komórkowy marki Motorola przytroczony do nubukowego pasa. Tego już za wiele! W czwórnasób odczuł wszechogarniającą chandrę. Z nagła w jego myślach pojawiła się nutka patriotyzmu – porzuci przeludnioną Amerykę i zaszyje się na wyspie Uznam.


Bezrobocie


W zamierzchłych czasach ród czarownic wiódł burzliwy żywot. Baby-jagi rozrywek miały co niemiara. Przerzucały oferty książąt, królewiąt i zwykłych huncwotów. Żądne przygód poszukiwały hiperwrażeń w wypełnianiu superobrzydliwych zleceń. Ubóstwiały dręczyć ludzkość. Upiorną urodą wzbudzały przerażenie w każdym mężczyźnie. Osobliwą wonią drażniły nozdrza wierzchowców i jeźdźców. Znienacka doprowadzały do obłędu damy, zamieniając należące do nich pudle i pekińczyki w owczarki kaukaskie albo rottweilery. Nierzadko zjeżdżały na Łysą Górę. Tamże współzawodniczyły w warzeniu najohydniejszego paskudztwa – kleistej brei służącej do odurzania żywych egzemplarzy lub do podrażniania wrzodów na żołądku upatrzonego osobnika. W tej konkurencji po raz dwutysięczny szósty zwyciężyła pół-Włoszka Brunhilda. Oto jej ekstraprzepis: grzybki halucynogenne, pierze puchowe dzierzby i piegży, ząb trzonowy piżmowołu, kolec jeżozwierza afrykańskiego, udko grzebiuszki, narządy wewnętrzne pratchawca – wszystko utrzeć na parze, zmieszać z żelatyną wieprzową i zalać sokiem kauczukowym.

Na nieszczęście dobre czasy minęły bezpowrotnie. Hałaśliwe odrzutowce uprzykrzały tradycyjną turystykę na miotłach. Naród przestał drżeć na myśl o chimerycznych wiedźmach, a swoją uwagę zwrócił na UFO. Zresztą żadna honorowa czarownica nie chciała współpracować z nowomodną hołotą preferującą broń konwencjonalną. Chcąc nie chcąc zażenowane szerzycielki zła wybrały uchodźstwo. W poszukiwaniu pracy pierzchły w Himalaje. Dobroduszna Czomolungma przyhołubiła bezrobotne emigrantki z Polski. Wkrótce, otrząsnąwszy się z półsnu, ruszyły na poszukiwanie yeti – ostatniej nadziei na odmianę losu...

Wśród kniei, ostępów i obszarów zurbanizowanych


Józef B., arcyłotr, eks-mąż (eksmąż) sławnej hetery otrząsnął się z sennych mrzonek. Powlókł oczami po ścianach w orzechowo-różową kratkę i z nieokiełznaną żądzą dokonania czynu narodowowyzwoleńczego opuścił przytulne łóżko. Drażniła go hołota chwackich autochtonów nieustannie wykrzykujących haniebne hasła. Ze wszech miar miał dość ich koszałków-opałków, ich warcholenia, mafii i przemytu. Perfekcyjny hochsztapler wstydził się za niedouczoną hordę oszustów i nicponi. Postanowił, że zrzeknie się przynależności do tej społeczności. Z samego rana z ponad sześćdziesięciu rumaków wybrał karego anglika. Koń huculski był zbyt mały, by unieść jeźdźca i jego bagaż. Józef B. uzbroił się w szybkostrzelny łuk, halabardę, kałasznikowa i scyzoryk. Nazajutrz wyruszył na sześcioipółletnim wierzchowcu na spotkanie z cywilizacją. Porzucił rodzinne ostępy, by zrehabilitować się wśród cieszących się powszechnym poważaniem hultajów. Huraganowy podmuch rozwiał jego bujny harcap złożony z trzech włosów umytych w szamponie przeciwłupieżowym, ale superzbój nie zrezygnował z wędrówki. Chęć chuliganienia w wielkim mieście nigdy nie pozwoliłaby na powrót. Podejrzane charkoty wydobywające się z przybrzeżnych grzęzawisk Wieprza umilały czas podróżnikowi. Pół żartem, pół serio złorzeczył korzeniom złośliwie uprzykrzającym wojaż. Znienacka zauważył spiżowy, antywyłamaniowy drogowskaz – do miasta jedna siódma kilometra. Niewypowiedziana radość opętała Józefa B. Jego nie najsroższe spojrzenie spoczęło na nadjeżdżającej polonezami, niezbyt widocznej w smogu delegacji, która na pewno zapragnęła przywitać przybysza z prowincji hamburgerem i ketchupem (keczupem). Czuł, że zasłużył na te honory, przecież wstąpił na słuszną drogę przestępczości wielkomiejskiej. Przymknął oczy w euforii… Kiedy je otworzył, odetchnął znajomym chłodem więziennej celi wyposażonej w zestaw malowanek ze scenami z filmu „Ojciec chrzestny”.


Tchnienie historii

Tuż po powrocie z Supraśla Hubert udał się do kina, by po raz szósty obejrzeć najnowsze dzieło Jerzego Hoffmana zatytułowane „Ogniem i mieczem”. Trzygodzinny seans przeminął niepostrzeżenie. Młodzieniec i tym razem nie mógł otrząsnąć się z wrażenia. Tradycyjnie urzekły go porohy na Dnieprze, hoża Helena Kurcewiczówna, chwacki Bohun i rubaszny Zagłoba. Bez większych przeszkód dotarł do domu – bynajmniej nie napadły go hałaśliwe hordy Kałmuków.

Przebierając się w przedpokoju, odruchowo spojrzał w lustro, lecz nie zobaczył twarzy ani Michała Żebrowskiego, ani Aleksandra Domogarowa, a jedynie wizerunek kształtem przypominający księżyc w pełni. No cóż, Hubert nie odznaczał się urodą atamana kozackiego. Daleki od hurraoptymizmu poczłapał ku oknu, by sprawdzić wilgotność gleby w doniczkach z sukulentami i trzmieliną japońską. Powoli zaczął ogarniać go marazm. Na szczęście w porę przypomniał sobie o skarbach dziadka – ulubionego żołnierza Józefa Piłsudskiego. Raz-dwa znalazł się na strychu i od razu przystąpił do otwierania skrzyń zawierających niezłą kolekcję militariów. Poczuł się jak nowo narodzony, gdy spod pary rozsypujących się hajdawerów wygrzebał rotmistrzowski buzdygan, buławę hetmańską zdobioną turkusami, krzyżacki koncerz, fragmenty zbroi turniejowej, hełm husarski, kolczugę, misiurkę, pawęż piętnastowiecznej piechoty miejskiej oraz haftowane siodło i rząd na konia. Druga skrzynia kryła w swoich czeluściach buńczuk tatarski, halabardę, włócznię, rohatynę i topór bojowy. Brakowało tu tylko kopii Don Kichota. Na koniec Hubert odnalazł dubeltówkę, trzy arkebuzy i kuszę. Rozrzewnił się na widok tylu eksponatów, dzięki którym zagrała w jego żyłach krew bohatera spod Zbaraża. Przypominał sobie o uzi należącym do ciotki Eugenii. Przecież ta krucha białogłowa o skłonnościach pacyfistycznych w ogóle nie umie strzelać, więc na pewno chętnie odda mu militarną „zabawkę”, a on następnie przekaże całą kolekcję na cele charytatywne. I będzie sławny! Prawie jak książę Jeremi Wiśniowiecki.

Mrzonki Józefa


Gdyby nie nie najnowszy chrysler wyremontowany po niedawnej stłuczce, Józef – syn Hieronima, nie miałby szansy przybyć do zmilitaryzowanej kurzej fermy należącej do Eugenii, córki jego najdroższego przyjaciela, pułkownika Żubra. Wysiadłszy z lekko zdezelowanego auta, wykonał półobrót i półprzysiad, żeby rozruszać wszystkie chrzęszczące kości własnego szkieletu i w ten sposób uniknąć przedwczesnego niedołęstwa. Nawet nie zdążył rozejrzeć się wokół siebie, gdy znienacka rzuciły się na niego trzy pchlarze rasy chart afgański. Zszokowany atakiem furii chyżo wyskoczył na stóg zszarzałej słomy służącej jako ściółka w kurniku. Harmider wszczęty przez psy wyrwał z apatii hodowcę domowych mutantów. Eugenia, pół-Polka, pół-Chinka, z urody przypominająca agentów CIA i FBI przemierzających wzdłuż i wszerz Daleki Wschód, narzuciła na siebie ciemnoróżowy, kaszmirowy sweter i żując francuską gumę miętową, raz-dwa przepędziła przeżartą rdzą halabardą hałasujące czworonogi. Uratowany Józef, opuszczając bezpieczną kryjówkę, potknął się o lufę haubicy wystającą spod poprzerzynanych kłód modrzewiowych. Przepłoszył przy tym powietrznego łupieżcę – starego jastrzębia czyhającego na lekkomyślne kurczęta. Bohaterski mężczyzna otrząsnął się z burożółtej brei i zwierzył się pięknej kobiecie, że… chce kupić świeże jajka. Pełen nadziei, że przybył tu nienadaremnie, z werwą wkroczył w otwarte na oścież drzwi kurnika. Tu zauroczył go obraz życia w harmonii wynikającej z kurzej hierarchii. Wszystkie kury, idąc za przykładem przewodniczki stada, grzecznie opuściły swoje gniazda uwite w pokrzyżackich hełmach i udały się na żer, gdyż właśnie zbliżała się pora na lunch (lancz). Eugenia z żalem stwierdziła, że nie może spełnić życzenia klienta, ponieważ przed południem jej kontrahent, będący jednocześnie wiceprzewodniczącym Towarzystwa Wielbicieli Domowych Mutantów, opróżnił magazyn, zabierając cały zapas drogocennych jajek, które później zamierzał spieniężyć.

Tak więc Józef po raz kolejny przybył na fermę poniewczasie.


Piękna Hela i kościsty Władzio

Władzio z niechęcią spojrzał na własną fotografię przedstawiającą chuderlawego mężczyznę z wyraźnym zarysem szkieletu pokrytego bladą skórą i chińskim podkoszulkiem. Gdyby Roentgen zobaczył owo zdjęcie, na pewno byłby zdziwiony, jak komuś udało się uzyskać taki efekt bez rakotwórczego prześwietlenia.

Nieszczęśnik wiedział, że jeśli nie będzie przypominał co najmniej Antonio Banderasa, jego rudorzęsa narzeczona, piękna Hela, nigdy nie zgodzi się na małżeństwo. Ukochana kobieta wspaniałomyślnie wybaczyła mu, że nie należy do krezusów i że w hangarze ma tylko jednego concorde’a i trzy dwupłatowce jeszcze sprzed wojny, niemniej zażądała, by wyglądał jak macho.

Władzio uporczywie, na wszelkie sposoby dążył do tężyzny fizycznej. Półleżąc na amerykance i zjadając pizzę, cheeseburgery, hot dogi oraz inną, superzdrową żywność, obejrzał wszystkie filmy fabularne o supermanach. Ćwiczył boks, rugby, judo (dżudo), a nawet sumo, ale wymiary zawodników szybko go zniechęciły. Zażywał zalecane przez lekarzy różne ohydztwa, pił wyciąg z ziół sporządzony przez znajomego franciszkanina, wypróbował cudowne preparaty zakupione u domokrążcy. I nic. Nadal wyglądał jak niedożywiony patyczak, w ogóle nie przypominając kulturysty.

Znienacka w jego umęczonych myślach pojawił się cień nadziei. Tym razem musi się udać. Trzeba tylko rzucić się w wir polityki. Już dawno zauważył, że ludzie zajmujący szczególnie wysokie stanowiska szybko przybierają na wadze. Władzia zawsze nużyła propaganda kampanii wyborczej, więc zdecydował się na monarchię – najlepiej dziedziczną i absolutną. Zwróci się o pomoc do zaprzyjaźnionego chanatu krymskiego i wkrótce zmieni swój image. Wtedy piękna Hela bez wahania rzuci się w jego ramiona.

Przebudzenie z półsnu


Chałturzysta Henryk znużony prawie całonocnym szwendaniem się po różnych restauracjach i klubach, z obrzydzeniem rzucił na zakurzone biurko kluczyki od cadillaca oraz podręczny komplet instrumentów składający się z fujarki, harmonijki ustnej, puzonu, harfy, perkusji i przenośnego fortepianu. Znów nikt nie chciał słuchać ani boogie-woogie, ani jazzu (dżezu), ani techno, ani utworów Mozarta w jego wykonaniu. „Jak można nie doceniać moich możliwości! Przecież świetnie gram! Ja po prostu mam talent! I sam to odkryłem!” – myślał sfrustrowany. Do furii doprowadzał go fakt, że żadna orkiestra nie nadążała za jego hipernowatorstwem. Dyrygent zażądał od niego gry według nut i uzupełnienia brakujących strun w kontrabasie. „Też wymyślił” – żachnął się z niesmakiem i postanowił zażyć snu. Ubrał zszarzałą, dwuczęściową piżamę (pidżamę) w różowe kaczuszki, po czym wskoczył pod pierzynę po wujku Hilarym i wkrótce zapadł w drzemkę. Po pokoju rozeszły się dziwne charkoty, pochrząkiwania i rzężenie. Po raz n-ty przyśniły mu się krzyżyki, bemole, klucze wiolinowe i rzutka chórzystka Jolka Bobek. Nagle „łubu-du”. Ni stąd, ni zowąd ciało jego runęło na twarde podłoże. Na domiar złego płatem czołowym mózgu uderzył o pożyczoną w muzeum mosiężną warząchew. Henrykowi od razu rozżarzyły się myśli. Raz-dwa otrząsnął się z chandry i apatii, odzyskał hart ducha i zaczął uczyć się nut, by wreszcie zdać egzamin do szkoły muzycznej.


Po rozum do głowy


Niepozorny wygląd chłopka-roztropka bynajmniej nie zdradzał aspołecznych zachowań Jerzego. Ów trzydziestoośmioipółletni mężczyzna o rudawoblond włosach, wskutek swojego nieuctwa i niechęci do uczciwej pracy, przez wiele miesięcy poszukiwał watussi na kilkusethektarowych, wyżej położonych obszarach Pogórza Karpackiego. Niestety, bydło afrykańskie wciąż nie chciało żuć polskiej trawy, a tym bardziej pozwolić obedrzeć się ze skóry. Łowca, zniechęcony niepowodzeniem, usiłował sprzedać ichtiologowi z Pszczyny ekstrakolekcję ptactwa z przemytu. Ten jednakże upierał się przy swoich rybkach i w ogóle nie interesowały go ani wydrzyk tęposterny, ani harpia gujańska, ani nur rdzawoszyi, ani nawet muchołówka żałobna. Ażeby się uspokoić, Jerzy sięgnął po postrzępione harlequiny, ulubioną lekturę babci Heli. Raz-dwa znużyły go koszałki-opałki o minispódniczkach. Odruchowo wyjął spod poduszki z pierza listy od eksnarzeczonej (eks-narzeczonej), w których w języku starofrancuskim opisywała mu hodowlę szczeżui, omułków, rohatyńców i włochatych gąsienic lub nadmieniała o swojej nowej sympatii z plaż nadczarnomorskich – wicekanclerzu słynącym jako hultaj i nicdobrego.

Jerzy, zjadając chałwę na przemian z halibutem, niespodziewanie zaczął zastanawiać się nad życiem. Znużyły go już drobne kradzieże z włamaniem, niepłacenie podatków, nieoddawanie długów, krętactwo, podejrzewanie ludzi Bogu ducha winnych, codwutygodniowe obijanie staruszków dla relaksu i notoryczne palenie stu marlboro dziennie. Na domiar złego coś zaczęło go gryźć, kąsać i szarpać. Nie pomogło drapanie i ścieranie skóry pumeksem; świąd stawał się coraz bardziej wewnętrzny. Czyżby to były objawy hipochondrii? Wirus z Internetu? A może to coś poważniejszego? Próżno by teraz szukać psychoanalityka. Jerzy, nie tracąc czasu, poprawił żakardowy żabot i udał się do kamedułów z naprzeciwka. Cierpliwy brat Albert, wysłuchawszy przerażonego mężczyzny, podrapał się za uchem i zawyrokował: „To nie krztusiec ani paraliż. To sumienie! Popraw się, a nie będzie cię gryzło.”


Donkiszot z Polski


Jakżeż nienawidzę pseudoprzyjaciół i żałosnych oszustów! Najchętniej skazałbym ich na dwuipółletni pobyt w zakurzonej komórce, gdzie dwuparce, wije, skąposzczety, skulice obrzeżone, krzyżaki, skakuny, kosarze i kompostowce cuchnące umilałyby im życie. Uwarzyłbym dla nich kleik ze sczerniałych łodyg lepiężnika, przytulii, rzepichy chrzanolistnej, pszeńca i parzydła leśnego. Do nie najświeższej brei z subendemitów ogólnokarpackich dorzuciłbym półtrzeciej rusałki i skrzydła zorzynka rzeżuchowca. Nie żałowałbym pieprzu, chili (chilli), macierzanki i borówek brusznic. Na skutek takiej cud-diety i towarzystwa ohydnego robactwa każdy obłudnik na pewno zapragnąłby zacząć życie od początku, ze skruchą żałując za zło wyrządzone przez fałsz i dwulicowość. Wtedy mógłbym beztrosko huśtać się w hamaku, marząc o podróży do Kraju Klonowego Liścia.

Tymczasem ni stąd, ni zowąd poczułem na twarzy użądlenie komarzycy, która w ogóle nie zważając na moje mrzonki, z premedytacją kłuła mi skórę. Żwawo podniosłem się z półuklęku, otrząsnąłem siermiężne łachy, pomachałem rękami i, wziąwszy swojego volkswagena, ruszyłem naprawiać świat.


Kłusownictwo


Jedną z niewielu pasji Tomka było kłusownictwo. Ubóstwiał ciche łażenie po omacku. Nieraz po ciemku przebiegał na przełaj rozległą łąkę ozdobioną trzema rozłożystymi miłorzębami. Pod drzewami leżało mnóstwo zeschłych liści, które uwielbiał rozgrzebywać i rozrzucać w poszukiwaniu różnych żuczków. Na ogół znajdywał nieliczne okazy, które w okamgnieniu wpychał do miniworka zszytego z odciętych rąbków chustek. Tej nocy nadaremnie ruszył na łów. Szczęście w ogóle mu nie dopisywało. Znalazł tylko jedną nieżywą dżdżownicę. Położył się więc na wznak i na pewno zasnąłby, gdyby nie niespodziewany atak puszczyka. Ptak z cicha zbliżył się do Tomka. Zauważywszy kąsek niewart uwagi, znienacka machnął od niechcenia skrzydłami i odfrunął. Tomek odetchnął z ulgą. Żal mu było ruszać z powrotem, ale nadchodził poranek i lada kto mógłby być świadkiem nielegalnego polowania na chitynowe pancerzyki. Chłopiec obiecał sobie, że wróci tu kiedy indziej.


Wilhelm Rzeżucha



Pan Wilhelm Rzeżucha, dwudziestotrzyipółletni średnio inteligentny pseudobiznesmen z Niska, na co dzień z rzadka zawracał sobie głowę tak błahą sprawą jak lektura książek. Aż tu znienacka, w same walentynki po południu, stwierdził, że można by wybrać się do nowo otwartego kina „Himalaje”, w którym już wkrótce kończono wyświetlanie głośno reklamowanego w mass mediach szwedzkiego filmu o Mozarcie.

Nasz znajomy niżanin wyszedł na upstrzony graffiti plac Traugutta i postanowił zamówić ekstrapilny kurs taksówką, ponieważ do rozpoczęcia ostatniego seansu zostało naprawdę niewiele czasu. Już z daleka dostrzegł nowe, ciemnożółte renault z napisem „taxi” na dachu. Zamachał ręką, żeby je zatrzymać. Chyżo pobiegł wzdłuż rzędu tui w poprzek przez plac, potrącając nierzadkich o tej porze przechodniów. Wkrótce dopadł hamujące z wolna auto.

Supermiła pani w kasie sprzedała mu przedostatni bilet, informując, że tak doskonałe filmy zdarzają się wyjątkowo rzadko.

Po wyjściu z kina, wpół do ósmej, nasz bohater poszedł do koktajlbaru, by zjeść małe co nieco. Zamówił kawę z ekspresu oraz kilka minipączków z konfiturą z jeżyn i jarzębiny, które, niestety, okazały się na pół spalone. Pomyślał, że nieobejrzenie tego filmowego hitu byłoby niewybaczalnym błędem. Postanowił dowiedzieć się absolutnie wszystkiego o genialnym kompozytorze. Nie tracąc ani chwili, zdecydował się przede wszystkim kupić jakąś biograficzną książkę o tym znanym na całej kuli ziemskiej Austriaku.

Początkowo w ogóle nie wiedział, gdzie są księgarnie. Z lekka zażenowany swoją niewiedzą przejrzał plan miasta. W okamgnieniu znalazł się naprzeciwko szkoły podstawowej, tuż przed pożądanym sklepem. W drzwiach nieomal zderzył się nie z jakąś ekstrastaruszką, ale z odrażającą ryżowłosą babą-jagą, która prowadziła na smyczy niewielkiego pudelka, nie białego jednak, lecz bez mała beżowego. Przeprosił ją uprzejmie i wszedł do środka. Nadzwyczaj kompetentny i rzetelny ekspedient zaproponował mu dwie książki o Mozarcie. Ponadto ten rzutki człowiek obiecał wkrótce sprowadzić z hurtowni piękny album poświęcony arcymuzykowi.

Po nadzwyczaj udanych zakupach pan Wilhelm szybko wrócił do domu i, zamiast jak zwykle pleść koszałki-opałki, zagłębił się w lekturze świeżo nabytych książek. Od dawna nic nie sprawiło mu tak wielkiej przyjemności. Postanowił, że odtąd będzie systematycznie, na pewno co najmniej raz w miesiącu, odwiedzał księgarnię.


Ekstrakulig dla Szwedów


Hipochondrycznemu wicedyrektorowi minifirmy farmaceutycznej powierzono przygotowanie ekstrakuligu dla szwedzkich kontrahentów. Współodpowiedzialna za zorganizowanie superimprezy cud-kobieta, trzydziestotrzyipółletnia elblążanka, również ochoczo zabrała się do pracy.

Ponieważ do przyjazdu arcyważnych gości zostało niewiele czasu,
w okamgnieniu oboje zdecydowali, że zaproszą Skandynawów w Góry Świętokrzyskie, choć brali także pod uwagę Żywiecczyznę,

Inauguracja zimowych hulanek, na przekór niepokojącej zawiei, nastąpiła już w Jastrzębiu Zdroju. Do świętokrzyskich kniei wszyscy wyruszyli z placu Na Rozdrożu. Podróż wypożyczonymi średniolitrażowymi citroenami była nie najdłuższa.

Na miejscu, wpół do szóstej wieczorem, czekała ósemka, bez wątpienia wspaniałych, srebrzystoszarych rumaków, zaprzężonych do pięknych, archaicznych, zszarzałych sań, które zdobiły cynowo-ołowiane esy-floresy. Zharmonizowane z nimi co najmniej dwuwarstwowe, wielokolorowe stroje woźniców, pokrywający na ogół wszystko wkoło błękitnobiały śnieg
i ciemnoszafirowe, rozgwieżdżone niebo tworzyły naprawdę niezapomnianą całość. Ponadto, podczas półszaleńczej jazdy, wszyscy trzymali w rękach zapalone pochodnie, a sfora chartów, z którymi zające bawiły się w ciuciubabkę, robiła nieopisany harmider. Na wpół żywe towarzystwo przekrzykiwało się nawzajem, czyniąc również nieziemski hałas.

Po kuligu, zsiniali z zimna, ale rozentuzjazmowani goście, ogrzali się i co nieco pożywili przy wielkim ognisku. Prawdziwym kulinarnym hitem tego wieczoru okazał się dzik z rożna i słodko-kwaśny napój z ziół i owoców. Humoru i apetytu nie popsuł nikomu rozhisteryzowany, przewrażliwiony na punkcie swojego zdrowia, główny organizator spotkania, który zupełnie nieoczekiwanie stwierdził, że tak tłusty posiłek u ludzi z zaburzeniami funkcjonowania trzustki i podwyższonym cholesterolem może skończyć się hospitalizacją.

Ekscentryczny Anglik

Średniolitrażowym rzężącym dżipem(jeepem) przyjechał do Trójmiasta ryżobrody eks-skaut (eksskaut) z zagranicy.

Notabene, nieoczekiwanie zawrócono go zza granicy, ponieważ zasuwka jego bagażnika odskoczyła i znienacka wypadł z niego chromoniklowy, podejrzany wihajster i afrykański, chyba z Papui, tam-tam. Czterdziestopięcioipółletni londyńczyk bynajmniej nie wziął nóg za pas, lecz zaperzył się i hardo podszedł do pograniczników, z którymi w innych krajach był za pan brat. Robiąc sobie śmichy-chichy, niby-polszczyzną plótł koszałki-opałki, że w jego bagażu jest wszystko oprócz zabużańskiej szczeżui, higroskopijnego sulfamidu, świerzopu, nibyjagody, więcierza i perłoworóżowej minifisharmonii firmy Yamaha.

Ni stąd, ni zowąd spoważniał jednak i wpółżywym z przepracowania funkcjonariuszom, wyjaśnił ten arcyciekawy Ziemianin w niewełnianej budrysówce, tweedowych bermudach z mereżką i półtrampkach w kolorze ochry, że jest honorowym gościem i darczyńcą niezwykłej wystawy, na którą wiezie niewiele, ale za to niecodziennych eksponatów.

Wszystko to potwierdził przez komórkę kędzierzawy wicekurator wystawy, znany chiromanta o powierzchowności cherubina, który akurat oprowadzał po niej, prawie za półdarmo, wycieczkę franciszkanów i szóstoklasistów z Żywiecczyzny.

Po interwencji tego, bądź co bądź, powszechnie znanego przeciwnika nicnierobienia ekscentryczny Anglik szczęśliwie dotarł do celu swojej podróży.

Wcześniej jednak w restauracji „Darzbór” znanej z ekstrapotraw z dziczyzny, siedząc nieopodal muzealnej etażerki, skonsumował risotto na półmiękko i piegżę z rożna w słodko-kwaśnym sosie beszamelowym. Na deser zażyczył sobie chałwę arachidową i filiżankę cappuccino, którą wypił przy wydobywających się z wpółotwartego archaicznego gramofonu dźwiękach fokstrota. Wpół do drugiej, po obfitym superposiłku, z wolna zaczął powracać mu dobry humor i ochota do kontynuowania jazdy.


Ani mru-mru


Po raz kolejny widzimisię Henryka doprowadziło do ucieczki jego przyjaciela. Drobnego ciułacza dopadło wszechogarniające przygnębienie. Przejął się nie na żarty. Przez otwarte na oścież miniokienko wychodzące na plac Żwirka i Muchomorka nadaremnie wypatrywał Dużego, bo takim pseudonimem obdarzył wiernego druha. Duży po prostu zniknął, czmychnął donikąd.

No cóż – nie sztuka użalać się nad losem, trzeba wziąć się w garść
i zacząć działać. Henryk naprędce uwarzył na półmiękko skrawek z żeberek wieprzowych, przyprószył go sczerstwiałą chałką i wyłożył na spróchniałą miskę. Nęcący zapach przysmaku nie skusił uciekiniera. Nie wrócił.

W poszukiwaniach chciała mu pomóc sąsiadka mieszkająca vis-à-vis, ksantypa
i herod-baba w jednym, którą posądzał o współsprawstwo żenującej sytuacji. Jednakże jej pięcioipółletnia córuchna, kpiąca z zasad savoir-vivre’u, zażądała natychmiastowego spaceru z nie najłagodniejszym sznaucerem otrzymanym na mikołajki od wujka z Bielska-Białej. Pozostało jeszcze zwrócić się do niby-wróżki znanej w niecałym powiecie tarnobrzeskim, ale ta jak zwykle wystrychnęła go na dudka.

Opętany chandrą Henryk, chcąc zabić złowróżbną ciszę, żałośnie zanucił fragment melodii w tonacji a-moll i zapłakał nie bez nadziei przed figurą Biedaczyny z Asyżu. Może chociaż ów miłośnik przyrody wesprze go w cierpieniu. Rzewne westchnienie obudziło z półsnu Dużego, który z trudem wygramolił się spod drewnianej stopy świętego. Otrząsnął się z kurzu i wesoło zatrzepotał przednimi odnóżami, w ogóle nie pamiętając przykrego zajścia. Powrót ulubieńca sprawił Henrykowi co niemiara radości – przecież żadne inne stworzonko nie mogłoby zastąpić jedynego w swoim rodzaju skorka, nawet omułek wyrzucony podczas sztormu o sile co najmniej 8 w skali Beauforta na pół piaszczysty, pół kamienisty brzeg morza Bałtyk.


Podróże kształcą


Nieco oryginalny radiopajęczarz Albrecht, niekoniecznie z Hohenzollernów, ale za to spod Hyżnego, z ulgą zatrzasnął drzwi za swoim kolegą, rozentuzjazmowanym Metysem z NASA, potomkiem samego inki z Machu Picchu, który oprócz astronautyki ubóstwiał kolekcjonować gadżety (gadgety) spod Cheronei, Hrebennego i z kraju Mao Tse-tunga. Niestety, po niespodziewanej wizycie nie za wiele zostało z murzynka, świeżo warzonego napoju chmielowego i nie najgorszego samopoczucia domownika.

Albrecht, żując korzeń żeń-szenia, znienacka stwierdził, że trzeba by poszerzyć własne horyzonty myślowe. Otworzył leżący naprzeciw etażerki zakurzony atlas i bez żenady na chybił trafił wybrał Krainę Kangurów, wywróżoną mu zresztą przez jego wujka, hreczkosieja, eksnarzeczonego (eks-narzeczonego) niewydarzonej chiromantki. Tam właśnie żyje człowiek legenda, charyzmatyczny mędrzec z Sydney, który wykrzesze z niego chociażby ćwierćinteligenta.

Ostrzygł się więc na półkrótko, ubrał nie swoją kurtkę z upolowanego nigdzie indziej jak w Morzu Beauforta planktonożercy, wsiadł do hyundaia z niedotartym dieslem i jak zwykle ugrzązł w przydomowym rżysku po pszenżycie. Jednakże nasz bohater, nie zważając na uciążliwą mżawkę, rzucił się ku przejeżdżającemu w pobliżu czerwonokrzyskiemu autu. Na próżno by szukać bardziej upartego realizatora na pół przemyślanego planu. Hardy ów mężczyzna wysupłał z portfela odżałowane euro, rozliczył się z niby-charytatywnym autostopem i na styk zdążył na odchodzący do Australii trójmasztowiec pod banderą Namibii.

Po nużącej podróży Albrecht usatysfakcjonowany uniknięciem abordażu, storpedowania, dryfowania na szalupie tudzież zanurzenia w wodach pełnych ludojadów, skrzydlic, mątw i muren, zabrał na raz własne bagaże i opuścił przeżarty rdzą i omułkami żaglowiec, wycinając przy tym chwackie hołubce. Pełen nadziei rozejrzał się wokół siebie i ruszył na spotkanie z bohaterem narodowym Aborygenów, w ogóle nie przejmując się tym, że ponadstuletni autochton niedosłyszy i naprawdę trudno dogadać się z nim po polsku.

Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconLista konkursów wiedzy, artystycznych I sportowych, które obowiązywały w procesie rekrutacji w latach 2007/2008 – 2009/2010 I mogą być wykorzystane przez szkolne komisje rekrutacyjno kwalifikacyjne na rok szkolny 2010/2011, obejmując cykl kształcenia 2007/2008 – 2009/2010

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconLista konkursów wiedzy, artystycznych I sportowych, które obowiązywały w procesie rekrutacji w latach 2007/2008 – 2009/2010 I mogą być wykorzystane przez szkolne komisje rekrutacyjno kwalifikacyjne na rok szkolny 2010/2011, obejmując cykl kształcenia 2007/2008 – 2009/2010

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconSprawozdanie z warsztatów Stopnień Piąty, które odbyły się w dniu 15. 05. 2011 r

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconRaport o stanie przestrzegania przepisów bhp w sieci sklepóW „biedronka” w latach 1996 -2007

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconPlan zadań gminnych I powiatowych funduszy celowych na 2008 rok

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 icon12 października 2007 roku kolejny raz odbyły się Podlaskie Spotkania Hubertowskie

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconPlan konkursów szkolnych w roku 2011/2012

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconMyśli I teksty, które mogą się przydać do codziennych rozważań podczas zimowiska I kursu drużynowych/przewodnikowskiego w roku zastęPÓW

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconHarmonogram szkolnych konkursów na rok szkolny 2010/2011

Teksty dyktand z konkursów szkolnych, gminnych I powiatowych, które odbyły się w Brzostku w latach 1996 – 2007 iconKalendarz planowanych imprez / konkursów szkolnych – 2011 / 2012

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom