Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik




Pobierz 0.88 Mb.
NazwaPs-10 zbigniew nienacki pan samochodzik
strona9/17
Data konwersji03.09.2012
Rozmiar0.88 Mb.
TypDokumentacja
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   17

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Z DZIENNIKA BAŚKI


...Bardzo długo wspinaliśmy się na szczyt Chryszczatej. Dojście na górę jest strome, trzeba się piąć na wielki garb pokryty bukowym lasem. Wspinaczkę utrudnia wysoka po pas trawa i gęste zarośla. Wszędzie pełno zwalonych pni i głębokich wykrotów.

Był upał i choć las dawał nam cień, to przecież już wkrótce wszyscy oblewaliśmy się potem, a płuca nasze pracowały ciężko, krótkimi oddechami. Nogi grzęzły w grubej warstwie zeschłego listowia, twarz drapały gałęzie. Sprzęt turystyczny wydawał się chwilami ciężarem ponad siły. Najgorzej było omijać wielkie zwalone pnie. Niektóre z nich były zupełnie spróchniałe. Poniedziałek wszedł na pień, który nagle rozsypał się pod nim, i chłopak zjechał kilka metrów po stromym zboczu.

Ta ciężka droga na szczyt pozwoliła nam uświadomić sobie, dlaczego UPA właśnie Chryszczatą wybrała sobie na jedną ze swych głównych siedzib. Ile trudu trzeba było, aby ją zdobyć i wykurzyć z niej zbrojne bandy! Żołnierze wspinali się na górę w pełnym uzbrojeniu wojskowym ostrzeliwując się i jednocześnie kryjąc przed strzałami, omijając pola minowe. A jednak zdobyli Chryszczatą i wykurzyli z niej sotnie UPA, dowodzone przez „Stacha”, „Hrynia” i „Bira”.


Z DZIENNIKA BAŚKI (C.D.)


Następną noc spędziliśmy na Wołosaniu (1071 metrów nad poziomem morza). Było chłodno, ale rankiem wstaliśmy bardzo rześcy i pełni energii. Na szczycie Wołosania znaleźliśmy wieżę; był z niej piękny i rozległy widok na pasmo Łopiennika, na garby Matragony i Hyrlatej. W dali rysowały się jeszcze jakieś góry, ale już nie potrafiliśmy ich rozpoznać.

Z Wołosania, brzegiem potoku o nie znanej nam nazwie, przedarliśmy się przez lasy do asfaltowej szosy z Baligrodu i pomaszerowaliśmy do Cisnej.

Jest tam restauracja, kino, sklepy spożywcze, stacja benzynowa i stacja turystyczna. Zjedliśmy obiad i zaopatrzywszy się w produkty żywnościowe postanowiliśmy ruszyć dalej, na Połoninę Wetlińską.

W Cisnej, tuż przy szosie, zauważyłem mały obskurny barak, coś w rodzaju kiosku. Napis nad drzwiami głosił: „Pamiątki z Bieszczad. Józef Gnat”. W niedużym oknie wystawowym widziało się kolorowe pocztówki z widokiem gór bieszczadzkich i wycięte z dykty, pomalowane i przyklejone do deseczek przeróżne zwierzęta leśne, jak sarna, niedźwiedź, wilk. Na każdej z tych figurek barwny napis głosił „Pamiątka z Bieszczad”. Były tam też popielniczki wyrzeźbione w drzewie, cygarniczki i pudełeczka.

Piątek trącił mnie łokciem i wskazując kiosk zaproponował:

- Może kupimy kilka pocztówek, Baśka. Nie jesteś ciekaw, jak wygląda Józef Gnat?

Pomyślałem, że to dobry pomysł, i skierowałem się do baraku. Kupujących pamiątki nie było, siedział tam tylko młody chłopak, lat około dwudziestu, i pisał coś na pocztówce.

- Chciałbym widokówkę. O tę... i tamtą... - wskazałem te, które mi się podobały.

Wraz z nami podeszło do kiosku jeszcze kilku chłopców, a wśród nich grubasek przezwany Czwartkiem. Nigdy nie przypuszczałem, że z Czwartka jest aż taki esteta. Zaledwie rzucił okiem na wyłożone na wystawie „Pamiątki z Bieszczad”, zaraz odsunął mnie od okienka w kiosku, wsadził głowę do środka i zaczął wymyślać chłopakowi, który wybierał dla mnie widokówki:

- Jak się pan nie wstydzi sprzedawać coś takiego? Przecież to najgorsza tandeta i przykład złego gustu! To są sarny? Nie, panie, to są sarno-wilki! A to nie niedźwiedzie, tylko niedźwiedzio-borsuki! A tamto? To ma być wilk? Nie, to wyżeł, proszę pana. Za takie sprawy powinno się wsadzić do więzienia pod zarzutem szerzenia złego gustu.

Chłopak w kiosku aż oniemiał. A potem poczerwieniał z gniewu i wrzasnął:

- Co cię to obchodzi, szczeniaku! Wynoś się, bo jak ci przyłożę, to wylecisz z Cisnej jak z procy. Nie podobają ci się pamiątki? To nie kupuj ich, smarkaczu. Jazda stąd!

Zamachnął się ręką na Czwartka, który zdążył wycofać głowę z okienka.

- Ty też należysz do tej bandy? - zapytał mnie chłopak z kiosku. - Masz swoje pocztówki, płać i zjeżdżaj.

Trzęsącymi się ze złości rękami zgarnął kilka pocztówek ze stołu i rzucił mi je do okienka. Zapłaciłem pośpiesznie i umknąłem. Koledzy szli już brzegiem szosy, zaśmiewając się z owych niedźwiedzio-borsuków i sarno -wilków, które odkrył w kiosku nasz Czwartek.

Profesor Hilary zgromił jednak Czwartka. Powiedział, że wprawdzie pamiątki z kiosku to rzeczywiście przykład złego smaku i straszliwej tandety, ale Czwartek mógł na to zwrócić uwagę w innej formie.

A ja, oglądając kupione widokówki, nagle stwierdziłem, że chłopak w zdenerwowaniu nie dał mi tych, o które prosiłem. Ba, jedna z nich była zapisana i nawet częściowo zaadresowana. Sprzedał mi tę, na której pisał w chwili, gdy podeszliśmy do kiosku.

Nie mam zwyczaju czytać cudzej korespondencji. Ale wybaczcie mi, tu chodziło przecież o Gnata, osobę, którą uważałem za nieco podejrzaną. Rzuciłem więc okiem na widokówkę. Gnat zamierzał wysłać ją do Pragi Czeskiej „Praha l, Poste Restante”. Niestety, nazwiska adresata jeszcze nie zdążył wpisać.

Praha? - i od razu przypomniałem sobie, że pan Tomasz pojechał do Pragi Czeskiej.

Teraz już z czystym sumieniem przeczytałem:


Szanowny Panie!

Mam znowu na oku bardzo ładny obrazek pamiątkowy. Będzie jednak o wiele drożej kosztować, bo dużo jest przy nim pracy. Proszę przyjechać jak najszybciej, to załatwimy tę sprawę.

Podpisano - Franek Gnat


Franek, a nie Józef. „A więc ten chłopak, to zapewne syn Józefa Gnata” - pomyślałem, bo taki wniosek sam się narzucał. Zastanowiła mnie też sprawa „pamiątkowego obrazka”. Może w kiosku Gnata sprzedawano również i pamiątkowe obrazki, jakieś straszliwe malowidła, landszafty z widokiem Bieszczadów? Ale czyżby takimi potwornościami interesował się ktoś z Pragi i specjalnie po taki landszaft przyjeżdżał? „A może to jakiś szyfr”? - medytowałem.

Jak by nie było, zawróciłem do kiosku. Wsadziłem głowę w okienko i powiedziałem do Franka Gnata:

- Przepraszam pana, ale przez pomyłkę dał mi pan zapisaną widokówkę.

- Co takiego? To znowu ty? - rozzłościł się chłopak.

Niemal wyrwał mi z ręki pocztówkę, rzucił mi zamiast niej inną i z trzaskiem zamknął okienko.

Pobiegłem za naszą gromadką, która oddalała się szosą w stronę Wetliny.


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY


PRZEDZIWNE WŁAŚCIWOŚCI SZLACHETNYCH KAMIENI * ZAGADKA SZAFIRU * DAWID KATZ * „STÓŁ PRZYMIERZA” * DZIWNY PLAN * „U STAREHO HRZBITOVA” * HISTORIA O GOLEMIE * U GROBU ŚWIĘTOBLIWEGO MĘŻA * ZNOWU ZDENEK BLACHA * NIEBIESKI LIST * NAJPIĘKNIEJSZA KOBIETA * ZDUMIENIE * RÓŻOKRZYŻOWIEC


Następnego dnia zjawiłem się w Klementinum, czyli praskiej bibliotece uniwersyteckiej. Wypełniłem starannie kilka formularzy potrzebnych do uzyskania wglądu do starodruków i uzyskawszy odpowiednie zezwolenie stanąłem przed ladą, gdzie wydawano książki.

Bibliotekarz był starym człowiekiem, ze wspaniałą siwą brodą. Na nosie miał okulary w cieniutkiej metalowej oprawce.

- Dawid Katz „O właściwościach szlachetnych kamieni”? - trochę się zdziwił. - Czy to jakiś nowy bestseller? Pracuję tu prawie czterdzieści lat i jakoś nigdy nie zdarzyło mi się, aby ktoś interesował się tą starocią. A w tym tygodniu pan jest trzecią osobą, która prosi o tę księgę.

- Tak? - ja również się zdziwiłem. - A kim byli moi poprzednicy?

- Nie pamiętam. Zdaje mi się, że jakaś kobieta, potem jakiś mężczyzna... Łatwiej zapamiętuję tytuły niż twarze czytelników - uśmiechnął się rozbrajająco i podał mi książkę.

Zaciekawiła mnie ta informacja. Nagłe zainteresowanie starą książką Katza nie mogło być przypadkowe. Kto wie, czy w Klementinum nie zjawił się przede mną tajemniczy Robert i chyba ktoś jeszcze, skoro bibliotekarz wspomniał o kilku osobach. Nie ulegało wątpliwości, że na historię połówki talizmanu Kelleya trafił już ktoś przed nami i zagadkę usiłował rozwiązać. Nie wykluczone, że próby kradzieży talizmanu na Złotej Uliczce dokonano po zapoznaniu się z tą historią. „Jak dalece udało się temu człowiekowi lub tym ludziom (bo może było ich kilku?) zgłębić tajemnicę Kelleya?” - zastanawiałem się.

Otrzymałem dość grubą książkę oprawną w świńską skórę i zasiadłem z nią w czytelni przy małym stoliczku z lampą. Gdy otworzyłem księgę, zapachniało specyficzną wonią starych druków, którą tak uwielbiałem.

Jak większość starodruków i ta pisana była gotykiem, po łacinie. „Jak to dobrze - pomyślałem - że na historii sztuki miałem lektorat łaciny...”

Rzecz jasna, nie czytałem po łacinie tak swobodnie jak po angielsku czy po niemiecku. Wróciłem więc do lady, gdzie wydawano książki, i poprosiłem jeszcze o słownik łacińsko-polski. Nie chodziło zresztą o to, aby tę starą książkę przetłumaczyć słowo w słowo. Chciałem tylko zorientować się, czy nie kryje się w niej klucz do zrozumienia zagadki talizmanu Kelleya. Mógł przecież istnieć związek między kradzieżą egzemplarza tej książki ze zbiorów pana Sekundusa z okolic Zagórza, wykupywaniem ikon z tamtego rejonu i sprzedażą ikony w Pradze oraz usiłowaniem kradzieży połówki talizmanu Kelleya.

Lecz stara księga Dawida Katza, mimo że pracowicie przedzierałem się przez jej treść, skrzętnie ukrywała przede mną swoją tajemnicę. Był to po prostu obszerny wykład o przeróżnych szlachetnych kamieniach i ich magicznej sile, zdolnej - zdaniem Katza - przynosić jednym szczęście i powodzenie w życiu, innym zaś kłopoty, a nawet choroby i śmierć. Każdy szlachetny kamień wiązał Katz z jakąś określoną planetą i w zależności od tego, „pod jaką gwiazdą” kto się urodził, powinien nosić odpowiedni kamień. Tak na przykład, dla osobników urodzonych pod znakiem Barana najodpowiedniejszy był rubin, dla Byka - szmaragd i agat, dla Bliźniąt - beryl i topaz, dla Raka - szmaragd, opal oraz selenit, dla Lwa - diament i rubin, dla Panny - jaspis, topaz, krwawnik, dla Ryb - ametyst i chryzolit.

Zdaniem Katza każdy kamień zawierał jakąś tajemnicę. Jeden pomagał w miłosnych tarapatach, inny dodawał odwagi, jeszcze inny przynosił szczęście w różnego rodzaju grach. Dla mnie, współczesnego człowieka, zabawne były te obszerne wywody i uzasadnienia tajemniczych właściwości poszczególnych szlachetnych kamieni. Opisane jednak zostały barwnym językiem, pozwalam więc sobie przytoczyć fragment takiego wywodu, dotyczący szafiru. Oto, co o nim pisze Katz:

„Najdziwniejszym i najbardziej tajemniczym spośród wszystkich klejnotów, czczony jako nieodgadniona pieczęć mądrości - jest szafir. Nazwać go można panem i władcą klejnotów, bo w swych cudownych zaletach przerasta je wszystkie, jednocząc rozliczne i zdumiewające właściwości. Najstarsze księgi świata wyróżniają szafir jako klejnot, w którym ukrywa się tajemnica magnum magisterium, czyli jest kamieniem mądrości.

Ale w czymże kryje się tajemnica tego kamienia? Oto, jeśli okrągło oszlifowany przejrzysty szafir trzymać będziemy pod intensywne światło słońca, zauważymy jego asteryzm, czyli sześciopromienny blask światła. Otoczywszy zaś ową sześciopromienną gwiazdę liniami, otrzymamy figurę, która do złudzenia przypomina sklepienie gotyku lub ręce złożone do modlitwy, gest błagalnie wyciągniętych ramion”.

Ach, czegóż nie dopatrzył się Katz w blasku szafiru! Nawet greckiego znaku „rho”. Jego zdaniem wystarczy asteryzm szafiru połączyć liniami, aby otrzymać dziesięć centralnych punktów i dwadzieścia dwie płaszczyzny. A cóż to jest owa liczba dziesięć i dwadzieścia dwa? Czy to nie o nich wspomina kabała? Wszak według kabały dziesięć „Sefirotów” tworzy idealnego człowieka, a dwadzieścia dwa jest liczbą najwyższego wtajemniczenia.

„Szafir - powiada Katz - położony noworodkowi na głowie, chroni go przez całe życie od bólów głowy. Jest on także skutecznym lekarstwem przeciw chorobie oczu. Szafir chroni przed trucizną, a jeśli włoży się go do kielicha z zatrutym winem, płyn zaczyna szumieć, trucizna ulatnia się z kielicha. Umieszczony obok jadowitego węża, powoduje jego natychmiastową śmierć. Noszony na piersiach, pozwala długo zachować zdrowie i czerstwość, a w miejscu, gdzie rozwija się rak, powoduje jego powolne zanikanie. Szafir uspokaja bicie serca, ucisza wzburzone nerwy, tłumi krwotok, gasi gorączkę. Dla ludzi, którzy dążą do zdobycia wiedzy, będzie szafir najlepszym przyjacielem. Chroni przed zdradą - a gdy nieszczęścia nie zdoła odsunąć, traci swą barwę, gaśnie, mętnieje, jakby w poczuciu własnej bezsilności.”

Ale dopiero na końcu jego księgi znalazłem ciekawy dla mnie fragment. Oto pisze Katz, że słynny znawca sił nadzmysłowych, doktor John Dee, posiadał „stół przymierza” przybrany wspaniałymi klejnotami. Dzięki nim stół ten pomagał mu kontaktować się ze zjawami pozaziemskimi. Wspomina też Katz, że wspólnie z Kelleyem, który oglądał ów stół, postanowił go odtworzyć i sprawdzić działanie szlachetnych kamieni. Lecz, jak stwierdza:

„Złe siły pokrzyżowały nasze plany, uniemożliwiając eksperymenty naukowe. Uciekając przed Złymi Siłami musieliśmy zniszczyć nasz stół przymierza, a klejnoty ukryliśmy. Tragiczna śmierć Kelleya pokrzyżowała moje plany i dalsze prace nad «stołem przymierza»”.

W tym miejscu na kartkach książki widniał rysunek wierzchniej części „stołu przymierza”, którym posługiwał się mistrz John Dee.

Na zakończenie księgi Dawid Katz utyskuje z goryczą:

„Mimo tylu dobrodziejstw, które uczyniłem ludziom, odkrywając przed nimi tajemnice szlachetnych kamieni, dziś żyję w wielkiej nędzy. Klejnoty, które wraz z Kelleyem powierzyliśmy rabinowi Jehudzie Ben Becalel - przepadły, gdyż doszła mnie wieść o jego zgonie. I tak zresztą nie mógłbym ich odzyskać, ponieważ były własnością nie tylko moją, ale i Kelleya, który do grobu zabrał zapewne połówkę talizmanu Jowiszowego, potrzebną dla zwrotu klejnotów. Moja połówka stała się niepotrzebna. Może po latach ktoś odnajdzie obydwie połówki talizmanu. Wówczas niech pójdzie do grobu Löwego, a objawiona mu zostanie tajemnica, stanie się bogatym, gdy ja umieram w nędzy”.

- A więc to tak... - mruknąłem odczytując ostatnie zdania. To w tej książce o szlachetnych kamieniach kryło się wyjaśnienie zagadki połówki talizmanu Kelleya, do której my musieliśmy dojść zupełnie inną drogą, poprzez legendę i dedukcyjne myślenie.

Był teraz dla mnie oczywisty związek między kradzieżą książki Katza z domku Sekundusa i usiłowaniem włamania do muzeum na Złotej Uliczce. Ktoś, kto ukradł tę książkę i zapoznał się z jej treścią, bez trudu pojął, jaką wartość kryje połówka talizmanu Kelleya.

Tym kimś był tajemniczy i nieuchwytny Robert...

A teraz jeszcze jedna niespodzianka, drodzy Czytelnicy. Pora wyjaśnić, że gdy przewracałem pożółkłe stronice książki Dawida Katza, w pewnej chwili odkryłem pozostawioną między nimi małą karteczkę z wyrysowanym na niej planem. Karteczka pochodziła z jakiegoś notatnika, plan wyrysowano długopisem. Ktoś, kto czytał książkę Katza - może wczoraj, może przedwczoraj? - jednocześnie wyrysował jakiś plan. Karteczka z planem służyła mu zapewne jako zakładka do książki Katza. I jak to się często zdarza, pozostawił ją w niej przez roztargnienie.

Był to chyba plan jakiegoś bardzo małego miasta. Widziałem kilka uliczek, na peryferiach zaznaczono niewielki prostokąt, coś jakby cmentarz. Tam prowadziła strzałka, na której napisano po czesku: „Prawdopodobnie grób Dawida Katza”.

Katz umarł w Lesku. Jeszcze raz uważnie przyjrzałem się planowi. No tak, to był chyba plan Leska. Oto szosa z Zagórza, oto droga na Baligród, rzeka San przepływająca obok miasteczka.

A więc nieznany czytelnik księgi Katza wyrysował plan Leska (zapewne jednocześnie z księgą Katza wypożyczył w bibliotece mapę Rzeszowszczyzny i odrysował sobie plan Leska), zaznaczając na nim miejsce wiecznego spoczynku autora księgi o szlachetnych kamieniach.

Po co to robił?

Chyba tylko w jednym celu. Zamierzał pojechać do Leska i w mieście, gdzie zmarł Dawid Katz, postanowił szukać drugiej połówki talizmanu.

„A więc i ja powinienem jak najszybciej znaleźć się w Lesku - pomyślałem. - To wielka szansa, że zetknę się oko w oko z tym człowiekiem, który być może jest Robertem.”

Z takim postanowieniem zamknąłem księgę i oddałem ją bibliotekarzowi. Kartkę z planem schowałem do portfela.

Było już południe. Zjadłem obiad, kupiłem jedzenie dla Protazego, a potem spacerowałem z nim dwie godziny po pięknych ulicach Pragi.

O czwartej po południu pojechałem na Paryską i pozostawiwszy Protazego w wehikule, zajrzałem do mieszkania państwa Dohnalów.

Zastałem tylko Ludmiłę. Powiedziałem jej, że zamierzam teraz odwiedzić grób Löwego. Zaofiarowała mi swoje towarzystwo, na co przystałem z ochotą, albowiem nigdy jeszcze nie byłem na starym żydowskim cmentarzu, ona zaś ucieszyła się, że sama wskaże mi grób rebego.

W mieszkaniu na Paryskiej pozostawiłem kartkę dla pana Dohnala i panny Helenki informując ich, dokąd udaliśmy się i kiedy wrócimy. Nasza wyprawa nie mogła zresztą potrwać długo, z Paryskiej na stary żydowski cmentarz jest zaledwie kilka kroków.

Tak, tylko kilka kroków. A jakby się człowiek znalazł w zupełnie innym świecie.

Ulicą Paryską mkną samochody na most Svatopluka Czecha, a tuż obok, w zupełnej ciszy i melancholijnym skupieniu, zatacza łuk maleńka uliczka o nazwie: U stareho hrzbitova, co znaczy: Przy Starym Cmentarzu.

Cztery synagogi, jedna z nich bardzo wiekowa, jak gdyby strzegą spokoju tych, co przed wiekami spoczęli pod stłoczonymi na niewielkiej przestrzeni kamiennymi nagrobkami o dziwnych kształtach i zatartych hebrajskich napisach. To gdzieś tutaj, wedle pradawnej legendy, Jehuda Ben Becalel, zwany reb Löwe, żydowski mag i czarnoksiężnik, ulepił z gliny Golema, podobne do człowieka monstrum, i ożywił go, wkładając mu w usta tabliczkę z magicznym zaklęciem. Stworzył reb Löwe Golema, aby ulżył ludziom w najcięższej pracy. I jak opowiada legenda, Golem pracował pilnie przez sześć dni, lecz w sobotę, gdy Żydzi świętowali, a reb Löwe zapomniał mu wyjąć z ust magiczną tabliczkę, zbuntował się i w złości rozwalił dom swego twórcy, za co ten ukarał go, czyniąc z Golema znowu martwą glinianą kukłę. Inna znowu legenda twierdzi, że reb Löwe kazał Golemowi nosić wodę z rzeki. Lecz po jakimś czasie tak pogrążył się w rozmyślaniach i świętych księgach, że zapomniał o wydanym rozkazie. A bezmyślna kukła wciąż nosiła i nosiła wodę, aż żydowskie miasteczko zalała powódź. Wtedy mądry reb Löwe doszedł do wniosku, że nie może na świecie istnieć coś wielkiego i silnego, lecz pozbawionego rozumu i serca. Wyjął tabliczkę z ust Golema i uczynił go martwym, a glinianą kukłę ukrył na strychu synagogi Starona. Jest w tej legendzie - tak jak w każdej - ziarno wielkiej mądrości, przestroga dla ludzi, aby nie ufali zbytnio własnym dziełom, przeróżnym wspaniałym machinom, ale poddawali je nieustannej kontroli ludzkiego rozumu i serca.

Legenda dodaje, że Golem leży wciąż na strychu synagogi Starona i czeka na tego, kto go ożywi, wkładając mu w usta tabliczkę z magicznym zaklęciem. Inna legenda twierdzi, że gliniana figura rozsypała się w proch i pył, co zapewne jest prawdą, skoro nie znalazł jej młodziutki Egon Erwin Kisch, który urodził się na Starym Mieście w Pradze i wysłuchawszy legendy wyprawił się na poszukiwanie Golema na strych synagogi Starona. Młody Kisch wyrósł potem na najsłynniejszego na świecie dziennikarza, nazwanego „szalejącym reporterem”, a relacje o swej wyprawie na strych synagogi opisał w zbiorku reportaży zatytułowanym „Jarmark sensacji”. Historia o Golemie i rabinie Löwe przewija się zresztą przez karty wielu książek, że wspomnę wielkiego czeskiego pisarza Jiraska albo Meyrinka i jego „Golema”. Albowiem - jak już wspomniałem - praski Josefov z jego legendami, z przedziwnym i niepowtarzalnym nastrojem Stareho Hrzbitova, potrafi oddziaływać na wyobraźnię i głęboko zapada w pamięć.

Kiedyś było tu małe żydowskie miasto, wąskie uliczki stłoczone między murami. Straszliwy stan sanitarny, powodujący, że getto żydowskie stało się wylęgarnią chorób i epidemii, zdecydował o jego likwidacji. W XVII wieku zburzono wszystkie domy, z wyjątkiem zabytkowego ratusza i czterech synagog. Ocalał też stary żydowski cmentarz. A na miejscu dawnego getta powstała nowa dzielnica o nazwie Josefov. Hitlerowcy, którzy wszędzie, gdzie sięgała ich władza, niszczyli ślady żydowskiej kultury, nawet synagogi i cmentarze, w Pradze postanowili zorganizować antyżydowskie muzeum i z całej Europy zwieźli do praskich synagog mnóstwo starych judaików. Dziś historyk sztuki ma tu co oglądać: najstarsze na świecie zasłony, kunsztowne srebrne naczynia rytualne i przedmioty kultu religijnego o wielkiej wartości zabytkowej. Turyści chętnie zwiedzają synagogę najwyższego kapłana, Maisla, synagogę Klausa, synagogę Pinkasa, zamienioną po wojnie na mauzoleum ofiar hitleryzmu, i synagogę Starona - najstarszą w Europie, bo zbudowaną w połowie XVII wieku. Zbudowana w stylu wczesnogotyckim, dwunawowa, z krzyżowo-żebrowym sklepieniem, stanowi piękny, ciekawy okaz dawnej architektury.

Historia o glinianym Golemie jest legendą. Lecz reb Löwe żył naprawdę. Na starym cmentarzu znajduje się jego grób i wspaniały renesansowy nagrobek, tak zwana tumba, pięknie rzeźbiona i pokryta hebrajskimi napisami. Ząb czasu - reb Löwe umarł w 1609 roku - rozluźnił nieco kamienie, tworząc między nimi szczeliny, w których widać mnóstwo karteczek. Na obramowaniu grobowca leży też wiele drobnych kamyczków. Albowiem inna legenda powiada, że potrafi on spełniać życzenia tych, co się do niego zwrócą. Malutkie karteczki w szczelinach jego tumby zawierają prośby, a kamyczki na obramowaniu są znakiem czyjegoś przyrzeczenia złożonego przy tym grobie. Nie sądzę oczywiście, aby prażanie lub turyści, którzy licznie odwiedzają to miejsce, dawali wiarę przesądom lub legendzie. Jest to po prostu zwyczaj, sentymentalny gest podobny do tego, który czynią turyści wrzucając pieniążek do fontanny trewirskiej lub na Trafalgar Square w Londynie. Nie śmiejmy się z takich gestów, nie uwłaczają one nam w niczym, a przydają uroku miejscom, które odwiedzamy.

Tu, u renesansowej tumby rebego Löwe, mieli się spotkać Kelley i Dawid Katz, gdyby świątobliwy mąż zmarł wcześniej niż mogliby obydwaj zgłosić się do niego po klejnoty. Rzecz jasna, każdy z nich miałby przy sobie swoją połówkę talizmanu.

„Czy naprawdę mądry rebe wierzył, że potrafi im nawet zza grobu wskazać miejsce, gdzie ukrył klejnoty?” - zastanawiałem się mijając synagogę Starona i wkraczając na uliczkę U stareho hrzbitova.

Było popołudnie. Słońce stało jeszcze dość wysoko i lekko czerwieniącym odblaskiem sączyło się przez gałęzie drzew obrastających stary cmentarz. Zieleń zdawała się być znużona całodziennym upałem, asfalt emanował ciepłem. Uliczka była pusta, słyszało się świergot ptactwa ukrytego wśród liści.

Szliśmy wolno, poddani urokowi tego miejsca.

Ludmiła milczała dyskretnie, zapewne rozumiejąc, że jeszcze raz w spokoju chcę przemyśleć niektóre szczegóły sprawy, której nadałem kryptonim „Tajemnica tajemnic”.

Tak, to był najwłaściwszy kryptonim. Tajemniczy gang, tajemniczy Robert, tajemnicze włamanie do domu Sekundusa i potem na Złotą Uliczkę, tajemnice magów i starych legend, tajne praktyki różokrzyżowców. Chwilami odnosiłem wrażenie, że oto wkraczałem do mrocznego wnętrza złożonego z długiej amfilady pokojów. Każdy z nich krył jakąś zagadkę. Należało rozwiązać je po kolei i iść coraz dalej, aż do ostatniego, gdzie znajdowała się „tajemnica tajemnic”.

Rozszyfrowana została sprawa ikony sprzedanej w sklepie na Vaclavskim Namiesti. Wyjaśniliśmy sprawę włamania do pracowni alchemicznej. Rozszyfrowaliśmy połówkę talizmanu. Przed nami stanęła zagadka Kelleya i Dawida Katza. Lecz oto kolejna tajemnica - zdanie reb Löwego: „Jeśli przyjdziecie do mnie, wydam wam klejnoty. Jeśli żyć nie będę, przyjdźcie do mego grobu”.

Jak je rozumieć?

Reb Löwe nie był szarlatanem, oszustem, złodziejem. Umarł otoczony ogólnym szacunkiem. Nie ma się prawa sądzić, że przywłaszczył sobie dane mu w zaufaniu bogactwo. Jego słowa miały więc zapewne jakiś ukryty sens.

„Te zagadkowe słowa muszą być metaforą, przenośnią, jaką często posługiwali się magowie dla ukrycia istoty sprawy” - rozmyślałem. Ludzie tamtych lat lubowali się zresztą w podobnych rebusach. Rozwiązanie kryje się zatem nie w tajemniczych słowach Löwego, lecz w obydwu połówkach talizmanu. Jeśli reb Löwe powiedział: „Przyjdźcie do mego grobu” mogło to znaczyć: przyjdźcie do mego grobu i zestawcie ze sobą obydwie połówki, a wtedy wiadomym stanie się dla was miejsce, w którym złożyłem wasze klejnoty.

A więc obydwie połówki talizmanu zawierają jakiś plan miejsca ukrycia klejnotów. Nie da się rozszyfrować tego planu, posiadając tylko jedną połówkę. Potrzebne są obie. Obydwaj magowie mieli przecież przyjść do grobu Löwego.

Wyjąłem z portfela kartkę z przerysowanym wizerunkiem talizmanu Kelleya i jeszcze raz przyjrzałem się dokładnie.

Nie, nie było na nim żadnego planu. Po jednej stronie połówka kwadratu magicznego, a po drugiej znak Jowisza, dwie daty i pół rysunku z postacią ludzką pod palmą, a raczej połówką palmy.

„Oto tajemnica tajemnic - pomyślałem. - Tę będzie rozwikłać najtrudniej.”

I schowawszy na powrót kartkę, zacząłem z Ludmiłą zwiedzać stary cmentarz.

Na niewielkiej przestrzeni sterczało z ziemi dwanaście tysięcy kamieni nagrobkowych. Duże i małe, wznoszące się wysoko ponad grunt cmentarza albo już zupełnie zapadłe w ziemię, jedne obok drugich, niemal wchodzące na siebie, sczepione z sobą. Spiczaste lub półokrągłe, rzeźbione misternie lub prosto ociosane kamienne tablice, pamiątka po tych, których przed wiekami skrył ten skrawek praskiej ziemi.

Sterczące w górę stelle kamienne pokrywają niemal każdy kawałek gruntu, tak że nie ma tu prawie drzew, gdzieniegdzie tylko rosną wątłe młode pnie, rozpychające się między kamiennymi płytami. Na każdej płycie napisy hebrajskie, zatarte przez słoty, niezrozumiałe, a przez to pełne groźnego uroku.

Jest to najstarszy cmentarz żydowski w Europie. Założono go w XV wieku i chowano tu zmarłych przez dłuższy czas. Niektóre groby mają po dziesięć pięter, stąd to ogromne nagromadzenie płyt z nazwiskami zmarłych. Tu i ówdzie stoją wspaniałe grobowce, sarkofagi, tumby o dużej wartości artystycznej. Albowiem wbrew obowiązującemu u Żydów prawu religijnemu, zabraniającemu odtwarzać podobizny ludzi, zwierząt i przedmiotów, Żydzi prascy przyozdabiali nagrobki podobiznami zwierząt i przedmiotów, pod ich postaciami wyrażając symbolicznie imiona i nazwiska zmarłych albo uprawiany przez zmarłego zawód. I tak ród Arona przedstawiono poprzez wyrzeźbione ręce, pinceta oznaczała, że zmarły był lekarzem, nożyczki - że był krawcem. Wyrzeźbione na kamieniach lwy, dzbany, jelonki, wszystko to jest świadectwem wspaniałej sztuki kamieniarskiej epoki Odrodzenia w Pradze i stanowi historyczną pamiątkę. Dlatego cmentarz ten, podobnie jak i stary ratusz oraz cztery synagogi, tworzą dziś kompleks Państwowego Muzeum Żydowskiego w Pradze i przez władze czeskie otoczone są troskliwą opieką konserwatorską.

Oto nagrobek z 1476 roku, Avigdora Karo. Oto nagrobek rabina Pinkasa z 1495 roku. Oto nagrobek Dawida Ganse ze znakiem gwiazdy i gęsi. Oto sarkofag Hendle Baseviove z 1628 roku. Oto wspaniale rzeźbiony sarkofag Mojszego z rodu Levitów, zmarłego w 1627 roku...

I wreszcie sarkofag rebego Löwe. Przód i tył stanowią dwa ogromne, pięknie rzeźbione kamienie z ornamentem kolumn, tablic Mojżeszowych. W wyrytym owalu pręży się wspaniały lew, oznaczający imię rebego - Jehuda. Między zaś przednią i tylną ścianą płyty tworzą jakby stromy dach nad grobowcem.

„To tutaj przyjść mieli obydwaj magowie” - pomyślałem stając w zadumie przy grobie człowieka, który jako nauczyciel w znajdującej się tuż obok szkole talmudycznej zasłynął znajomością wiedzy tajemnej i kabały. Dziesiątki maniaków przez wiele wieków zgłębiało kabałę, aby znaleźć owo magiczne zaklęcie, które Löwemu pozwoliło ożywić glinianego Golema. O grobie Löwego krąży też legenda, że kryje on skarby przeogromne. Podobno w czasie ostatniej wojny Żydzi prascy, przed wywiezieniem do obozów śmierci, tutaj jakoby kryli swoje kosztowności.

Lecz mnie nie interesowały klejnoty okupione krwią i cierpieniem ludzi. Nie pociągały mnie również klejnoty Kelleya i Katza. Pasjonowała mnie tylko zagadka historyczna i dręczyła mnie myśl o przemytnikach ikon, którzy spletli swój trop ze śladem angielskiego czarnoksiężnika.

...Drgnąłem. To Ludmiła chwyciła mnie za rękę i ścisnęła ją mocno.

- Niech pan spojrzy... - szepnęła.

Pobiegłem wzrokiem w ślad za jej spojrzeniem. Cmentarz był pusty, więc natychmiast zwróciłem uwagę na kogoś, kto szedł od bramy kierując się w naszą stronę. Po chwili poznałem tego człowieka.

Był to Zdenek Blacha.

A więc nie pojechał do Pardubic, jak to zapowiadał? Powrócił do Pragi mimo zakazu tajemniczego Roberta. I teraz szedł prosto do grobu Löwego. Po co? Czy podobnie jak i ja szukał tutaj rozwiązania zagadki starego czarnoksiężnika? A może umówił się tutaj z kimś? Z Robertem?

Teraz ja chwyciłem dłoń Ludmiły i nakazując jej największą ostrożność i ciszę, przygarbiony, pobiegłem między grobowcami. Oboje skryliśmy się za wysokim ozdobnym sarkofagiem. Stąd łatwo było obserwować tumbę grobu Löwego i Blachę, który nadchodził.

Chłopak był coraz bliżej. Słyszałem odgłos jego kroków, zgrzyt żwiru pod butami.

Nagle nastała cisza. Zdenek Blacha zatrzymał się.

Ostrożnie wyjrzałem spoza kamiennego nagrobka. Blacha stał odwrócony do nas plecami. Wyjął z kieszeni notesik i długopis, nabazgrał coś, potem wydarł kartkę - niebieską kartkę - i wsunął ją między szczeliny grobowca rebego.

„Czyżby przyszedł prosić o coś świątobliwego męża?” - przemknęła mi przez głowę myśl, którą zaraz wyśmiałem. Blacha nie należał chyba do takich, którzy wierzyli w cudowną moc zmarłego rabina.

Teraz Blacha rozejrzał się po cmentarzu, jak gdyby chcąc się upewnić, czy nikt go nie obserwował.

Znowu usłyszałem zgrzyt żwiru i odgłos oddalających się kroków...

Jeszcze przez jakiś czas czekaliśmy cierpliwie, przyczajeni za grobowcem. Wreszcie wyjrzałem i upewniłem się, że Blacha opuścił cmentarz. Wówczas zrobiłem kilka dużych susów i stanąłem przy grobie Löwego. Dojrzałem niebieską kartkę - wsuniętą między kamienie. Wyciągnąłem ją błyskawicznie, rozwinąłem i przeczytałem:


Szanowny Panie.

Zrobiłem tak, jak pan kazał. W Pardubicach jeden facet, którego znam, za 500 koron wykonał zleconą przez pana robotę. Spotkamy się jutro o dwunastej na Hradczanach. Mam też panu coś ważnego do powiedzenia.

Zdenek

Przeczytałem kartkę dwukrotnie, aby nie uronić żadnego słowa. Potem podałem liścik Ludmile.

- I co o tym myślisz? - zapytałem, gdy skończyła czytać.

- To list do tajemniczego Roberta - odpowiedziała. - Zdenek Blacha pana okłamał twierdząc, że nie ma żadnego kontaktu z Robertem i tylko na jego życzenie spotykał się z nim koło Cedoku. Tu, w tej tumbie, Robert zostawiał listy do Blachy, a Blacha do Roberta. To była ich skrzynka kontaktowa.

- Skrzynka kontaktowa? - uśmiechnąłem się. - A skąd ty wiesz o czymś takim?

- Czytałam powieść o szpiegach. Była tam mowa właśnie o „skrzynkach kontaktowych”. Dwaj szpiedzy, którzy nie znali się wzajemnie, w pewnym umówionym miejscu kładli listy do siebie i wymieniali informacje.

- Miejsce zresztą wybrali znakomicie - stwierdziłem z uznaniem. - W szczeliny grobowca wielu kładzie kartki z życzeniami. Specjalnie chyba wybrali niebieski kolor, aby swoje kartki wyróżnić spośród innych, zazwyczaj białych.

- Napisał, że ma coś ważnego do opowiedzenia. To pewnie o panu, prawda? A co pan myśli o zadaniu, które na rozkaz Roberta wykonał dla Zdenka ktoś w Pardubicach?

- Nie mam pojęcia, o co tu chodzi - westchnąłem. - Ale gdy trafimy na ślad Roberta, i tę sprawę zapewne uda się wyjaśnić.

To mówiąc włożyłem niebieską kartkę w szczelinę grobowca. Ludmiła kiwnęła głową, że zrozumiała, w jaki sposób zamierzam trafić na ślad Roberta.

- Cmentarz zamykają o osiemnastej - powiedziała. - A teraz jest już siedemnasta. Tę godzinkę powinniśmy przesiedzieć za którymś z grobowców. Jeśli Robert dziś nie przyjdzie po list, zapewne zajrzy tu jutro. Cmentarz otwierają o dziesiątej rano. Znowu się zaczaimy tu jutro, prawda? A potem pójdziemy w ślad za Robertem.

- Masz rację, Ludmiło - rzekłem. - Tak właśnie zrobimy.

I już zacząłem się rozglądać za miejscem dogodnym na kryjówkę gdy oto ujrzałem idącą ku nam pannę Helenkę.

- O rany, moja siostra - mruknęła Ludmiła bardzo niezadowolona. - Za nią przyjdzie tu zapewne magister Skwarek i spłoszą nam Roberta.

- Nie przejmuj się - pocieszyłem ją. - Będziemy kręcić się po cmentarzu, oglądając grobowce, a jednocześnie nie spuścimy z oczu z tumby Löwego. Jeśli zauważysz kogoś podejrzanego, daj mi znak. Opuścimy twoją siostrę i pójdziemy jego śladem.

I jak gdyby nic tu nie zaszło, z miłymi uśmiechami powitaliśmy pannę Helenkę.

- Oglądacie grobowiec Löwego? - zainteresowała się. - Jest bardzo piękny, prawda? Czy widzi pan, ile tu przeróżnych karteczek wciśniętych między płyty? Każda zawiera zapewne jakąś prośbę skierowaną do rabina. Szczególnie dużo tych karteczek pojawia się tutaj, gdy ma się odbyć jakiś mecz międzynarodowy, w którym bierze udział praska drużyna. No, i w okresie egzaminów w szkołach. O, tu widać nawet jakąś niebieską karteczkę - wskazała palcem. - Założę się, że kryje miłosne zaklęcia, aby czyjeś serce zwróciło się ku innemu sercu...

Panna Helenka przegrałaby ten zakład. Porozumieliśmy się wzrokiem z Ludmiłą i tak na wszelki wypadek, aby broń Boże panna Helenka nie zechciała sięgnąć po niebieską karteczkę, udaliśmy zaciekawienie sąsiednim grobowcem. Lecz panna Helenka wciąż tkwiła przy tumbie Löwego.

- I co? - zapytała mnie zaczepnie. - Spróbował pan wcielić się w Kelleya i z wyrysowaną na papierze połówką talizmanu zgłosił się pan do Löwego po odbiór klejnotów?

- Nie. Myślę, że nawet z prawdziwą połówką talizmanu Kelleya też nie otrzyma się odpowiedzi od rebego Löwe. Do tego potrzebna jest druga połówka.

- Zgadzam się z panem. Magister Skwarek zaproponował wycieczkę do Polski, do Leska, gdzie znajduje się grób Dawida Katza. Zaofiarował się tam zawieźć swoim samochodem ojca, Ludmiłę i mnie.

- Mnie także? - ucieszyła się dziewczynka.

- A tak. I dziś rano wystąpiłam już o wkładki paszportowe.

- Życzę przyjemnej wycieczki - odparłem. - Choć bardzo wątpię, czy po tylu latach uda się wam odnaleźć w Lesku drugą połówkę talizmanu. To miasteczko, jak również okolice, bardzo ucierpiały podczas wojny, wielu ludzi wyemigrowało, stare pamiątki zaginęły.

- A jednak magister Skwarek wierzy w naszą misję - z uporem pokręciła głową.

Uśmiechnąłem się.

- Myślę, że przede wszystkim zależy mu na pani towarzystwie. I wcale się temu nie dziwię, ani go nie potępiam. Pani jest taka piękna...

Panna Helenka aż tupnęła nogą.

- Nie znoszę komplementów, słyszy pan? Pan magister Skwarek ma tę wyższość nad panem, że nie widzi we mnie kobiety, lecz kustosza.

- W takim razie chyba jest ślepy - stwierdziłem. I dodałem z największym przekonaniem: - Dla mnie, panno Helenko, jest pani przede wszystkim piękną kobietą. Mało tego - zawołałem z entuzjazmem - bardzo piękną kobietą.

Przypuszczałem, że na te słowa panna Helenka wybuchnie gniewem. Lecz któż zrozumie kobietę? Zarumieniła się jak pensjonarka i zapytała cichutko:

- Naprawdę pan sądzi, że jestem piękna?

- Tak! - wykrzyknąłem z mocą. - I pozostałaby pani dla mnie tak samo piękną i interesującą, gdyby nie miała żadnych ambicji naukowych, była zwykłą sprzątaczką w biurze czy w kinie.

Panna Helenka popatrzyła na mnie bardzo uważnie. A potem zwróciła się do Ludmiły:

- Słyszałaś, Ludka, co mówi pan Tomasz? Zapamiętaj sobie, dziewczyno, że tacy mężczyźni, jak on, należą do najniebezpieczniejszych. Oni właśnie chcą zgubić nas, kobiety. Ich należy się strzec i ich unikać. Pragną każdej kobiecie wmówić, że jedynym jej posłannictwem jest wyjść za mąż, mieć dzieci i opiekować się domem. Co do mnie, ja takim mężczyznom wypowiedziałam walkę. My, kobiety, nie możemy rezygnować z naszych wielkich ambicji.

I chyba dla podkreślenia tych słów, jeszcze raz tupnęła nogą. A trzeba przyznać, że - jakby to określał anatom - kończyny dolne miała niezwykle zgrabne, bardzo długie i wysmukłe, co uwydatniała sukienka mini, którą wyjątkowo tego dnia włożyła zamiast spodni.

Chciałem zaoponować stwierdzając, że przenigdy nie stałem i nie stoję przeciw ambicjom kobiecym. Uważam, że kobiety potrafią: dorównać intelektualnie mężczyznom, co nie przeszkadza, że ładna kobieta budzi moje większe zainteresowanie niż brzydka. Niestety, w tych wywodach przeszkodził mi Skwarek. Pojawił się na cmentarzu, jakby wywołany tupnięciem zgrabnej nóżki panny Dohnalowej.

- Zawitałem na Paryską i dowiedziałem się od pana Dohnala, że jesteście tutaj. Pozwoliłem więc sobie tu przyjść.

Oświadczył też, że po raz pierwszy znalazł się na starym cmentarzu i z największą ciekawością go obejrzy, a przede wszystkim grób reb Löwego.

Staliśmy więc długo przy tumbie świątobliwego męża (widziałem wyraźnie niebieską kartkę wystającą ze szczeliny), a potem zaczęliśmy oglądać inne grobowce. Panna Helenka, jak wiemy, znała hebrajski i tłumaczyła nam niektóre napisy wyryte na kamieniach. Na cmentarzu zaroiło się zresztą od zwiedzających, albowiem przed bramą zatrzymały się dwa ogromne autokary z Włoch.

Włosi byli ruchliwi, kręcili się między grobowcami, zaglądali w każdy kąt. Z największym trudem udawało mi się obserwować grobowiec Löwego. Jakaż jednak to była obserwacja, skoro raz po raz zatrzymywała się przy nim jakaś grupka turystów?

- Jeszcze wczoraj zdecydowałam się przyjąć pańskie zaproszenie na wycieczkę po Polsce - mówiła panna Helenka do pana Skwarka, oprowadzając nas po cmentarzu. - Już złożyłam odpowiednie papiery na wyjazd. I przejrzałam w bibliotece informator o Lesku. Okazuje się, że jest tam również bardzo stary cmentarz żydowski, jeden z nielicznych, jakie ocalały w Polsce po wojnie. Może dzięki mej znajomości hebrajskiego odnajdziemy grób Dawida Katza? Może także trafimy na ślad drugiej połówki talizmanu?

- Tak pani zależy na klejnotach? - zapytałem.

- Myli się pan. Wcale mi nie zależy na klejnotach, i tak przecież trafią one do skarbu państwa. Chodzi mi o samą sprawę. Tyle się nasłuchałam o pańskich przygodach, panie Tomaszu, o pana niezwykłych umiejętnościach rozwiązywania zagadek historycznych, że postanowiłam sama sobie udowodnić, że kobieta też potrafi być nie najgorszym detektywem.

Zauważyłem, że od pewnego czasu przy grobowcu Löwego stoi jakiś jegomość, niski, korpulentny, ubrany z wyszukaną elegancją. Włosi z wycieczki kręcili się już w innej części cmentarza, a on wciąż tkwił przy grobie, jak pogrążony w głębokiej zadumie. Odtąd spacerując z panną Helenką, Skwarkiem i Ludmiłą, starałem się nadać taki kierunek naszym krokom, aby go mieć wciąż na oku.

- Konkurencja w tej sprawie będzie bardzo duża - powiedział magister Skwarek. - Proszę nie zapominać, że najprawdopodobniej zagadką talizmanu zajmują się także różokrzyżowcy. A oni są potężni, mają do swoich usług najpotężniejsze umysły. Nie jestem pewien, czy i w tej chwili nie śledzą nas oczy jakiegoś różokrzyżowca...

To mówiąc magister Skwarek rozejrzał się bacznie na wszystkie strony.

A ja stwierdziłem z powagą:

- To po prostu mania prześladowcza. Wszędzie wierzy pan w działalność różokrzyżowców.

Magister Skwarek wzruszył ramionami.

- Ja ich lepiej znam, miałem z nimi do czynienia. Piszę o nich pracę doktorską. Wprawdzie moja praca będzie dotyczyć XVI wieku, lecz współcześnie istniejące organizacje różokrzyżowców posiadają wiele archiwalnych materiałów, do których musiałem sięgnąć. W taki sposób zetknąłem się z nimi. Warto podkreślić, że aczkolwiek dość chętnie udzielali mi zezwolenia na wgląd w swoje archiwa, to jednak odnosili się do mnie z pewną dozą podejrzliwości. I niejednokrotnie stwierdzałem, że jestem przez nich śledzony. Tym bardziej dzieje się to teraz, gdy włączyłem się w sprawę talizmanu Kelleya, który oni próbowali wykraść ze Złotej Uliczki...

- Nie wiemy, czy to byli różokrzyżowcy - przerwała mu panna Helenka. - Nie sądzę, aby Zdenek Blacha miał z nimi coś wspólnego.

- Ach - magister Skwarek tylko westchnął z rezygnacją, co miało oznaczać, że i tak nie wierzy, aby zdołał rozproszyć nasze wątpliwości. - Wkrótce się sami przekonacie, że ja mam rację.

Prorocze to były słowa. Zniecierpliwiony widokiem jegomościa który od kilkunastu minut wciąż tkwił nieruchomo przy grobie Löwego, pokierowałem w tamtą stronę krokami naszej gromadki. Zatrzymaliśmy się przy tumbie i stojącym obok jegomościu, któremu chciałem się bliżej przyjrzeć.

- O rany, gdzie jest niebieska kartka?! - wyrwało się Ludmile.

Zgromiłem ją wzrokiem, a ona aż usta zakryła dłonią, dopiero teraz świadoma, że powiedziała za dużo.

Ale faktem jest, że list Blachy zniknął. Przepadł. Rozwiał się w powietrzu. Nie było go już w szczelinie między płytami.

- Niebieska kartka? - zdziwiła się panna Helenka. - O czym mówicie? Aha, tu była taka niebieska karteczka, prawdopodobnie z miłosnymi życzeniami. I zniknęła. Ktoś ją chyba zabrał. Tylu się tu kręci turystów, może któryś wziął ją na pamiątkę?

- Tak, tak - zgodził się Skwarek. - Turyści to straszni barbarzyńcy. Mają manię zdobywania pamiątek z każdej wycieczki.

Raptem elegancko ubrany jegomość odwrócił się do nas i skłoniwszy się nisko, oświadczył po angielsku:

- Jestem Henry Smith, z Bractwa Różokrzyżowców. Czy mogę z państwem zamienić kilka słów?

Jakby w nas piorun uderzył. Zaniemówiliśmy, a twarze i oczy nasze wyrażały takie zdumienie, jakby przed nami pojawił się upiór.

A pan Henry Smith przyjął nasze milczenie za oznakę braku znajomości języka angielskiego. I przemówił znowu, tym razem po niemiecku.

- Nazywam się Henry Smith, z Bractwa Różokrzyżowców. Czy mógłbym z państwem chwilę porozmawiać?

Nie, to nie był żartowniś. Zażywny jegomość nosił w klapie swego bardzo eleganckiego garnituru mały złoty znaczek: różę i krzyż św. Andrzeja. A taki właśnie jest znak Bractwa Różokrzyżowców.

Zażywny jegomość znowu pomyślał, że nie znamy niemieckiego, wobec czego powtórzył wszystko łamanym czeskim językiem, dodając, że wprawdzie jest Amerykaninem, ma jednak obywatelstwo austriackie, a jego matka była czeską emigrantką w Ameryce i dlatego on zna trochę czeski język. Mówi nim słabo, ale wszystko świetnie rozumie.

Ja pierwszy z naszego towarzystwa ochłonąłem ze zdumienia.

- Słuchamy pana uprzejmie - powiedziałem po niemiecku.

Jegomość skłonił mi się, jak gdyby dziękując za te słowa. Potem rozejrzał się po cmentarzu i rzekł:

- Mam państwu bardzo dużo do powiedzenia. Wydaje mi się, że będą to dla was sprawy ważne i interesujące. Jeśli bowiem się nie mylę, zajmujecie się zagadką talizmanu?

- Tak jest - wyjąkała panna Helenka. - Ale skąd pan o tym wie?

Zażywny jegomość roześmiał się cichutko. A potem śmiech jego przeszedł o ton wyżej, w coś w rodzaju chichotu. Jego różowe policzki jeszcze bardziej pokraśniały z zadowolenia. Zatarł swoje małe, pulchne rączki i oświadczył z dumą:

- Państwo chyba nie doceniają różokrzyżowców. Celem naszym jest osiągnięcie poznania pozazmysłowego, ogarnięcie tego, czego nikt do tej pory umysłem ludzkim nie ogarnął. Naszą dewizą stało się hasło: „Poznać to, czego nikt jeszcze nie poznał, zrozumieć to, czego nikt nie zrozumiał”. Udaje się nam niekiedy porozumieć z tymi, co już odeszli z ziemskiego padołu łez. Niektórzy z moich braci posiadają zdolności telepatyczne i potrafią bez żadnych środków technicznych przekazywać sobie myśli na odległość. Czasami otrzymujemy nie wiadomo skąd tajemnicze znaki, sygnały, informacje...

- I to drogą telepatii dowiedział się pan o nas? - zadrwiłem.

- Nie - odparł jegomość. - Przybyłem do Pragi, aby rozwikłać zagadkę talizmanu. Rzecz oczywista, że musiałem zjawić się u grobu Löwego, który należał do Wielkich Wtajemniczonych. Na cmentarzu ujrzałem magistra Skwarka i domyśliłem się, że towarzyszące mu osoby zajmują się także zagadką talizmanu. Pan Skwarek chyba mnie jeszcze pamięta? Poznaliśmy się w Wiedniu, dokąd przyjechał, aby studiować archiwa naszego bractwa.

- Tak, przypominam sobie pana - mruknął Skwarek.

- Proszę państwa - oświadczył Smith - mam wam do zakomunikowania ważne sprawy. Na cmentarzu rozmawiać o tym dość trudno. Proponuję spotkać się dziś wieczorem w restauracji „Slovenska jizba” w hotelu „Paryż”. Zgoda?

- Zgoda - szepnęła panna Helenka.

Skłonił się i odszedł z ogromną godnością.

A ja patrzyłem w szczelinę grobowca Löwego, z której zniknęła niebieska kartka. Czy to on ją zabrał i wraz z nią odchodził teraz z cmentarza?

Ale nie powiedziałem na ten temat ani słowa. Pozostała mi bowiem jeszcze jedna szansa. Jutro o dwunastej na Hradczanach Zdenek Blacha miał się z kimś spotkać. Z kim?

1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   17

Powiązany:

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconZbigniew Nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs – 06 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-11 zbigniew nienacki pan samochodzik I

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs 04 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-01 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPS–08 zbigniew nienacki pan samochodzik I

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-12 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-15 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs 07 zbigniew nienacki pan samochodzik

Ps-10 zbigniew nienacki pan samochodzik iconPs-16 zbigniew nienacki pan samochodzik

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom