Lew, Czarownica I stara szafa




Pobierz 0.59 Mb.
NazwaLew, Czarownica I stara szafa
strona8/10
Data konwersji17.09.2012
Rozmiar0.59 Mb.
TypDokumentacja
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10
wzgórza. Teraz wi­dzieli je o wiele lepiej, ponieważ kiedy rozmawiali, gwiazdy przybladły, a w szarości wschodniego nieba pojawiły się wielkie plamy bieli.


Rozdział 14

POCZĄTEK KOŃCA ŚWIATA


POWOLI DRZWI ZNÓW SIĘ OTWORZYŁY i wyszła z nich jakaś postać, tak wysoka i wyprostowana jak dziew­czyna, lecz nie tak szczupła. Postać nie niosła światła, lecz światło wydawało się promieniować z niej samej. Kiedy podeszła bliżej, Łucja zobaczyła dostojnego starca. Z przodu srebrna broda opadała mu do bosych stóp, z tyłu srebrne włosy spływały aż do pięt, a jego długa suknia musiała być zrobiona z runa srebrnej owcy. Wyglądał tak łagodnie i tak dostojnie zarazem, że po raz drugi wszyscy wędrowcy podnieśli się z krze­seł i stali w milczeniu.

Starzec podszedł do nich bez słowa i stanął po dru­giej stronie stołu, naprzeciw swej córki. Potem oboje podnieśli ręce, odwrócili się ku wschodowi i zaczęli śpiewać. Chciałbym zapisać tutaj tę pieśń, lecz nikt z obecnych jej nie zapamiętał. Łucja mówiła później, że była to pieśń wzniosła, prawie przerażająca, lecz bardzo piękna. „Był to chłodny rodzaj pieśni, był to wczesnoporanny rodzaj pieśni”. I kiedy tych dwoje śpiewało, szare chmury na wschodnim niebie rozwiały się, białe smugi stawały się coraz większe i większe, aż całe niebo pobielało, a morze zaczęło lśnić jak srebro. A po dłuższym czasie (lecz tych dwoje nie prze­rwało swej pieśni) niebo na wschodzie poróżowiało i w końcu wynurzyło się z morza nie przesłonięte chmurami słońce, a jego długi, poziomy promień przeszył całą długość stołu i zapłonął na złocie, na srebrze i na Kamiennym Nożu.

Już raz czy dwa razy przedtem Narnijczycy za­stanawiali się, czy na tych morzach wschodzące słońce nie jest większe niż w ich ojczyźnie. Teraz byli tego pewni. Nie mogło to być złudzenie. A jasność jego promieni, załamujących się w kroplach rosy i w za­stawie na stole, przewyższała dalece wszystkie poran­ne jasności, jakie kiedykolwiek widzieli. Jak wyraził to później Edmund, „chociaż wiele rzeczy wydarzyło się w czasie tej wyprawy, które BRZMIĄ bardziej przejmująco, ten moment był naprawdę najbardziej przejmujący”. Bo oto teraz byli już pewni, że napra­wdę znaleźli się na początku Końca Świata.

A potem wydało się im, że coś wylatuje ku nim z samego środka wschodzącego słońca, ale oczywiście nikt nie był w stanie dłużej patrzeć w tym kierunku, aby się upewnić, czy tak jest w istocie. I nagle po­wietrze wypełniło się głosami1 — głosami, które pod­chwyciły tę samą pieśń, lecz w sposób o wiele bardziej dziki i w języku, którego nikt nie rozumiał. Wkrótce zobaczyli też, skąd te głosy pochodzą. Były to ptaki, wielkie i białe, nadlatujące całymi setkami i tysiącami i siadające na czym tylko się dało: na trawie, na ka­miennej posadzce, na stole, na ich ramionach, rękach, głowach, aż wszystko zaczęło wyglądać tak, jakby na ziemię spadł gruby śnieg. I tak jak wówczas, gdy śnieg wszystko przykryje, nie tylko zrobiło się biało, ale i wszystkie kształty zamazały się i wygładziły. Łu­cja, patrząca spomiędzy skrzydeł ptaków, które ją całkowicie przykryły, ujrzała, jak jeden z nich podfrunął do starca. W dziobie trzymał coś, co przypo­minało mały owoc lub żarzący się węgielek, bo tak lśniło i jaśniało. I ptak złożył to coś ostrożnie na war­gach starca.

Potem ptaki przestały śpiewać i zajęły się czymś na stole. Kiedy się uniosły, ze stołu znikło wszystko, co nie było jeszcze zjedzone lub wypite. Setki, tysiące ptaków frunęło w górę, unosząc ze sobą także to, co nie dało się zjeść lub wypić — kości, skórki i sko­rupki — i poleciało z powrotem ku wschodzącemu słońcu. Teraz jednak już nie słyszeli śpiewu, lecz tylko łopot tysięcy skrzydeł, aż wszystkim się wydało, że całe powietrze drży i wibruje. Pozostał pusty, czysty stół, przy którym nadal siedzieli trzej narnijscy ba­ronowie, pogrążeni w głębokim śnie.

Dopiero teraz starzec zwrócił się ku wędrowcom i powitał ich.

— Panie — rzekł do niego Kaspian — czy ze­chcesz nam powiedzieć, jak zdjąć z tych oto trzech narnijskich baronów czar, który sprawia, że nie mogą obudzić się ze snu?

— Chętnie ci to powiem, synu — rzekł starzec. — Aby złamać potęgę tego czaru, musisz popłynąć aż do Końca Świata albo tak blisko Końca Świata, jak tylko to możliwe, i pozostawić tam przynajmniej jednego ze swoich towarzyszy.

— A co się z nim stanie? — zapytał Ryczypisk.

— Będzie musiał wejść w Ostateczny Wschód i nigdy już nie powróci do tego świata.

— Tego właśnie pragnie gorąco moje serce — powiedział Ryczypisk.

— A czy jesteśmy już blisko Końca Świata, panie? — zapytał Kaspian. — Czy wiesz coś o morzach i lądach leżących dalej na wschód niż ta wyspa?

— Widziałem je dawno temu — odpowiedział starzec — ale z bardzo dużej wysokości. Nie mogę ci więc opowiedzieć o tych szczegółach, które inte­resują żeglarzy.

— Czy to znaczy, że latałeś w powietrzu? — wtrącił Eustachy.

— Byłem daleko, daleko ponad powietrzem, mój synu — odpowiedział starzec. — Jestem Ramandu.

Ale widzę, że patrzycie po sobie tak, jakbyście nigdy nie słyszeli tego imienia. I wcale się temu nie dziwię: czas, w którym byłem gwiazdą, przeminął dawno te­mu, zanim ktokolwiek z was pojawił się na tym świe­cie. Od tego czasu zmieniły się wszystkie konstelacje.

— Ojej! — zawołał Edmund, wciągnąwszy głę­boko powietrze. — On jest EMERYTOWANĄ gwiazdą!

— Czy już nie jesteś gwiazdą? — zapytała Łucja.

— Jestem gwiazdą w stanie spoczynku, moja cór­ko — odpowiedział Ramandu. — Po moim ostat­nim wzejściu na niebo, zgrzybiałego i postarzałego ponad wszelkie wasze wyobrażenie, przeniesiono mnie na tę wyspę. Byłem wówczas starszy niż dzisiaj. Każ­dego ranka ptak przynosi mi żar-jagodę z dolin na Słońcu i każda taka żar-jagoda ujmuje mi nieco lat. A kiedy stanę się tak młody jak dziecko urodzone wczoraj, będę mógł znowu wzejść na niebo — je­steśmy bowiem u wschodniego obrzeża Ziemi — i raz jeszcze znaleźć się w wielkim korowodzie.

— W naszym świecie — odezwał się Eustachy — gwiazda jest olbrzymią kulą płonącego gazu.

— Nawet w waszym świecie to, o czym mówisz, mój synu, nie jest gwiazdą, lecz jedynie tym, z czego jest zrobiona. A w tym świecie już raz spotkaliście gwiazdę, bo myślę, że poznaliście Koriakina?

— Czy on też jest gwiazdą w stanie spoczynku? — zapytała Łucja.

— No cóż, nie jest to ścisłe określenie — od­powiedział Ramandu. — Trudno nazwać odpoczyn­kiem rządzenie Patałachami. Można to raczej nazwać karą. Koriakin mógł świecić jeszcze wiele tysięcy lat na południowym, zimowym niebie, gdyby wszystko szło tak, jak należy.

— Co on takiego uczynił? — zapytał Kaspian.

— Mój synu — rzekł Ramandu — wiedza o tym, jakie błędy może popełnić gwiazda, nie jest przeznaczona dla ciebie, Syna Adama. Ale dajmy te­mu spokój, nie traćmy czasu na takie rozmowy. Czy już coś postanowiliście? Czy pożeglujecie dalej na wschód i wrócicie, pozostawiając tam jednego z was na zawsze, aby złamać potęgę tego zaklęcia? Czy też może chcecie płynąć na zachód?

— Jestem pewien, panie — rzekł Ryczypisk — że nie może być co do tego żadnych wątpliwości. Wie­my już, że całkiem oczywistą częścią celu naszej wy­prawy jest zdjęcie czaru z tych trzech baronów.

— Ja też tak myślę, Ryczypisku — powiedział Kaspian. — A nawet gdyby tak nie było, pękłoby mi serce, gdybyśmy nie znaleźli się tak blisko Końca Świata, jak to tylko będzie możliwe. Myślę jednak o załodze „Wędrowca do Świtu”. Zgodziliśmy ich na poszukiwanie siedmiu baronów, a nie na dopłynięcie do widnokręgu. Jeśli pożeglujemy stąd na wschód, to po to, aby znaleźć krawędź świata, ostateczny Wschód. A nikt nie wie, jak daleka droga nas czeka. To dzielni ludzie, ale wydaje mi się, że niektórzy są już zmęczeni podróżą i wypatrują chwili, w której dziób okrętu zostanie zwrócony ku Narnii. Myślę, że nie powinienem zabierać ich w dalszą podróż bez ich wiedzy i zgody. No, i jest jeszcze ten biedny baron Rup. To człowiek całkowicie załamany.

— Mój synu — powiedziała gwiazda — nie by­łoby żadnego sensu, nawet gdybyś tego chciał, w że­glowaniu do Końca Świata z ludźmi, którzy tego nie chcą albo którzy zostali oszukani. W ten sposób nie łamie się potęgi wielkich zaklęć. Oni muszą wiedzieć, dokąd i dlaczego płyną. Ale kim jest ten załamany człowiek, o którym mówisz?

Kaspian opowiedział mu historię barona Rupa.

— Mogę mu dać to, czego mu najbardziej po­trzeba — rzekł Ramandu. — Na tej wyspie można zapaść w sen bez granic i miary, w sen, w którym nigdy nie usłyszy się nawet najcichszego stąpania sen­nych marzeń. Niech usiądzie obok tych trzech i pije z czary zapomnienia aż do waszego powrotu.

— Och, zróbmy tak, Kaspianie! — zawołała Łu­cja. — Jestem pewna, że to by mu się bardzo po­dobało.

W tym momencie przerwał im odgłos wielu kro­ków i głosy: to zbliżał się Drinian na czele załogi. Wszyscy stanęli jak wryci, zaskoczeni widokiem Ra­mandu i jego córki, a potem odkryli głowy, jako że byli bystrymi ludźmi, którym nie trzeba było wiele wyjaśniać. Ten i ów popatrzył z żalem na puste talerze i dzbany.

— Mój panie — rzekł król do Driniana — wy­ślij dwóch ludzi z powrotem na okręt z wieścią dla barona Rupa. Niech mu powiedzą, że są tutaj jego towarzysze pogrążeni we śnie — we śnie bez snów — i że on też się może do nich przyłączyć.

Kiedy to uczyniono, Kaspian kazał wszystkim usiąść i wyjaśnił im całą sytuację. Gdy skończył, zapadła długa cisza przerywana od czasu do czasu szep­tami, a potem powstał dowódca łuczników i powie­dział:

— Jest pewna sprawa, wasza królewska mość, o której część z nas już od dawna chciała pomówić. Chodzi nam o to, w jaki sposób w ogóle powrócimy do domu, kiedy już skierujemy nasz okręt ku Narnii, obojętnie, czy to zrobimy tutaj, czy w jakimś innym miejscu. Przez cały czas mieliśmy zachodni lub północno-zachodni wiatr, nie licząc rzadkich okresów ci­szy. A jeśli się to nie zmieni, to chciałbym wiedzieć, jaką możemy mieć nadzieję, że znowu zobaczymy Narnię. Nie można chyba liczyć na to, że starczy nam zapasów, gdybyśmy chcieli WIOSŁOWAĆ przez całą drogę.

— To jest mowa szczura lądowego — powie­dział Drinian. — Na tych morzach zwykłe przez całe łato wieją zachodnie wiatry, ale zawsze zmienia się to po Nowym Roku. Będziemy mieć dużo dobrego wiatru do żeglowania na zachód, obawiam się nawet, że będziemy go mieć więcej niż potrzeba, jeśli wierzyć wszystkim relacjom.

— To prawda, panie — odezwał się jeden ze starszych marynarzy, Galmijczyk z urodzenia. — W styczniu i w lutym parszywa pogoda zawsze przy­chodzi ze wschodu. I jeśli wolno mi coś rzec, panie, to gdybym ja był kapitanem tego statku, zarządził­bym przezimowanie tutaj i wyruszenie w drogę po­wrotną w marcu.

— Co się tu zwykle jada podczas zimy? — za­pytał Eustachy.

— Ten oto stół — rzekł Ramandu — będzie co­dziennie o zachodzie słońca zastawiany królewską ucztą.

— O, teraz dobrze mówi! — rozległy się głosy kilku marynarzy.

— Wasze wysokości, szlachetni panowie i wszy­stkie panie! — odezwał się Rynelf. — Chciałbym powiedzieć tylko jedno. Nie ma tu wśród nas nikogo, kogo by zmuszano do tej wyprawy. Jesteśmy ochot­nikami. I są tu tacy, którzy wlepiają teraz gały w ten stół i marzą o królewskich ucztach, a którzy głośno rozprawiali o przygodach, kiedyśmy opuszczali Ker-Paravel, i którzy przysięgali, że nie wrócą do domu, dopóki nie znajdziemy Końca Świata. A byli też tacy, co stali na nabrzeżu i oddaliby wszystko, co mają, byleby tylko wyruszyć wraz z nami. Uważano wtedy, że lepiej dostać koję chłopca okrętowego na „Wę­drowcu do Świtu” niż pas rycerski. Nie wiem, czy już się połapaliście, o co mi chodzi? A chodzi mi o to, takie jest przynajmniej moje zdanie, że jeśli już wy­ruszyliśmy na tę wyprawę, to będziemy wyglądać tak głupio, jak... jak te Łachonogi, jeśli wrócimy do domu i powiemy, że dotarliśmy aż do początku Końca Świata i nie mieliśmy już serca, by płynąć dalej.

Część marynarzy zaczęła wiwatować, ale pozostali dali do zrozumienia, że nie widzą w tym nic głupiego.

— Robi się niewesoło — szepnął Edmund do Kaspiana. — Co zrobimy, jeśli połowa tych typów uprze się, by wracać?

— Poczekaj — odszepnął mu Kaspian. — Mam jeszcze jedną kartę w zanadrzu.

— A ty nie zamierzasz zabrać głosu, Ryczypisku? — spytała cicho Łucja.

— Nie. Czemu wasza królewska mość oczekuje tego ode mnie? — odpowiedział Ryczypisk tak głoś­no, że prawie wszyscy go usłyszeli. — Ja już posta­nowiłem. Jeśli będę mógł, popłynę na wschód na po­kładzie „Wędrowca do Świtu”. Jeśli sprawicie mi zawód, powiosłuję na wschód w moim czółnie. Jeśli czółno zatonie, popłynę na wschód za pomocą moich czterech łap. A kiedy nie będę już w stanie płynąć dalej, jeśli nie dotrę do krainy Aslana lub jeśli jakiś niezmierzony wodospad wyrzuci mnie gdzieś poza krawędź świata, zatonę z nosem zwróconym tam, gdzie wschodzi słońce, i wówczas Pipisek stanie się głową mówiących myszy w Narnii.

— Słuchajcie go, słuchajcie — odezwał się jeden z marynarzy. — Powiedziałbym to samo, z wyjąt­kiem tego kawałka o czółnie, które jest dla mnie za małe. — I dodał, ściszając głos: — Nie będę prze­cież gorszy od myszy.

W tym momencie Kaspian zerwał się na nogi.

— Przyjaciele! — powiedział. — Myślę, że nie zrozumieliście dobrze, o co nam chodzi. Mówicie tak, jakbyśmy przyszli do was z kapeluszem w ręku, bła­gając o pomoc w żeglarskim rzemiośle. Rzecz ma się zupełnie inaczej. My i nasz królewski brat oraz siostra, i ich krewniak, i pan Ryczypisk, dzielny rycerz, i lord Drinian mamy do załatwienia pewną sprawę na krań­cu świata. Jest naszym życzeniem wybrać tych spo­śród was, którzy tego pragną, takich, których uznamy za godnych tak wielkiego przedsięwzięcia. Nie powie dzieliśmy wcale, że może pójść każdy, kto się zgłosi! Dlatego właśnie nakazujemy lordowi Drinianowi i je­go matowi Rinsowi, by rozważyli starannie, którzy spośród was są najtwardsi w boju, najzręczniejsi w że­glarskim kunszcie, najlepszego pochodzenia, najbar­dziej oddani naszej osobie, najszlachetniejsi i najbar­dziej obyczajni. Imiona tych wybranych chcemy mieć przedstawione na specjalnej liście.

Tu Kaspian zamilkł na chwilę, po czym mówił da­lej, teraz już nieco szybciej:

— Na grzywę Aslana! Czy naprawdę myślicie, że przywilej ujrzenia ostatecznych rzeczy można na­być za cenę zaśpiewania piosenki? Powiadam wam, każdy mężczyzna, który pójdzie z nami, obdarzony zostanie tytułem Wędrowca do Świtu dożywotnio i z prawem dziedziczenia przez wszystkich jego po­tomków, a kiedy znajdziemy się w Ker-Paravelu, otrzyma tyle złota i ziemi, że starczy mu, by resztę swego życia spędzić w dostatku. A teraz możecie się wszyscy rozejść. Wszyscy! Za pół godziny chcę mieć listę z imionami tych, których wybierze spośród ochotników lord Drinian.

Wśród załogi zapanowała cisza, a potem wszyscy skłonili się i rozeszli w różne strony małymi grupkami, rozprawiając między sobą.

— A teraz zajmiemy się baronem Rupem — oz­najmił Kaspian.

Ale kiedy zwrócił się ku szczytowi stołu, zobaczył, że Rup już tam jest. Przybył, milczący i nie zauwa­żony, podczas gdy trwała dyskusja i został posadzony obok barona Argoza. Za jego krzesłem stała córka Ramandu, jakby właśnie pomogła mu usiąść, obok stał sam Ramandu, trzymając obie ręce na jego gło­wie. Nawet w pełnym świetle dnia widać było słabą srebrną poświatę otaczającą ręce gwiazdy. Na wy­chudłej twarzy barona pojawił się uśmiech. Wyciągnął jedną rękę do Łucji, drugą do Kaspiana. Przez chwilę zdawało się, że chce coś powiedzieć. Potem jego twarz rozjaśnił jeszcze większy uśmiech, jakby spotkało go coś cudownego, z jego ust wydobyło się długie wes­tchnienie zadowolenia, głowa mu opadła do przodu i pogrążył się w głębokim śnie.

— Biedny Rup — powiedziała Łucja. — Cieszę się, że wreszcie odpocznie. Musiał przeżyć straszne rzeczy.

— Lepiej o tym nawet nie myśleć — rzekł Eu­stachy.

Tymczasem mowa Kaspiana, wspomagana być może czarami tej wyspy, zaczęła odnosić skutek, o ja­ki mu chodziło. Większość z tych, którzy byli tak bardzo przeciwni dalszej podróży, poczuła coś zupeł­nie odwrotnego, gdy okazało się, że mają być z niej WYKLUCZENI. No i, rzecz jasna, gdy tylko jakiś marynarz oświadczał, że postanowił prosić o pozwo­lenie na uczestnictwo w dalszej wyprawie, ci, którzy dotąd tego nie oświadczyli, widzieli, że jest ich coraz mniej i że ich sytuacja staje się coraz bardziej przykra. Tak więc, nim minęło pół godziny, spora liczba ma­rynarzy „podlizywała się” Drinianowi i Rinsowi (tak przynajmniej mówiło się o podobnych zabiegach w mojej szkole), aby otrzymać dobrą ocenę. Wkrótce tylko trzej nie chcieli jechać dalej i stawali na głowie, aby namówić innych do pozostania z nimi na wyspie. Po paru minutach został już tylko jeden. A w końcu i on przestraszył się, że zostanie sam, gdy wszyscy odpłyną, i też zmienił zdanie.

Kiedy upłynął wyznaczony czas, wszyscy powrócili w jednej dużej grupie do Stołu Aslana i stanęli przy jego końcu, a Drinian i Rins usiedli obok Kaspiana i przedstawili mu swój raport. Kaspian przyjął wszy­stkich, prócz tego jednego, który zmienił zdanie w ostatniej chwili. Nazywał się Politowanes i pozostał na Wyspie Gwiazdy przez cały czas, gdy inni wyru­szyli na poszukiwanie Końca Świata. Nie należał do ludzi, którzy potrafiliby cieszyć się okazją długich roz­mów z Ramandu i jego córką (zresztą i oni nie widzieli w tym nic szczególnie pociągającego). Przez cały ten czas często padało, a chociaż co wieczór Stół był za­stawiony wspaniałą ucztą, jakoś nie potrafił się nią rozkoszować. Opowiadał później, że skóra mu cierpła, gdy siedział tak samotnie (bez względu na to, czy był deszcz, czy nie) z tymi czterema śpiącymi baronami przy końcu Stołu. A kiedy „Wędrowiec do Świtu” po­wrócił, Politowanes poczuł się tak kiepsko, że w czasie rejsu do Narnii opuścił okręt na Samotnych Wyspach, a potem osiadł w Kalormenie, gdzie opowiadał cuda o swoich przygodach na Końcu Świata, aż wreszcie sam w nie uwierzył. Można więc powiedzieć, w pew­nym sensie, że żył później szczęśliwie. Nie mógł tylko znieść widoku myszy.

Tej nocy wszyscy jedli i pili przy wielkim Stole między kolumnami, na którym — dzięki czarom — znowu pojawiła się królewska uczta. Następnego ranka, gdy wielkie białe ptaki przyleciały do Stołu Aslana, „Wędrowiec do Świtu” rozwinął żagiel raz je­szcze.

— Pani — rzekł Kaspian — zabieram ze sobą nadzieję, że kiedy już przełamię czar tego zaklęcia, znowu cię spotkam.

A córka Ramandu popatrzyła na niego i słodko się uśmiechnęła.

Rozdział 15

DZIWY OSTATNIEGO MORZA


GDY TYLKO KRAINA RAMANDU zniknęła im z oczu, poczuli, że znajdują się już na samym krańcu świata. Wszystko tu było inne. Przede wszystkim każdy za­uważył, że potrzebuje teraz mniej snu. Nikomu nie chciało się ani spać, ani jeść, ani nawet rozmawiać, a kiedy rozmawiali, mówili przyciszonym głosem. Coś dziwnego działo się też ze światłem. Było go zbyt wie­le. Wschodzące słońce wyglądało na dwa, może nawet trzy razy większe niż zwykle. I każdego ranka (a w Łu­cji to właśnie wywoływało najbardziej przejmujące wrażenie) białe ptaki śpiewające ludzkimi głosami w języku, którego nikt nie rozumiał, przelewały się łopoczącym strumieniem nad ich głowami i nikły za rufą, lecąc na śniadanie do Stołu Aslana. Nieco później powracały i ginęły we wschodniej części nieboskłonu.

— Jaka tu cudownie czysta woda — powiedzia­ła do siebie Łucja, wychylając się za prawą burtę. Było wczesne popołudnie drugiego dnia rejsu.

Woda była rzeczywiście nadzwyczaj czysta. Pier­wszą rzeczą, jaką Łucja zauważyła, był nieduży, czarny przedmiot płynący przy statku z tą samą co on pręd­kością. Przez chwilę myślała, że to coś unosi się na powierzchni morza. Ale akurat kucharz wyrzucił przez okno kawałek suchego chleba, który wpadł do morza. Wydawało się że chleb już-już zderzy się z ową czarną rzeczą, gdy przepłynął sobie po prostu nad nią. Teraz Łucja zrozumiała, że dziwny przedmiot wcale nie uno­si się na powierzchni. A potem nagle zrobił się bardzo duży, by po chwili skurczyć się do poprzednich roz­miarów.

Łucja miała wrażenie, że gdzieś już coś takiego wi­działa — gdyby tylko mogła sobie przypomnieć gdzie! Ścisnęła ręką czoło, wykrzywiła twarz, a nawet wysunęła język; i w końcu — udało się! Oczywiście! Coś podobnego widzi się z pociągu w jasny, słoneczny dzień. Widzi się czarny cień swojego wagonu biegnący przez pola z tą samą prędkością co pociąg. Potem po­ciąg wjeżdża w wykop i nagle ten sam cień pojawia się tuż przed nami, o wiele większy niż przedtem, bieg­nąc teraz po trawie porastającej strome zbocze wyko­pu. A potem wyjeżdża się z wykopu i — trzask-prask! — cień znowu powraca do swoich zwykłych wymiarów.


* Sążeń — 182,9 cm, jednostka głębokości — przyp tłum.


— To jest nasz cień! Cień „Wędrowca do Świtu”! — powiedziała do siebie Łucja. — Nasz cień bieg­nący po dnie morza. Robi się większy, kiedy napotyka podwodne wzniesienie. Ale to przecież oznacza, że woda jest jeszcze bardziej czysta, niż myślałam. Wiel­kie nieba, przecież ja widzę dno morza, wiele sążni* pod nami!

Gdy to powiedziała, uświadomiła sobie, że te wielkie srebrne obszary to w rzeczywistości piasek pokry­wający morskie dno, a różne rodzaje ciemniejszych lub jaśniejszych plam to wcale nie cienie i odblask słońca na powierzchni morza, lecz różne rzeczy na jego dnie. Teraz, na przykład, przepływali nad masą delikatnej purpury i zieleni, z szerokim wijącym się przez jej śro­dek pasem bladej szarości. Ale teraz wiedziała już, że patrzy na morskie dno, i widziała wszystko o wiele dokładniej. Spostrzegła, że ciemne plamy wznoszą się wysoko i łagodnie falują. „Jak drzewa na wietrze. I na­prawdę, to jest właśnie to. Podmorskie lasy”.

A teraz bladoszara smuga połączyła się z inną bladoszarą smugą. „Gdybym znalazła się tam, w dole — pomyślała Łucja — ta smuga byłaby chyba leśną drogą. A to miejsce, w którym dwie smugi się łączą, byłoby skrzyżowaniem dróg. Och, jakbym chciała tam być! Hej! Las się kończy. Naprawdę, ta smuga to droga! Widzę, jak dalej biegnie po nagim piasku. Ma inny kolor. A na jej krawędziach widać coś... jakieś przerywane linie. Może to kamienie. A teraz robi się coraz szersza”.

Lecz w rzeczywistości droga wcale nie stawała się szersza — po prostu się przybliżała. Łucja zrozumiała to, gdy zobaczyła, jak przybliża się ku niej cień statku. A droga — teraz już była pewna, że to droga — za­częła się wić serpentynami. Było jasne, że wspina się na strome zbocze. A kiedy Łucja odwróciła głowę i spojrzała wstecz, zobaczyła coś, co przypominało wi­dok ze szczytu wzgórza na wijącą się w dole drogę. Widziała nawet smugi słonecznego światła przebija­jące się przez głęboką wodę aż do zalesionej doliny.

A dalej, dalej wszystko zlewało się w jedną zamazaną, zieloną masę. Tylko niektóre miejsca — tam, gdzie docierało słońce — miały barwę czystej ultramaryny.

Nie mogła jednak poświęcić zbyt dużo czasu na patrzenie wstecz; to, co pojawiło się z przodu, było również fascynujące. Podmorska droga wspięła się już na sam szczyt wzgórza i biegła dalej prosto. Poruszały się na niej małe plamki. A teraz, w pełnym świetle słońca — a w każdym razie na tyle pełnym, tak jak to jest możliwe po przebiciu się jego promieni przez całe sążnie wody — pojawiło się coś najbardziej cu­downego. Było to coś guzowatego i poszczerbionego, koloru pereł lub może raczej kości słoniowej. Okręt znajdował się prawie dokładnie nad tym, tak że z po­czątku Łucja nie mogła pojąć, co to właściwie jest. Ale słońce świeciło spoza jej pleców i po chwili do­strzegła cienie owych dziwnych rzeczy kładące się za nimi na piasku. I kształty tych cieni pomogły Łucji zrozumieć, na co patrzy. Były to cienie wieżyc i wie­życzek, minaretów i kopuł.

— Ależ to jest miasto albo jakiś olbrzymi zamek! — zawołała Łucja. — Ciekawa jestem, dlaczego zbudowano to na szczycie wysokiej góry.

Kiedy już powróciła do Anglii i rozmawiała o tych przygodach z Edmundem, zastanawiali się nad tym razem, i jestem przekonany, że to, co wymyślili, było całkiem do rzeczy. W morzu jest tym ciemniej i zi­mniej, im głębiej, a w najdalszych i najzimniejszych głębiach żyją groźne istoty — kałamarnica, wąż morski i Kraken. Podmorskie doliny to miejsca dzikie i niebezpieczne. Lud Morza myśli o swoich dolinach to, co my myślimy o górach, a o swoich górach to, co my myślimy o dolinach. Ciepło i spokój panują na wzniesieniach (lub, jak my byśmy powiedzieli, na płyciznach). Nieustraszeni myśliwi i rycerze morza wyruszają w głębiny na wyprawy i poszukiwanie przy­gód, lecz wracają do domu na podwodne wzniesienia, znajdując tam odpoczynek i spokój, uprzejmość i radę, gry sportowe, tańce i pieśni.

Okręt przepłynął nad miastem, lecz dno morskie wciąż się podnosiło. Teraz było pod nimi zaledwie kil­ka stóp* wody. Droga gdzieś zniknęła. Płynęli nad czymś, co przypominało rozległy park z zagajnikami jaskrawokolorowych roślin. A potem — Łucja niemal krzyknęła z wrażenia — zobaczyła Morskich Ludzi.


* Stopa — 0,3 metra — miara używana jest do dziś na angielskich mapach morskich do określania niewielkich odległości i głębokości — przyp. tłum.


Było ich z piętnastu lub dwudziestu i wszyscy do­siadali koni morskich — nie małych koników mor­skich, jakie można sobie obejrzeć w muzeach, lecz ko­ni większych od nich samych. Musieli to być jacyś szlachetnie urodzeni panowie, pomyślała Łucja, po­nieważ dostrzegła błysk złota na ich czołach oraz szmaragdowe i pomarańczowe festony tkaniny uno­szonej z ich ramion przez prąd. A potem...

— A niechże ośmiornica pochłonie te ryby! — zawołała Łucja, ponieważ nagle cała ławica małych, tłustych rybek nadpłynęła tuż pod powierzchnię mo­rza i przesłoniła jej Morskich Ludzi. Nagle zobaczyła coś jeszcze ciekawszego. Jakaś niewielka, groźnie wy­glądająca ryba, jakiej nigdy jeszcze nie widziała, wystrzeliła od dna, miotając się błyskawicznie tu i tam i kłapiąc zębami, po czym powróciła w dół z jedną tłustą rybką w pyszczku. A Morscy Ludzie na koniach patrzyli w górę na to wszystko, śmiejąc się i rozma­wiając. Zanim jeszcze ta myśliwska rybka powróciła do nich ze swoją zdobyczą, pojawiła się druga, po­dobna, i tak samo zaatakowała ławicę ryb. Łucja była teraz prawie zupełnie pewna, że wysłał ją — lub uwol­nił — jeden z Morskich Ludzi, wysoki, siedzący na swym koniu pośrodku całej kompanii. Wyglądało na to, że wypuścił rybkę, którą przedtem trzymał w ręku lub na przedramieniu.

— Niech mnie gęś kopnie, jeśli to nie jest polo­wanie — powiedziała Łucja. — Albo raczej polowanie z sokołem. Tak, to jest to. Jadą sobie konno z tymi dzikimi rybkami na przedramieniu, tak jak my jeź­dziliśmy konno z sokołami siedzącymi na przegubach rąk, kiedy byliśmy królami i królowymi na Ker-Paravelu... dawno, dawno temu. A potem wypuszczają je na inne ryby. Jak...

Lecz nagle urwała, bo scena się zmieniła, Morscy Ludzie dostrzegli „Wędrowca do Świtu”. Ławica ryb rozpierzchła się na wszystkie strony, bo teraz sami Morscy Ludzie ruszyli w górę, by zobaczyć, co to za wielka, czarna rzecz przesłoniła im słońce. Teraz byli już tak blisko powierzchni, że gdyby znajdowali się w powietrzu, a nie w wodzie, Łucja mogłaby do nich przemówić. W barwnej kawalkadzie byli mężczyźni i kobiety. Wszyscy nosili coś w rodzaju diademów, a wielu miało na sobie sznury pereł. Ich ciała miały kolor starej kości słoniowej, ich włosy — barwę ciemnej purpury. Król znajdujący się w środku kawal­kady (nie można było mieć wątpliwości co do tego, że właśnie on jest królem) spojrzał dumnie i wojow­niczo w twarz Łucji i potrząsnął trzymaną w ręku włó­cznią. To samo uczynili jego rycerze. Łucja wyczuła, że ten morski ludek nigdy jeszcze nie widział okrętu i ludzi — jakże zresztą mógł ich widzieć tu, na tych morzach na Końcu Świata, dokąd nie dopłynął jeszcze żaden okręt?

— Czemu się tak przyglądasz Łusiu? — rozległ się głos tuż nad nią.

Łucja była tak zapatrzona w to, co się działo pod wodą, że aż podskoczyła na dźwięk głosu, a kiedy się odwróciła, poczuła, że jej wsparta na balustradzie ręka całkowicie zdrętwiała. Za nią stał Edmund i Drinian.

— Popatrzcie! — powiedziała.

Spojrzeli w wodę, lecz prawie natychmiast Drinian rzekł przyciszonym głosem:

— Niech wasze królewskie mości szybko się od­wrócą — o tak, plecami do morza. I nie dajcie po sobie poznać, że rozmawiamy o czymś ważnym.

— Dlaczego? O co chodzi? — zapytała Łucja, odwróciwszy się twarzą do pokładu.

— Za żadną cenę nie można dopuścić do tego, by marynarze zobaczyli TO WSZYSTKO — odpo­wiedział Drinian. — Mieliśmy już takich, co zako­chali się w jakiejś rusałce lub też w całym tym pod­wodnym królestwie, i wyskoczyli za burtę. Słyszałem o takich rzeczach nie raz. Zobaczenie TYCH ludzi zawsze przynosi nieszczęście.

— Ale przecież my ich dobrze znaliśmy — po­wiedziała Łucja. — W dawnych czasach, na Ker-Paravelu, kiedy mój brat był Wielkim Królem. Wypły­wali na powierzchnię i śpiewali podczas naszej koronacji.

— Myślę, że musiał to być jakiś inny rodzaj Mor­skich Ludzi, Łusiu — odezwał się Edmund. — Tamci mogli przebywać nie tylko pod wodą, ale i na powietrzu. Wydaje mi się, że ci tutaj tego nie potrafią. Wystarczy tylko na nich popatrzyć: gdyby tylko mo­gli, już dawno wynurzyliby się z wody, aby nas za­atakować. Wyglądają bardzo wojowniczo.

— W każdym razie... — zaczął Drinian, lecz w tym samym momencie rozległy się dwa różne dźwięki. Jednym był plusk. Drugim okrzyk z pokładu marsa:

— Człowiek za burtą!

Za chwilę wszyscy mieli pełne ręce roboty. Część marynarzy wspięła się szybko na reję, by zwinąć żagiel, inni rzucili się na dół, by złapać za wiosła. Rins, który akurat trzymał wachtę przy sterze, wparł się w rumpel, by obrócić okręt i powrócić do miejsca, w którym człowiek wypadł za burtę. Ale teraz każdy już wiedział, że — mówiąc ściślej — nie był to czło­wiek. Był to Ryczypisk.

— A niech zaraza pochłonie tę mysz! — zawołał Drinian. — Więcej z nią kłopotu niż z resztą załogi razem wziętą. Kiedy tylko grożą jakieś tarapaty, za­wsze musi w nie wpaść. Powinno się ją zakuć w łań­cuchy... przeciągnąć pod okrętem z jednej burty do drugiej... wysadzić na bezludnej wyspie... obciąć jej wąsy! Czy ktoś widzi tego nicponia?

Wszystko to nie oznaczało, rzecz jasna, że Drinian naprawdę nie lubi Ryczypiska. Przeciwnie, lubił go bardzo i właśnie dlatego przestraszył się nie na żarty, a ten strach wprawił go w złość — tak jak mama jest o wiele bardziej zła na was, kiedy wbiegniecie na jezdnię, niż byłby ktoś nieznajomy. Nikt, oczy­wiście, nie bał się, że mysz pójdzie na dno, bo była świetnym pływakiem, ale Drinian, Łucja i Edmund, którzy wiedzieli, co się dzieje pod wodą, obawiali się długich, groźnych włóczni w rękach Morskich Ludzi.

Nie minęło pięć minut, gdy „Wędrowiec do Świtu” zatoczył koło i teraz już wszyscy wyraźnie wi­dzieli na wodzie czarną plamkę, którą był Ryczypisk. Przez cały czas wykrzykiwał coś w najwyższym pod­nieceniu, ale nikt nie mógł zrozumieć, o co mu chodzi, bo woda wciąż zalewała mu pyszczek.

— Wygada się ze wszystkim, jeśli mu nie za­mkniemy jadaczki! — jęknął Drinian. Aby temu zapobiec, skoczył do burty i sam spuścił linę, wołając do marynarzy: — W porządku, w porządku! Wra­cajcie na swoje miejsca. Mam nadzieję, że jeszcze po­trafię wyciągnąć MYSZ bez waszej pomocy.

Kiedy Ryczypisk zaczął się już wspinać po linie (a nie robił tego zbyt szybko, bo nasiąknięte wodą futerko było bardzo ciężkie), Drinian wychylił się przez burtę i szepnął:

— Nic nie mów. Ani słowa.

Ale gdy ociekający wodą Ryczypisk stanął na po­kładzie, okazało się, że Morscy Ludzie wcale go nie obchodzą.

— Słodka! — piszczał. — Słodka, słodka!

— O czym ty, do licha, mówisz? — przerwał mu Drinian. — I nie musisz się otrząsać akurat na MNIE.

— Mówię wam, że woda jest słodka — powie­działa mysz. — Słodka. Nie słona.

Przez chwilę nikt nie mógł pojąć, dlaczego ten szcze­gół wprawia Ryczypiska w takie podniecenie. I wtedy on sam powtórzył raz jeszcze starą przepowiednię:

1   2   3   4   5   6   7   8   9   10

Powiązany:

Lew, Czarownica I stara szafa iconLew, Czarownica I stara szafa

Lew, Czarownica I stara szafa iconLew czarownica I stara szafa

Lew, Czarownica I stara szafa iconLew, czarownica I stara szafa. Cz. 1 cyklu

Lew, Czarownica I stara szafa iconLektury "Opowieści z Narnii. Lew, Czarownica I stara szafa"

Lew, Czarownica I stara szafa iconJestem silny jak lew, lew, lew, lew

Lew, Czarownica I stara szafa iconMieszkańcy I Rada Sołecka wsi Stara Kamienica wspierani przez Wójta Gminy I Radę Gminy Stara Kamienica

Lew, Czarownica I stara szafa iconZaklęta czarownica”

Lew, Czarownica I stara szafa iconRegulamin konkursu dla młodzieży ” Mieć w miłości kraj ojczysty, / Być odważnym jako lew ” I … ?
«\" Mieć w miłości kraj ojczysty, / Być odważnym jako lew \" I … ? Napisz V akt \" Strasznego dworu \"»

Lew, Czarownica I stara szafa iconTeatr „A” „szafa z anio ł ami ” komedia angelologiczna

Lew, Czarownica I stara szafa iconStanisław Lew

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom