ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem




Pobierz 95.97 Kb.
NazwaZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem
strona1/3
Data konwersji24.09.2012
Rozmiar95.97 Kb.
TypDokumentacja
  1   2   3

ZDĄŻYĆ PRZED PANEM BOGIEM – Hanny Krall


ZDĄŻYĆ PRZED PANEM BOGIEM


Książka Hanny Krall z roku 1977 stała się symbolem polskiego sukcesu wydawniczego lat osiemdziesiątych. Miała już dwadzieścia dwa wydania i ukazała się – w USA, we Francji, we Włoszech, w NRD, w RFN, w Hiszpanii, Szwecji, Finlandii, na Węgrzech, w Izraelu, w Czechosłowacji oraz na łamach „Innostrannej Litieratury” w ZSRR.


Zwrot w przyszłość

W przedmowie do wydania zachodnioniemieckiego zabrał głos były kanclerz, Willy Brandt:

„Relacji Hanny Krall, której osią jest Marek Edelman, nie odbierałem jako książki o umieraniu. Czytałem ją raczej jako książkę o życiu i dla życia. I mam tu na myśli nie tyle przeżycie tych nielicznych, którzy byli w gettcie i jeszcze zdołali ujść stamtąd z życiem, lecz jako przestrogę dla nas, którzyśmy – przeważnie bez naszych zasług – przeżyli. Jest to przestroga, by przeciwstawiać się zniszczeniu, zachować wiarę w życie, wolę przetrwania.

Hanna Krall nie oskarża – do kogo by zresztą to dotarło na tym świecie okrucieństwa, nędzy mas, na którym większość stara się zarzekać, że nie ponosi żadnej winy. Autorka stawia pomnik człowieczeństwa temu, który przeciwstawił się umieraniu, najpierw w gettcie, potem jako kardiolog.

Dlatego ta książka zwrócona jest w przyszłość, dokumentuje wolę ludzi i narodu: przetrwać!”


Skąd wzięła się ta książka?

Wszystko zaczęło się od rozmów z Markiem Edelmanem” – wyjaśnia autorka w licznych wywiadach prasowych już po napisaniu swojego dzieła. – Jako młoda reporterka pisałam o życiu codziennym, o problemach ludzi współczesnych. Marka Edelmana poznałam przypadkowo w Łodzi, kiedy pisałam reportaż o operacji serca. Pracował wtedy w łódzkiej klinice. Dałam mu do fachowego sprawdzenia mój artykuł. Siedzieliśmy przy kawie i niechcący zapytałam o pobyt w gettcie. Wtedy właśnie zrodził się pomysł długiej rozmowy z Markiem jako naocznym świadkiem przeżyć z getta. Odtąd zagmatwane losy Żydów zajęły moje pisarskie życie. Uważam, że to, co piszę, jest niezmiernie ważne i ludzie powinni się o tym dowiedzieć.

Zrezygnowałam z wielu wątków. Od początku byłam onieśmielona tematem. Wymagał pokory. Zdawałam sobie sprawę, że to jest temat jedyny na świecie, niepowtarzalny. Bałam się, że go nie uniosę. Wybrałam jeden wątek, jednego bohatera: Edelmana. Patrzyłam na wszystko jego oczami, korygował moją wyobraźnię, stal się moim punktem odniesienia.

Jest to książka napisana bardzo spokojnym tonem, rzeczowo. Podpo­rządkowałam się Edelmanowi. On w ten sposób mówi o tych sprawach.

Książkę adresowałam do takich jak ja, którzy nie wiedzieli nic albo prawie nic.

Bardzo długo pracowałam nad książką. Najpierw był wywiad z Edelmanem w „Odrze”. Potem różne o tym refleksje – cudze i własne. Potem projekt, żeby rozmowę kontynuować, jeszcze sama me wiedziałam, po co. Potem rozmowy z nim, dziesiątki rozmów, także lektury. Wreszcie samo pisanie. Był to, pamiętam, listopad. Przez miesiąc nie pokazy­wałam się w redakcji, nie wychodziłam z domu. Obłożona książkami i notatkami, przeniosłam się do getta, żyłam tam.

Było to koszmarne. W dodatku nie umiałam znaleźć klucza – rytmu, klimatu. Obracałam bezmyślnie zdania. Próbowałam pierwszej osoby – nic nie wychodziło, potem trzeciej, też nic. Wiele razy zaczynałam od nowa, nim wreszcie usłyszałam rytm, czy też zdawało mi się, że słyszę:

»Nosiłeś tego dnia sweter z czerwonej, puszystej wełny. To był piękny sweter, dodałeś, z angory. Po bardzo bogatym Żydzie... Na nim były dwa skórzane pasy na krzyż, a pośrodku – na piersi – latarka. Słuchaj, jak ja wyglądałem! – mówiłeś mi, kiedy zapytałam o dzień dziewiętnasty kwietnia...«

To był ten rytm.”


Bohaterstwo bez bohaterów

Czym jest ta książka – zastanawiał się jeszcze w lutym 1978 roku Zbigniew Baner w „Życiu Literackim”. — Reportażem, esejem, powieścią, konfesją? Niespójna, rwąca się, nękająca nawrotami, tym wydzieraniem słów, pauzami, przemilczeniami. Natrętna i wyrozumiała, balansująca na pograniczu banału i przeraźliwe precyzyjna, chłodna. W gruncie rzeczy jest to książka właśnie o niemożności nazywania, o lichocie słowa wietrzejącego od nadmiernego użycia”.

Hanna Krall zadaje Markowi Edelmanowi pytania, które każdemu z nas cisną się na usta. Oczekuje patosu, opowieści, która wzmocniłaby u czytelnika poczucie bezpieczeństwa. A okazuje się, że Edelman „nie spełnia nadziei”. Mówi absolutnie nie to, czego się od niego oczekuje. Autorka wczuwa się w mentalność zwykłego człowieka, który ma pewne, stereotypowe oczekiwania względem głównej postaci i tak oto relacjonuje „zawód” nas wszystkich:

...Okazało się, że on nie mówi tak, jak należy mówić. – A jak należy mówić? – zapytał. Należy mówić z nienawiścią patosem, krzycząc – nie ma innych sposobów wyrażenia tego wszystkiego niż krzyk. Więc on od razu nie nadawał się do mówienia, bo nie było w nim patosu. Cóż to za prawdziwy pech. Ten jedyny, który przeżył, nie nadaje się na bohatera!”.

W świadomości zbiorowej społeczeństwa funkcjonuje zwykle jakiś archetyp bohatera. Już kilkuletnie dziecko potrafi na swój sposób odpowiedzieć na pytanie, jak sobie wyobraża bohatera i to wyobrażenie jest powielane w wielu dziecięcych wypowiedziach.

Bohaterstwo uświadamia nam możliwość bycia kimś wielkim. Bohater to „ktoś”, kto zrobił „coś” dla nas lub w naszym imieniu. A tu, w książce „Zdążyć przed Panem Bogiem”, okazuje się, że ten bohater to zwyczajny człowiek, który niczego nie zrobił dla nas, tylko – za nas! No bo nikt inny nie potrafił tego zrobić. A właśnie on upomniał się o prawo umierania z karabinem w ręku, kiedy prawie pół miliona ludzi potulnie szło na rzeź.

Przypomnijmy sobie! W potocznej wyobraźni na pojęcie „bohater” składają się takie elementy, jak: mądrość, siła, waleczność, postawa, sprawiedliwość, wielkie sceny batalistyczne, w których dokonuje się niesamowitych czynów.

W książce Hanny Krall nie ma takich ludzi. Dowódca powstania to chłopak, który wcześniej malował rybom skrzela na czerwono, aby te ryby długo wyglądały jak świeże i aby jego matka mogła je z powo­dzeniem sprzedawać.

Czyny bohaterskie też mają tu względny wymiar. Akurat taki, na jaki pozwalają możliwości mieszkańców getta. Różne rzeczy się nie udają. Ot, chłopak niesie bombę, ta bomba powinna wyważyć mur, przez który dałoby się przedrzeć na zewnątrz, ale chłopak nie dochodzi do celu i pada po drodze. W powieściach rojących się od heroizmu i herosów taki moment, gdyby w ogóle miał miejsce, zostałby zaraz skompensowany jakimś nadzwyczajnym wyczynem.

W towarzystwie głównego bohatera też nie znajdują się postacie mityczne, ale – na przykład dwie prostytutki, które na czas powstania „zawiesiły działalność”.

Kiedy rozpoczynała się walka, a więc 19 kwietnia 1943 roku, powstańców było zaledwie 220. Ich oręż stanowiły tylko pistolety i niewielka ilość granatów. Decyzję podjęli zbyt późno. Przecież do obozu zagłady w Treblince hitlerowcy zdążyli już wywieźć 450 tysięcy ludzi. Pozostało jeszcze 60 tysięcy do zabicia, a pośród nich – 220 powstańców. Dlaczego tak niewielu zdecydowało się na walkę zbrojną? Dlaczego powstanie zorganizowano tak późno?

Marek Edelman wymijająco relacjonuje te sprawy. Wymiguje się oświadczeniem, że psychiczny stan mieszkańców getta był katastrofalny, że „chodziło już tylko o wybór sposobu umierania” i – że śmierć w komorze gazowej jest na pewno straszniejsza niż śmierć z bronią w ręku.

Prawie wszyscy Żydzi, uwięzieni w gettcie, poddali się apatycznie swojemu losowi. Byli oni tak wygłodniali, że – jak przykładowo wspomina Edelman – pewna matka zjadła kawałek ciała zmarłego dziecka. Byli zastraszeni, wycieńczeni, schorowani i... zdeterminowani postępowaniem oprawców. Wszystko to odarło ich z jakiejkolwiek nadziei, spowodowało zanik woli działania, zanik instynktu życia.

Wszystko to jest jasne, ale Edelman do końca nie tłumaczy, dlaczego ludzie tak długo czekali. Dlaczego nie uderzyli na Niemców wcześniej, kiedy jeszcze byli w stanie szmuglować broń z zewnątrz, kiedy mieli kontakty z Armią Krajową. Dopiero gdy okazało się – a kolejarze prowadzący pociągi na trasie do Treblinki uwiarygodnili to – że wszyscy zdążają na spotkanie ze śmiercią, ukształtowała się garstka zdes­perowanej młodzieży pod wodzą Mordechaja Aniele wieża, która posta­nowiła nie dać się wyprowadzać na rzeź.

Tylko że wtedy byli już zupełnie bez szans. Oczywiście nie mieli wątpliwości, że idą na stracenie. Na stracenie, ale – z bronią w ręku!

Jest to więc książka o bohaterstwie, ale bez bohaterów, jakich by się chciało wyobrazić sobie.


Ocalały cudem goniec

W ociekającym makabrą czasie Marek Edelman miał 22 lata i był najstarszym członkiem pięcioosobowej komendy Żydowskiej Orga­nizacji Bojowej. Wszyscy razem – jak mówi – „w pięciu mieli sto dziesięć lat”.

Kiedy Niemcy, jeszcze w dniu 22 lipca 1942 roku, a więc dziewięć miesięcy przed powstaniem, rozpoczęli akcję totalnej zagłady narodu żydowskiego, Edelman pełnił funkcję szpitalnego gońca. Miał specy­ficzny dyżur na tzw. Umschlagplatzu, gdzie każdego dnia wywożono ludzi do komór gazowych. Do jego obowiązków należało wyprowadzenie z tłumu ludzi chorych, czyli takich, którzy nie nadawali się do transportu. Ratował zatem jednostki, akceptując niejako zbiorową śmierć wszystkich pozostałych. Ludzie zgłaszali się na plac tłumnie, czekali na swoją kolej, ustawiali się czwórkami. W żaden sposób nie chcieli wierzyć, że zaraz pojadą transportem śmierci. Przecież Niemcy głosili, że kto zgłosi się „na roboty”, otrzyma 3 kg chleba i marmoladę.

„– Oszaleliście – mówili. – Posłano by nas na śmierć z chlebem? Tyle chleba zmarnowaliby”.

Ocalały cudem goniec Edelman wybrał po wojnie zawód polegający na ratowaniu ludzkiego życia. Przedtem nie miał wyboru między śmiercią a życiem, walczył więc o śmierć godną. Teraz, już jako lekarz, przed każdą operacją serca, każdego pacjenta, rozmyśla o szansach przechy­trzenia Pana Boga. Kto będzie pierwszy? Chirurg czy śmierć?

Niestety, nawet udana operacja nie daje jeszcze gwarancji zwycięstwa, bo przecież dopiero czas pokaże, czy operowane serce dostosuje się do nowych warunków, czyli – do żył zamienionych na tętnice, do lekarstw, do stresów.

Czas mija, serce pracuje, napięcie słabnie i wtedy przychodzi refleksja: ile to jedno uratowane życie znaczy w porównaniu z tamtymi tysiącami, którzy pojechali po śmierć?

I zaraz optymistyczna konkluzja: „Ale każde życie stanowi dla każdego cale sto procent, więc może ma to jakiś sens?”.


Autorka i jej tematy

Urodziła się – jak to „precyzują” przyjaciele i krytycy twórczości Hanny Krall – „na krótko przed wojną”. W rzeczywistości – w roku 1937. Ukończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Zdecydowała się zostać dziennikarką, bo – jak tłumaczyła czytelnikom magazynu „Warmia i Mazury” jeszcze w roku 1978 – był to jedyny zawód, który dawał jej najkrótszą i najprostszą drogę, ażeby być blisko wszystkiego... Blisko świata.

Seminarium reportażu prowadził z nią popularny pisarz Marian Brandys, którego już później, w czasie pracy zawodowej, zawsze stawiała sobie za wzór. Po studiach zaczęła pracę w „Życiu Warszawy”, następnie przeszła do redakcji „Polityki” i szybko została wydelegowana do Moskwy jako korespondentka tego tygodnika. Owocem pobytu w Związku Radzieckim stała się książka „Na wschód od Arbatu” (1972).

Swoje teksty dzieli na dwa rodzaje: te potrzebne redakcji, które pisze się bardzo starannie, ale bez większych emocji i – te potrzebne jej samej, które tworzy w napięciu, starając się „wydłubać coś z siebie”.

Aktualnie jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”, dokąd przeniosła się po zniesieniu stanu wojennego w kraju, którą to gazetę zresztą współtworzyła. Opublikowała siedem książek. Jest laureatką nagród Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podziemnej „Solidarności”, miesięcznika „Odra” i Pen-Clubu.

Tematy do swojej twórczości wybiera z życia. Zawsze wychodziła z założenia, że pisanie o ludziach ma większą szansę przetrwania niż reportaże o „sprawach” czy o „problemach”. Uważa, że nie nadaje się do niczego innego poza reportażem („Warmia i Mazury” 1978, IV). Publicystyka jej „nie leży”, a do fikcji literackiej nie ma wyobraźni. Nie potrafi niczego wymyślić, jest więc skazana na prawdomówność.

Co stało się przedmiotem zainteresowania Hanny Krall? Oto krótki przegląd jej dotychczasowej twórczości:

„Na wschód od Arbatu” (1972). Książka pokazywała Związek Radziecki daleki od propagandowego wizerunku, od sposobu, w jaki pisano wtedy o „ludziach radzieckich”. W reportażu o masowej popularności gry w szachy autorka zrelacjonowała stan psychiczny ludzi stamtąd. „Grają... bo tam wszystko zależy od ciebie... W szachach można zrobić wszystko to, na co nie było szans wżyciu”. Poza tym są w książce ciekawe migawki obyczajowe z Gruzji, Krymu, Uzbekistanu, Estonii, Baszkirii i Syberii.

(Książkę pt. „Szczęście Marianny Głaz”, napisaną w roku 1976, skonfiskowała cenzura. W rok później ukazała się pozycja „Zdążyć przed Panem Bogiem”).

„Sześć odcieni bieli” (1978). Jest to zbiór reportaży o miłości. Teksty „o czymś błahym”, jak sama informuje zaraz po ukazaniu się książki.

Skąd takie tematy? Otóż życie składa się właśnie z drobiazgów. Autorka sugeruje, że te wszystkie zsumowane drobiazgi stają się dla przeciętnego człowieka wydarzeniem na miarę wybuchu wulkanu. Reporterka nie siedzi na boku, beznamiętnie notując relacje, ale poprzez zestawienia różnych wypowiedzi zaznacza własny stosunek do ludzi i do życia.

„Sublokatorka” (1983) ukazała się najpierw w Paryżu, potem były polskie wydania podziemne. Hanna Krall splata w tej książce wątek wojenny z wydarzeniami późniejszymi – poprzez rok 1944, 1949, 1956, 1968 – aż po grudzień 1981. Bohaterami są Polacy oraz – Polacy pochodzenia żydowskiego. Wyczuwa się sugestię, aby czytelnik sam postawił między nimi znak równości.

Autorka tłumaczy, co to jest jasność i czerń. Czerń wywodzi się mianowicie od Biblii, jasność od Odysei. To nie jest podział na Żydów i Polaków. Czerń ma synonimy – poniżenie, upokorzenie, udręka, mrok. Świadomość własnej czerni może łączyć się z pychą, z poczuciem naznaczenia. Jasność nie jest wcale lepsza od czerni. Jaśni dostali lepszą cząstkę losu, to wszystko. „Trenowanie” jasności to niezgoda na poniżenie.

„Okna” (1984). Pierwsze wydanie w Paryżu. W „Oknach” otrzymu­jemy radę, aby przeżywać zawczasu to, czego boimy się najbardziej. Ważne jest, aby wygrać z własnym strachem. Autorka wprowadza fikcyjną bohaterkę w prawdziwe realia. Łączy postaci nierzeczywiste z autentycznymi zdarzeniami. Reportaż ze zmyśleniem. Łączy również to, co zdarzyło się dotychczas – z dniem dzisiejszym.

„Trudności ze wstawaniem” (1987). Jeszcze jedno wydanie w Paryżu, gdyż w kraju było to niemożliwe. Książka poruszająca tematy odnowy lat 1980-81. Po raz pierwszy Hanna Krall pozwala sobie wyraźnie wkroczyć w świat polityki. Ulega temperaturze przemian, jakie zachodzą w kraju. Dokonuje zapisu tamtych, brzemiennych w wydarzenia dni. Odsłaniają się przed oczami czytelnika całe sfery tematyczne, niedo­stępne dotąd reporterskim zainteresowaniom autorki dzieła o Zagładzie.

„Hipnoza” (1989). Książka jest zbiorem siedmiu reportaży, pow­stałych w wyniku rozmów Hanny Krall z Żydami, mieszkającymi teraz w Izraelu, w Kanadzie i w Ameryce Południowej, których korzenie wyrastają z polskiej historii i kultury, z polskich miast i miasteczek.

Reporterkę interesują wojenne epizody z życia bohaterów. Dla ocalonych Żydów ta Polska z czasów okupacji to zagłada tysięcy rodaków, śmierć ich rodzin oraz ich własna śmierć, której uniknęli jakimś cudem. Mimo złych wspomnień bohaterowie „Hipnozy” wracają do Polski, najczęściej myślami, a jeśli osobiście, to na krótko, i ta niezrozumiała tęsknota nie przynosi im niczego dobrego, zwiększa jedynie smutek i cierpienie.

„Taniec na cudzym weselu” (1993). Dwanaście reportaży. Okupa­cyjne i współczesne. Bohaterami są Polacy i Żydzi. Tłem jest wojna, komunizm, demokracja, a przede wszystkim ludzkie uczucia. Miłość i nienawiść. Mądrość i głupota. Pracowitość i lenistwo. Odwaga i tchó­rzostwo. Na pierwszy rzut oka wszystkie reportaże zawierają tak zwane przypadki kliniczne. Po głębszym jednak zastanowieniu dochodzi się do wniosku, że ma się do czynienia ze zwykłymi sprawami zwykłych ludzi. Tyle że trzeba na nie trafić i umiejętnie zanalizować.

Kazimierz Dziewanowski, w posłowiu do zbioru reportaży „Trudności ze wstawaniem”, nazwał Hannę Krall czarownicą polskiego reportażu. Swoje pisarstwo uprawiała autorka w okresie, kiedy trzeba było toczyć nieustającą walkę z cenzurą, należało wykazać się odpornością psychiczną w chwilach, gdy okazywało się, że taki lub inny tekst „wyleciał” z druku. Był to również czas, gdy to i owo można było wydać jedynie w tak zwanym drugim obiegu, czego najlepszym przykładem jest powieść „Okno”.

Miano „czarownicy” wzięło się niewątpliwie stąd, że trzeba było nadprzyrodzonych sił, aby mimo przeszkód ciągle kontynuować pisarstwo zgodne z wewnętrzną potrzebą i własnym sumieniem.

Tak pisze Dziewanowski w posłowiu: ,,Ten świat, w którym żyjemy, może każdego z nas pojedynczo zgnoić, każdego wykończyć, ale i tak z nami nie wygra. Anie wygra, jeśli będą u nas tacy ludzie, jak autorka i jej bohaterowie...”.

  1   2   3

Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconReportażu Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem"

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconHanna Krall jest autorką książki "Zdążyć przed panem Bogiem" w reportażu rozmawia z Markiem Edelmanem-działaczem żydowskiego podziemia(ŻOP), obecnie

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconZdążyć przed gwizdkiem

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconWakacje z Panem Bogiem

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconTwój wybór- to zdążyć przed rakiem” bezpłatne usg piersi

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconRówni przed Bogiem

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconLęk przed Bogiem, śmiercią I Szatanem w dawnej Rzeczpospolitej (XV – XVIII w.)

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem icon„Totus Tuus – Cały Twój” (W komunii z Bogiem) Spotkanie przed pielgrzymką – termin zostanie dopiero ustalony

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconTemat: z panem Mickiewiczem I " Panem Tadeuszem" spotkanie trzecie.( Lekcja podsumowująca w kl. III )

ZDĄŻYĆ przed panem bogiem – Hanny Krall zdąŻYĆ przed panem bogiem iconBardzo proszę przepisać temat do zeszytu. Na następnej stronie znajduje się notatka do tej lekcji. Proszę ją wydrukować I dołączyć do zeszytu
«Oto jestem». Rzekł mu [Bóg]: «Nie zbliżaj się tu! Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą». Powiedział...

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom