Dr Wanda Półtawska




Pobierz 107.2 Kb.
NazwaDr Wanda Półtawska
Data konwersji21.09.2012
Rozmiar107.2 Kb.
TypDokumentacja

Dr Wanda Półtawska

radykalizm i realizm wiary w rodzinie


„Teraz należy czerpać ze skarbca otrzymanej łaski, przekładając ją z entuzjazmem na język postanowień i konkretnych programów działania”

(Jan Paweł II, Novo millenio ineunte pkt. 3)

Wprowadzenie


Doświadczenie życiowe wskazuje dzisiaj na ogromny kryzys rodziny, także rodzin katolickich związanych sakramentem małżeństwa; nie sposób tego nie zauważyć. Ta sytuacja niepokoiła Ojca Świętego Jana Pawła II, który - jak wiadomo - od początku swojego pasterzowania wykazywał szczególną troskę o los rodziny i wkładał ogromny wysiłek w to, aby ratować świętość ludzkiej rodziny w ogóle, a rodzinie polskiej życzył w czasie swej pielgrzymki do Ojczyzny, aby była „Bogiem silna”, zaś także w dokumencie wydanym na zakończenie Wielkiego Jubileuszu pisał: „Szczególną uwagę należy poświęcić duszpasterstwu rodziny, szczególnie nieodzownemu w obecnej chwili dziejowej, gdy obserwujemy rozległy i głęboki kryzys tej podstawowej instytucji” (Novo millenio ineunte pkt. 42 s. 62).

Chrystus, Syn Boga żywego

Syn wobec Ojca


Chrystus syn Boga, ale także człowiek, zrodzony z wybranej dla Niego matki zostaje przyjęty za syna przez wybranego dla Niego ludzkiego ojca, Józefa. Przychodzi na świat jako bezbronne dziecko, rozwija się i wzrasta pod opieką ludzkich rodziców i – jak mówi Pismo św. „jest im poddany”.

Poddany – a więc posłuszny, rośnie, rozwija się i gdy zaczyna ludzi nauczać, to przekazuje im wielokrotnie prawdę o sobie, że „pełni wolę Ojca”, Tego, który Go posłał, wolę Ojca niebieskiego. Prawdę o potrzebie, konieczności posłuszeństwa Bogu zaświadcza wiele razy wobec ludzi, a w sposób szczególny w dramatycznej scenie modlitwy w Ogrójcu przed męką, modląc się: „…oddal ode mnie ten kielich, wszelako nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”.

Ucząc ludzi modlitwy dyktuje im wprost, że mają mówić: Fiat voluntas Tua – wszyscy, każdy człowiek który pojął, że Bóg istnieje, ma pełnić Jego wolę.

Zatem wpatrywanie się w Chrystusa, w Jego oblicze powinno przynieść od razu na wstępie tę pierwszą prawdę – zasadę posłuszeństwa Bogu, Bogu Ojcu i nie można tej prawdy oderwać od losu ludzkiego, podkreślonego przez Boga wcieleniem Chrystusa; urodzony jako dziecko, zostaje oddany w ręce ludzkiego, przybranego ojca i w wymiarze ludzkim ta prawda o potrzebie posłuszeństwa Ojcu przenosi się na los każdej rodziny – dziecko posłuszne ojcu.

Jednak dzisiaj rodzina zrezygnowała z cnoty posłuszeństwa, choć to posłuszeństwo ojcu jest przecież, powinno być zasadą wychowania w rodzinie. Dziś ojcowie nie wymagają od dzieci posłuszeństwa, nawet nie widzą takiej potrzeby, czasem wręcz uważają, że nie należy wychowywać do posłuszeństwa, a trzeba zostawić dzieciom wolność.

Przecież jednak nie chodzi o tyrańskie wymagania i narzucanie dzieciom rzeczy, których nie mogłyby spełnić – chodzi o to posłuszeństwo, które jest przyjęciem wartości, przyjęciem kierunku życia.

Dziecko nie może od razu zrozumieć narastających zadań i problemów, musi być najpierw prowadzone za rączkę przez życie tak, jak się je chroni na wąskiej ścieżce na skraju przepaści. Nikt rozumny małego dziecka nie puszcza samotnie w taką drogę, ale silnie trzyma, żeby nie spadło.

Posłuszeństwo ojcu, który wie, jaką drogę wybrać jest po prostu zabezpieczeniem życia dziecka. Życia? – ale przecież chodzi o więcej niż życie, posłuszeństwo ojcu ma dziecku zabezpieczyć nie tylko życie, ale zbawienie. To właśnie każdy ludzki ojciec ma dziecko bezpiecznie doprowadzić do zbawienia.

Taka jest rola ojca; ale żeby ojciec mógł taką rolę spełnić, sam musi świadomie dążyć do zbawienia, do świętości. Ojciec ziemski Chrystusa był jakby przybliżoną do ziemi ręką Ojca – Boga, nie zasłaniał sobą Boga; był dyskretny, pokorny, nie narzucał się, nie przeszkadzał. Chroni dziecko, ratuje przed Herodem. Przyuczał do zwykłej ludzkiej pracy w warsztacie. Po prostu był; a dziecko rosło.

Każdy ziemski ojciec ma takie same zadania – chronić życie dziecka i pilnować jego wzrostu.

A dziecko ma być posłuszne, ma przez własnego ojca uczyć się posłuszeństwa Bogu.

To właśnie ojciec powinien dziecku przekazać tę prawdę, że ma pełnić całym życiem wolę Bożą.

Ale na to, żeby dziecko przyjęło postawę posłuszeństwa, musi ojciec „zasłużyć”, zdobyć podziw i zaufanie dziecka. Rola ojca nie może spaść na mężczyznę jako nieoczekiwany skutek jego niedojrzałego działania, ale ma być świadomie przyjęta jako zadanie, jako powołanie. Zadanie o ogromnej odpowiedzialności, a zarazem zadanie uszlachetniające – wielki przywilej współpracy ze Stwórcą, który swoją stwórczą moc dzieli z człowiekiem.

Pełnia dojrzałości mężczyzny realizuje się w ojcostwie – i prawidłowe, w całej głębi przyjęte ojcostwo jest źródłem nie tylko radości, ale wręcz szczęścia. Co więcej, jest drogą do szczęścia wiecznego.

Jakże obca jest dzisiaj mężczyznom taka świadomość. Nawet jeśli są ojcami, to nie osiągają tej pełnej radości, bo nie podejmują trudu realizowania w pełni swego ojcostwa.

Pierwszy więc temat do głębokiej refleksji to zastanowienie się nad twórczym działaniem cnoty posłuszeństwa Bogu Ojcu poprzez posłuszeństwo ojcu ziemskiemu. Każde dziecko jest dzieckiem Bożym danym niejako w depozyt ojcu ziemskiemu – i dziecko, ufając mądrości i miłości ojca idzie za nim, staje się posłuszne.

2. Chrystus Syn wobec matki


Dziecko wobec matki to zarazem matka wobec dziecka – kobietę matką czyni przecież dziecko i ona wobec tej rzeczywistości musi zająć stanowisko, zareagować na zaistniały fakt – pojawienie się dziecka, nowego człowieka.

Każda kobieta, stając się matką, będąc już matką maleństwa, wpatrując się w oblicze Chrystusa powinna sobie uświadomić reakcję Jego matki. Chrystus jako dziecko został od razu, bez żadnego wahania zaakceptowany przez matkę – po chwili zdziwienia spowodowanego niezwykłością tego faktu: „skądże mi to, przecież męża nie znam?”. Dziewczyna z Nazaretu bez wahania przyjmuje nie tylko postawę posłuszeństwa, „oto ja służebnica”, nie tylko od razu akceptuje wolę Boga, „niech mi się stanie według słowa twego”, mimo tej tajemniczej, trudnej do zrozumienia sytuacji na wiadomość „poczniesz syna” wybucha wdzięcznością, śpiewa hymn pochwalny, magnificat, bo „uczynił jej wielkie rzeczy”. W każdej kobiecie, w której z Bożej łaski poczęło się dziecko dzieje się to samo, "„wielkie rzeczy”, bo nie ma większego dzieła niż człowiek sam.

Zawsze w chwili poczęcia nowego człowieka dzieje się ten cud Stworzenia – w każdej kobiecie-matce, w tajemniczej głębi jej łona działa ten sam Duch Święty Ożywiciel i wzbudza nowe życie. A ona, matka, w tej chwili powinna, tak jak tamta dziewczyna z Nazaretu, powtórzyć jej „fiat” i wzbudzić w sobie wdzięczność za to, co się stało: za dar życia, za dar dziecka.

Wdzięczność, i radość, i słuszna duma, że stała się tym narzędziem Bożej stwórczej mocy, powinna wypełniać serce każdej kobiety w tej wielkiej chwili.

Jakże mało kobiet dzisiaj przeżywa tę głębię radości – no i właśnie: ta kobieta, ta rodzina, która wpatruje się w Chrystusa, dostrzega wielkość daru i nie odrzuca go. Nie można nie myśleć o matce, gdy się myśli o Synu. Religijność, prawdziwa religijność maryjna jest, ma być chrystocentryczna, bo Maryja jest Jego matką. Syn sobą podnosi matkę do nieprawdopodobnego wymiaru, do tej pełnej kobiecości , jaką Bóg zamierzył dla kobiety – pośredniczki łask i strażniczki życia. W niej dziecko rośnie i z niej czerpie ludzkie siły, a ona, niczego nie pojmując, zarazem wszystko rozumie – kocha dziecko od początku, można powiedzieć: „od zawsze i na zawsze”.

Tajemnicza, głęboka więź matki z dzieckiem… Wpatrując się w oblicze Syna Maryi widzi się od razu tę kochającą matkę…

A On, Syn? On tę miłość odwzajemnia. Kocha po męsku. Nie ma w opisie ewangelicznym żadnych zapisów czułych słów czy gestów. Nawet – wręcz przeciwnie – wydaje się, że jest On szorstki, publicznie mówi: ”któż jest moją matką?” i dodaje, że za matkę uzna każdą, która pełni wolę Boga Ojca – jakby odejmując jej tę jedyność. A jednak kiedy ona wypowie pierwsze pragnienie – zwykłe, ludzkie, i nawet nie sprecyzowane, powie – „wina nie mają”, nie wyraża specjalnie prośby, delikatnie sygnalizuje swoją troskę – to On, choć stwierdza, że to nie pora, nie ten moment, jednak reaguje czynem; krótko, po męsku daje zlecenie proste, a jakże jednoznaczne: „napełnijcie stągwie wodą”.

Niczego jej nie obiecuje, ale ona wie, że On ją kocha i że spełni jej prośbę; ma, jakże głęboką, pewność Jego miłości; ona to wie intuicją serca. Ona wyprzedza to, co On uczyni i po prostu mówi sługom: „zróbcie wszystko, cokolwiek wam nakaże”. Ona wie, przeczuwa, kim On jest i ufa, że jej nie odmówi.

A więc wpatrywanie się w Chrystusa pokazuje nam tę potencjalną głębię miłości między matką a dzieckiem – najsilniejszą więź między ludźmi, która umożliwia wpływ matki na zachowanie dziecka. Potężna wychowawcza siła matczynego serca, którym kobieta może prowadzić dane jej dziecko; bo ona ma moc kształtowania w dziecku postaw serca.

Ale… ale ta najczystsza miłość matki Boga – Maryi do Syna nie zatrzymuje się na sobie. Maryja nie chce niczego dla siebie, nie realizuje się w egoizmie, ale od razu zwraca się do drugiego człowieka, do potrzebujących, owocuje miłością bliźniego. Sercem dostrzega troskę tych nowożeńców, zakłopotanych, że im zabrakło wina. Drobna troska, a wrażliwe matczyne serce ją dostrzega i służebna postawa realizuje się gotowością niesienia pomocy – w drobnej sprawie, ale ludzkiej troski.

A On, Syn, Syn Boga samego od razu podejmuje tę jej troskę, bo jest to gest miłości, bo przecież ona w tym geście spełnia wolę Jego Ojca z nieba, nakaz miłości. Nie dla siebie chce matka dobroci Syna, ale kieruje ją do innych ludzi.

W tej scenie każda matka ma odnaleźć „kolor matczynej miłości”, która nie ma być zachłanną, egocentryczną postawą uwielbienia dla swego syna, ale ma być dojrzałą postawą kobiety-matki, która swą troską ogarnia świat.


Kontemplacja oblicza Chrystusa dla wszystkich matek ma się stać odkryciem rozmiaru miłości matczynej – miłości bez granic, miłości ofiarnej, służebnej nie tylko wobec własnej rodziny, ale wobec każdego człowieka. I dlatego trzeba, aby wszystkie kobiety-matki mogły jasno dostrzec, że ich zadaniem jest uczyć dzieci altruizmu – takiej miłości bliźniego, która zwalcza egoizm i ukazuje potrzeby innych ludzi – miłości aktywnej, realizowanej nie jedynie deklaracją słowną, ale konkretnymi czynami.

3. Chrystus – Brat


„Któż jest moim bratem i siostrą?” – pyta Chrystus, a zarazem odpowiada: „Każdy, kto pełni wolę Ojca mego”; uczy modlitwy, w której pozwala ludziom Boga nazywać Ojcem – Boga, który jest Jego Ojcem. Dzieci jednego i tego samego Ojca to rodzeństwo, bracia i siostry.

Klucz do wzajemnego obcowania – jakże konieczny dzisiaj, kiedy ludzie nie umieją już odnaleźć tej najprostszej, zdrowej relacji. Gdy psalmista mówi (Ps 27/26, 8): „Szukam, o Panie, Twojego oblicza”, to ta przede wszystkim relacja nabiera znaczenia. Oblicze Syna wskazuje na Ojca, ojcostwo Boże obejmuje wszystkich ludzi.

Myśl o braterstwie, o braterskiej, siostrzanej miłości, to przede wszystkim wskazanie dla młodzieży. Nie tylko w układzie własnej rodziny trzeba odnaleźć właściwe znaczenie braterstwa, ale ogólnie w rodzinie ludzkiej. Każdy młody człowiek ma w stosunku do wszystkich ludzi odnaleźć ten sposób obcowania – brat i siostra, dzieci jednego Ojca, odniesienie normalnej ludzkiej życzliwości i przyjaźni, wolnej od popędowych reakcji seksualnych. Ludzie dziś – i młodzi, i dorośli nie umieją wypracować postaw prawdziwego, altruistycznego odniesienia do innych.

Nieprawidłowe rozumienie znaczenia płciowości niszczy układ przyjaźni; a przecież każda prawdziwa przyjaźń jest darem, jest poszerzeniem ludzkiego serca, bez przyjaźni nie można żyć. Chrystus otacza się przyjaciółmi – wybiera sobie uczniów – przyjaźni się z Łazarzem i jego siostrami, nawiązuje więzi uczuciowe. Wzrusza się na wieść o śmierci Łazarza.

Chrystus broni reakcji ludzkiego serca, ale zarazem wyraźnie uzależnia braterstwo od pełnienia woli Ojca. Nie każdego nazywa bratem, ale tych, którzy żyją według Bożego planu. Rodzina współczesna, odnajdując w obliczu Chrystusa oblicze własnego brata, musi zarazem znaleźć w Nim wzór do naśladowania.

Brat to ten, kto kocha, a nie krzywdzi. W tym punkcie myśl powinna się skierować ku konkretnym układom międzyludzkim. Nasuwa się tu konieczność rachunku sumienia – czy istotnie traktuję ludzi jak braci? Zatwardziałe spory o rzeczy nic nie warte dla nieba, bo materialne. Krzywdy wyrządzane, od drobnych złośliwości, zazdrości, aż do drastycznych aktów agresji. Świat jest, jak mówi Jan Paweł II, poddany cywilizacji śmierci – śmierci zadawanej bratu.

Wiadomo, co może wyrządzić człowiek człowiekowi. Świadoma kontemplacja oblicza Chrystusa to palące wezwanie do miłości bliźniego, do oparcia wszystkich układów międzyludzkich o miłość. To zarazem wezwanie do oczyszczenia ludzkiej miłości, którą sponiewierano i odarto z piękna.

Jan Paweł II nawołuje do „pięknej miłości” oblubieńczej, czystej. To wezwanie do dowartościowania dziewictwa. Brat, siostra, to układ altruistycznej przyjaźni, która nie krzywdzi, nie pożąda, ale podziwia piękne dzieło Boże…

Do tej wartości trzeba dorosnąć i potrzebny jest trud opanowania reakcji ciała i emocji. To wezwanie do świadomej pracy nad sobą samym, do głębokiej refleksji. Ale Jan Paweł II pisze:

„… do pełnej kontemplacji oblicza Pańskiego nie możemy dojść o własnych siłach, ale jedynie poddając się prowadzeniu łaski. Tylko doświadczenie milczenia i modlitwy stwarza odpowiednie podłoże, na którym może dojrzeć i rozwinąć się bardziej prawdziwe, adekwatne i spójne poznanie tajemnicy, najwznioślej wyrażonej w dobitnych słowach ewangelisty Jana: «A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas, I oglądaliśmy Jego chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy»”

(Novo millenio ineunte, pkt. 20, s. 28 i n.)

4. Chrystus nauczyciel


Wpatrywać się w Chrystusa – to musi także znaczyć: wsłuchać się w Jego słowa, w Jego nauczanie.

Cała działalność Chrystusa na ziemi do tego się sprowadza: naucza o Bogu. Wręcz dyktuje treść modlitwy, w której każde słowo ma znaczenie i ma się stać myślą przewodnią. Nie tylko uczy słów modlitwy, ale także daje szczegółowe wskazania jak mamy się modlić – w pokorze jak celnik, w ukryciu, w izdebce, nie na pokaz.

W świątyni wyjaśnia prawdy wiary, ale zarazem usprawiedliwia swoich prześladowców, bo „nie wiedzą co czynią”. Pokazuje, że prawdy wiary stają się dla człowieka zrozumiałe dopiero, gdy przyjdzie mu z pomocą Duch Święty, który go oświeci, umożliwi poznanie prawd Bożych.

Nie tylko uczy o modlitwie, ale sam się modli; daje temu świadectwo – w ogrodzie oliwnym oddala się od uczniów i w samotności rozmawia z Bogiem-Ojcem.

Myśl o Chrystusie-nauczycielu powinna mieć konsekwencje. Wiary, modlitwy trzeba się uczyć, szukać. Chrystus, odchodząc do nieba, nie zostawia nas samych. Zostaje sam w sanctissimum i zostawia zastępcę, Piotra, ustanawia Sakrament kapłaństwa. W ten sposób powstaje „Urząd nauczycielski Kościoła”. Człowiek prawdziwie wierzący w Chrystusa musi uwierzyć w „jeden, święty, powszechny Kościół”. Zrozumieć prawdy Boże i choćby intuicyjnie przeczuć, kim jest Bóg może jedynie człowiek pouczony przez Ducha Świętego.

Człowiek w stanie łaski, powołany do Nieba, a więc do świętości, musi się o ten stan łaski starać. Słaby, obdarzony grzechem pierworodnym człowiek nie miałby szansy na osiągnięcie Nieba gdyby nie pomoc Boża, łaska udzielana hojnie każdemu, kto jej pragnie, kto szuka, kto w pokorze wyzna grzechy i od nich się odwróci. Sakrament spowiedzi, pojednania z Bogiem, ratuje wieczność człowieka; – i tu jawi się nieodzowna pomoc kapłana – człowieka wybranego przez samego Boga, któremu zostaje udzielona nieprawdopodobna moc Ducha, moc odpuszczania grzechów.

Człowiek współczesny, którego „oczy duszy są niewidome”, potrafi powiedzieć – jakże często – „jestem wierzący ale niepraktykujący”. Jakaż to wiara? W co?

Oblicze Chrystusa kieruje nas ku myśli o niezastąpionej roli kapłana w życiu każdego człowieka i w życiu wszystkich ludzkich wspólnot.

Rodzina jest przede wszystkim centrum, w którym zakorzenia się człowiek – zapuszcza korzenie w głąb wiary lub ją traci. To rodzice – oboje – mają wszystkim swoim dzieciom zaszczepić tę prawdę o roli Sakramentów, pouczyć i potwierdzić własnym przykładem. Jan Paweł II zaskoczył ludzi w pewnym momencie opowiadając, jak będąc małym chłopcem w nocy obudził się i zobaczył, że ojciec jego nie śpi, ale modli się na kolanach. Które dziecko w polskiej rodzinie ma dziś taką szansę? A przecież rodzice są dla dziecka wzorem i są, mają być, jego pierwszymi nauczycielami. Ale aby mogli tę rolę spełnić, muszą się sami do tego przygotować. Przygotowanie do roli ojca i matki musi objąć wiedzę o nauczaniu Kościoła.

Gdy Ksiądz Biskup Stanisław Stefanek dziękował Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II za List do rodzin, Ojciec Święty przerwał mu to podziękowanie i powiedział: „Nie dziękujcie, ale czytajcie”.

Kościół, papieże, biskupi wydają dokumenty, orędzia – teksty, które wyjaśniają trudne, delikatne sprawy, a ludzie się tym nie interesują. Rozważanie o Chrystusie-Nauczycielu powinno zgromadzonym tu rodzinom podsunąć pytanie: „Które dokumenty Jana Pawła II znam? Ojciec Święty w trosce o świętość rodziny wydaje kolejne dokumenty-drogowskazy, właśnie dla rodzin: Familiaris consortio, Evangelium vitae, List do rodzin, List do kobiet, a nawet List do dzieci – pierwszy taki dokument w dziejach papiestwa. A rodziny? Które z tych dokumentów znają? Posiadają? Wspólnie czytają? Czy dziecko wynosi z domu świadomość, że ma pogłębiać wiedzę o Bogu? Szanować kapłanów? Spowiadać się regularnie?

Chrystus żąda radykalizmu wiary; nie można nauki Kościoła przyjmować częściowo, a trzeba ją przyjąć jako całość. Każde z Bożych przykazań jest zadaniem dla każdego; co więcej, zadanie jest wyraźne: życie ma być świadomym dążeniem do świętości. Jan Paweł II pisze:

…skoro chrzest jest prawdziwym włączeniem w świętość Boga poprzez wszczepienie w Chrystusa i napełnienie Duchem Święty, to sprzeczna z tym byłaby postawa człowieka pogodzonego z własną małością, zadowalającego się minimalistyczną etyką i powierzchowną religijnością. Zadać katechumenowi pytanie: «Czy chcesz przyjąć chrzest» znaczy zapytać go zarazem « «Czy chcesz zostać świętym?». Znaczy postawić na jego drodze radykalizm Kazania na Górze: «Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski» (Mt 5, 48).”

(Novo milenio ineunte, pkt. 31, s.44)

5. Chrystus na krzyżu


Myśląc o Chrystusie nie można się zatrzymać na wdzięcznej scenie Dzieciątka Jezus, które uśmiechnięte rączką błogosławi pastuszków. Jakkolwiek dziecięctwo ludzkie było udziałem Chrystusa, Syna Bożego, to misja jego na ziemi spełniła się Krzyżem – męką.

Krzyż – znak, zwielokrotniony symbol znajduje się wszędzie; i może ta powszechność symbolu łagodzi nieco drastyczną prawdę o męce, która za tym symbolem stoi.

Oblicze Chrystusa ukrzyżowanego pokazywane w różnych dziełach sztuki, w pięknych w rzeźbach w ramionach Matki, bolejącej nad śmiercią Syna, jakkolwiek ludziom znane, nie budzi wystarczająco głębokich reakcji – jakby zbladła jego wyrazistość. A przecież męka Chrystusa zawiera najgłębszą Bożą tajemnicę.

O tajemnicy cierpienia niewinnych Jan Paweł II powiedział: „Jest to największa Boża tajemnica, nie można jej zrozumieć, trzeba tylko przyjąć.”

Przyjęcie Krzyża przez Chrystusa, historycznie potwierdzone, wydaje się niejako zaprzeczeniem miłości i sprawiedliwości – prowokuje u ludzi wielokrotnie pytanie „dlaczego?”. Pytanie pozornie bez odpowiedzi, a przecież fakt ten ukazuje wyraźnie nie tylko nieograniczony wymiar miłości Bożej, ale także przez Boga zamierzony wymiar człowieczeństwa. Kimże jest człowiek, skoro Bóg płaci taką cenę, aby go zbawić?

Krzyż nie tylko uczy przyjmować cierpienie bez buntu, ale przede wszystkim ujawnia tożsamość człowieka – jakże nieprawdopodobnie podnosi jego wartość – krzyż Chrystusa podnosi cenę człowieka! Jego wartość, nieprawdopodobną, a prawdziwą. Ktoś tak cenny, taki skarb, że Bóg Syna swego rzuca na szalę, żeby go – każdego człowieka – ratować!

Krzyż podnosi człowieka z upadku i uświęca grzesznika; każdego, najmniejszego. Ramiona Krzyża rozciągnięte nad światem obejmują ludzkość wszystkich czasów, każdy może w nich znaleźć schronienie.

Krzyż Chrystusa jest niepojętą miarą miłości Boga i potencjalną miarą miłości człowieka, który jest przecież na obraz Boga stworzony.

Miłość bez granic… Miłość powszechna, potwierdzona jasno wyrażonym zadaniem: ”Miłujcie się wzajemnie”; a do wybranych, do tych, co znają Chrystusa z dopowiedzeniem: „Wy miłujcie nieprzyjaciół”. Jednak „miłość nieprzyjaciół” może być przez człowieka sprowadzona do zubożałego wymiaru obojętności – „Niczego złego mu nie życzę”. Układy międzyludzkie często bazują na obojętności. – A męka Chrystusa wskazuje na najwyższy wymiar czynu miłości, gotowość ofiary, podjęcia trudu.

Miłość bierna nie istnieje – musi się wyrażać czynami; im większa, głębsza miłość, tym bardziej heroiczne czyny. Nieprzyjaciele są i będą, na świecie rozgrywa się ciągle walka dobra ze złem, i zawsze chodzi o walkę o dobro. Ale Chrystus pokazuje niejako szokującą „metodę” tej walki: „uderzył cię w policzek – nadstaw mu drugi”, „ukradł ci suknię, dołóż mu i płaszcz”.

Zupełnie inna platforma walki – i tę ma realizować rodzina ludzi, którzy idą za Nim.

Taka analiza Krzyża powinna wyrównać wszelkie waśnie, wszystkie konflikty, wyrugować egoizm, zazdrość w stosunkach między rodzinami i w rodzinach; mają zniknąć kłótnie z sąsiadami i z własną teściową. Oni wszyscy bowiem mają jedno zadanie: uczyć się miłości na wzór Chrystusa cierpliwego, który powiedział: „Jam jest cichy i pokornego serca”.

A człowiek sam nie uchroni się od krzyża, bo taki jest człowieczy los, a także taki los gotują mu inni. Cokolwiek człowieka spotka, trzeba właśnie znaleźć w Krzyżu znak miłości ukryty głębiej niż może pojąć ludzki umysł – ale może go pojąć ludzkie serce. Bo właśnie miłość uzdalnia do noszenia krzyża, choćby był najcięższy, jeżeli jest niesiony z Chrystusem i w Jego imieniu.

Noszą ludzie symboliczny krzyżyk na szyi, wieszają na ścianie domu, a nawet czasem wszędzie – i co z tego rozumieją? Krzyż wzywa do rachunku sumienia całą rodzinę i każdego z jej członków – do rozmyślania na kolanach! Jan Paweł II mówi:

„Kontemplacja oblicza Jezusa pozwala nam … zbliżyć się do najbardziej paradoksalnego aspektu Jego tajemnicy, który ujawnia się w ostatniej godzinie, w godzinie Krzyża. Jest to tajemnica w tajemnicy, którą człowiek może tylko adorować na kolanach.”

(Novo millenio ineunte, pkt. 25, s. 33 i n.)

6. Chrystus poza progiem śmierci


Na całym świecie rozpowszechniane są fotografie Całunu Turyńskiego, toczą się naukowe dyskusje na temat autentyczności płótna, z którego wyłania się surowa twarz w koronie cierniowej z zamkniętymi oczami. Znany obraz – odbicie ludzkiego ciała Boga, zatrzymane dla potrzeb wątpiącego człowieka. Człowiek szuka dowodów niejako namacalnych, bez nich trudno mu uwierzyć, chce - jak Tomasz - dotknąć ran Chrystusa. Człowiek szuka potwierdzeń. A zmartwychwstania Chrystusa nie można zamknąć w ciasnych ramach empirycznych doświadczeń.

Człowiek, który uważa się za wierzącego, potrzebuje realizmu wiary – nie wystarczy mu stereotypowe recytowanie credo w tłumie podczas mszy świętej, ale prawda zmartwychwstania ma wyznaczyć kierunek życia każdego chrześcijanina. Świadome przyjęcie prawdy o zmartwychwstaniu, wyznanie „wierzę w żywot wieczny” powinno oznaczać przyjęcie takiej hierarchii wartości, w której wieczność stanie się zadaniem podstawowym. Jan Paweł II mówi: „Skarbcie sobie skarby w Niebie”; niebo – to przecież końcowy etap ludzkiego bytowania i to tylko jest naprawdę ważne w życiu, co zabezpiecza szczęśliwą wieczność.

Ekonomia Boża jest inna niż ludzka, dla Boga pokrzywdzony jest zwycięzcą, a krzywdziciel zwyciężający na ziemi, przegrywa w Niebie. Prawdę o niebie stara się Jan Paweł II przybliżyć współczesnemu człowiekowi – ta prawda rodzi nadzieję i radość, ale zarazem jest to zlecone ludzkości zadanie, bo do tego Nieba trzeba dążyć i „zdobyć” je.

Jakkolwiek wszyscy są zaproszeni, to jednak nie wszyscy osiągną Niebo. Jan Paweł II proklamuje świadome dążenie do świętości jako program dla ludzkości na nowe tysiąclecie i nawołuje, aby ten program realizować wytrwale i z entuzjazmem, świadomie dążyć do doskonałości. Pisze on:

„Dzisiaj trzeba na nowo z przekonaniem zalecać wszystkim dążenie do tej «wysokiej miary» zwyczajnego życia chrześcijańskiego. Całe życie kościelnej wspólnoty i chrześcijańskich rodzin winno zmierzać w tym kierunku.”

(Novo milenio ineunte, pkt. 31, s.44)

Męka Chrystusa tłumaczy się Zmartwychwstaniem. Przyjął tę Drogę krzyżową właśnie po to, żeby ludzi odkupić, „przeprowadzić na drugą stronę” – aby ich zbawić. Wrotami, przez które trzeba przejść, aby się na tę drugą stronę dostać, jest śmierć. Moment konieczny, nieunikniony, który każdy człowiek rozumny powinien uwzględnić w swoim programie życia i działania i który musi także uwzględnić każda rodzina ludzka. Człowiek rodzi się w rodzinie i w otoczeniu kochającej rodziny powinien przejść przez te wrota. Ale człowiek współczesny unika myśli o śmierci, nie chce jej widzieć, broni się przed nią, wszelkimi sposobami pragnie przedłużyć życie. Niestety, metody przedłużania życia nie zawsze zgodne są z uczciwością i sprawiedliwością.

Oprócz szukania sposobów na przedłużenie życia zjawiła się współcześnie tendencja do skracania umierania. Śmierć nie zawsze jest szybka, bywa często powolnym umieraniem i zdarza się, że rodzina, zmęczona opieką nad chorym, chce skrócić jego życie. Coraz szerzej na świecie stosuje się eutanazję.

Rodzina ludzi wierzących musi przyjąć Boży plan. Człowiek jest stworzony przez Boga i do Boga wraca. Do Stwórcy należy decyzja, kiedy – moment początku życia i moment śmierci trzeba zostawić Bogu. Jan Paweł II powiedział: „Człowiek umiera w momencie dla niego najlepszym, bo Pan Bóg jest dobry”.

Człowiek ma prawo do pięknej, ludzkiej śmierci, a dzieci powinny w domu dowiedzieć się, że śmierć jest przejściem do Nieba, i że dziadek czy babcia umierając dalej istnieją w Niebie, gdzie rodzina kiedyś się spotka.

Wpatrując się w oblicze Chrystusa Zmartwychwstałego człowiek ma odnaleźć swoją szczęśliwą wieczność. Rozumiejąc całą powagę śmierci, można jej odjąć lęk, jeśli się istotnie wierzy w Zmartwychwstanie. Ale do śmierci człowiek musi się przygotować – dobra śmierć to taka, w której człowiek zjednoczony z Bogiem w Sakramencie pojednania i Eucharystii wie, że spotka się z Bogiem twarzą w twarz.

Każdy człowiek ma prawo do naturalnej śmierci, nie wolno go zabijać, nawet gdyby te ostatnie chwile były dla niego bolesne. A psalmista mówi: Drogocenna jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli(Ps 116).


Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

Dr Wanda Półtawska iconWanda Królikowska

Dr Wanda Półtawska iconWywiad z Wandą Chotomską

Dr Wanda Półtawska iconWanda Chotomska "Gdynia"

Dr Wanda Półtawska iconWywiad z Wandą Chotomską

Dr Wanda Półtawska iconWanda Markowska wyprawa argonautóW

Dr Wanda Półtawska iconWanda Dyr: Teratogenne działanie alkoholu

Dr Wanda Półtawska iconWanda Dyr: Teratogenne działanie alkoholu

Dr Wanda Półtawska iconFunkcjonowanie spółek komunalnych Mec. Wanda Chmielowska

Dr Wanda Półtawska iconWanda Cytowska Sobczyk Universidad de las Americas

Dr Wanda Półtawska iconWanda Papis „ Życie I miłość ” Program wychowawczy

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom