Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil




Pobierz 2.92 Mb.
NazwaJones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil
strona17/38
Data konwersji04.09.2012
Rozmiar2.92 Mb.
TypDokumentacja
1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   38
ROZDZIAŁ SZESNASTY

Złociste ślepia harrara wpatrywały się weń badawczo. Ślina ściekała wzdłuż zębów psiej paszczy, kiedy zbliżał się na czele sfory. Szedł wolno, kołysząc z boku na bok swoim przygarbionym ciałem. Wąski nóż, trzymany na wysokości piersi, odstawał od skórzanego kaftana niby kolec. Stwór przestał przypominać człowieka. Nos, spłaszczony u podstawy, w dalszej części wydłużał się niczym ryjek. Nad twardymi, zapadniętymi policzkami płonęły szparki oczu, których nigdy nie przysłaniały powieki. Przestępując ponad ostrymi skałkami i splątanym poszyciem, ani na moment nie spuszczał wzroku z Camrona.

Śmierdział gorzej od padliny, roztaczając zgniły odór nieświeżej krwi, zmieszany z ostrym fetorem ekskrementów i zastałego moczu.

Również jego nóż był splugawiony. Wzdłuż ostrza biegła ciemna plama, a u rękojeści kołysało się coś białego, przypominającego kawałeczek zwierzęcego tłuszczu.

Wtem z gardła harrara wydobył się donośny skowyt, któremu szybko zawtórowały inne, tak że już po chwili Dolina Popękanych Kamieni rozbrzmiała diabelskim wyciem dziesiątków gardzieli. Powietrze zatrzęsło się. Słońce oderwało od widnokręgu. Złociste oczy jarzyły się z głodu i podłej żądzy. Camron z trudem przełknął ślinę. Miecz, który dzierżył w dłoni – dwukrotnie przekuwany, wyważony ołowiem stalowy oręż, imieninowy podarunek od ojca – wydawał mu się w ręku lekki i kruchy niczym bambusowa laska.

Opodal stali kręgiem wierni żołnierze, czekając na nadejście harrarów. Zwabieni, schwytani w pułapkę i otoczeni: cóż więcej mogli zrobić?

Dym z wrogich pochodni utworzył wokół skał skłębioną, duszną, wyciskającą łzy z oczu mgiełkę. Za plecami Camrona jeden z rycerzy zaniósł się kaszlem. Oddaleni zaledwie o kilka kroków, harrarzy nie tyle poruszali się, co “rozlewali” po całej okolicy. Ich płaszcze skrzypiały złowieszczo, kiedy zwartym, czarnym pierścieniem otoczyli oddział Camrona. Lord wpatrywał się w oblicze harrara, który – nie miał co do tego wątpliwości – przybył, żeby go zabić. Spodziewał się, że ujrzy w oczach napastnika wiele rzeczy, ale nie inteligencję. A jednak tam była: zimna, wyrachowana inteligencja.

Wstrząsnął nim dreszcz. Więc jednak harrarzy różnili się czymś od zwierząt.

Udało mu się właśnie zmusić ciało do spokoju, kiedy harrarzy natarli na oddział. Błysnęły zarówno noże, jak i obnażone, wilgotne zębiska, a cała wataha parła do przodu niczym jeden, niezniszczalny monolit.

Camron zaczerpnął głęboko powietrza. Zatoczywszy mieczem półokrąg, wystąpił naprzód, by spotkać się z potworami, które zabiły jego ojca.

Ostrze pomknęło na spotkanie noża pierwszego z harrarów. Zazgrzytał metal. Kawałek zwierzęcego tłuszczu, uczepiony przy rękojeści noża napastnika, został przecięty na dwoje. Zanim szlachcic zdążył wycofać miecz i zadać kolejny cios, nóż harrara znów pędził w dół. Instynktownie wzniósł przedramię, żeby osłonić twarz. Ostrze potwora trafiło na stalową rękawicę, przeszywając żelazo z cichym sykiem. Żabkowana stal przeorała ciało Camrona. Czubek noża zatrzymał się na kości nadgarstka. Zaciskając zęby, lord zapanował nad bólem.

W ciągu połowy sekundy, której harrar potrzebował, by wyszarpnąć broń zakleszczoną w rękawicy, Camron ciął mieczem w miękki bok stwora. Oczy harrara rozszerzyły się raptownie, a szczęka rozwarła, ukazując pożółkłe, spiczaste kły. Z jego ust wionęło zepsute powietrze, gdy wydał jedno potężne westchnienie. Odbił się od ziemi i całym ciałem runął na Camrona.

Krew spryskała ręce i policzki lorda. Nóż harrara zachowywał się jak maszyna: ciął z góry w dół, ciągle w tej samej linii. Camron poczuł, że włosy jeżą mu się na karku, a skóra ciąży niczym ciężki płaszcz. Był tak blisko napastnika, że oddychał tym samym co on powietrzem, widział szare zabarwienie jego skóry i czuł straszliwe, nienaturalne ciepło promieniujące z obmierzłego ciała.

Harrar nie zamierzał rezygnować, póki tliła się w nim iskierka życia.

Camron użył miecza jako tarczy, zasłaniając nim w poprzek pierś. Zewsząd rozlegały się pomruki i spazmatyczne oddechy jego ludzi. Ciemne sylwetki napierały na oddział, wciąż posuwając się naprzód, nie ustępując ani o krok. W dali majaczyły coraz to nowe postaci. Z szumem płaszczy, wymachując bronią i błyskając czarno-żółtymi oczami szerszeni, zsuwali się ze zboczy doliny, kierując w stronę skałek. Ich szeregi zdawały się nie mieć końca.

Przez chwilę Camron zastanawiał się, jaki los spotkał trzy tuziny żołnierzy, którzy pozostali po drugiej stronie skał. Nie spodobał mu się obraz, jaki podsunęła mu wyobraźnia, toteż szybko otrząsnął się z tych myśli i zajął walką.

Drugi z harrarów przyskoczył, żeby wesprzeć swego towarzysza. Zasłoniwszy zraniony bok pierwszego z nich, chlastał w uzbrojoną rękę Camrona, w jego klatkę piersiową i uda. Z gardzieli napastnika wydobył się głęboki pomruk, a wykrzywiona paszcza zwierała się i rozwierała, jakby przeżuwała niewidzialne kości.

Camron musiał się cofnąć. Wykonując krótkie, szybkie zamachy mieczem, zdołał ustawić się bokiem do obydwu harrarów, stanowiąc dzięki temu trudniejszy cel. Jedno oko zaszło mu krwią, ale nie wiedział czyją. Lewy nadgarstek piekl go, jakby został oblany wrzątkiem. Krew tryskała z dziury w rękawicy, spływając po ramieniu i kapiąc na kamienie.

Słońce przebiło się przez gałęzie drzew. Czuł coraz mocniejsze ciepło na ramionach i karku. Wiatr niósł zapach spalonej trawy. Trawy i czegoś jeszcze. Również o tym wolał nie myśleć, więc całą uwagę ponownie skupił na bitwie.

Długie, wąskie noże harrarów nie mogły równać się pod względem ciężaru i rozmiarów z szerokimi klingami rycerzy, lecz okazało się, że to nic nie zmienia. Harrarzy byli szybcy – Camron nie widział wżyciu szybszych wojowników – a skórzane okrycia pozwalały im wykonywać nagłe zwroty i uniki. Cięli ze śmiertelną, nieprzerwaną precyzją. Pragnęli utoczyć krwi i nic, absolutnie nic nie mogło im w tym przeszkodzić.

Z lewej strony, jeden z żołnierzy osunął się na ziemię. Ostrze harrara przekłuło mu napierśnik tuż nad sercem i rycerz runął twarzą do ziemi – pierwsza wyrwa w utworzonym przez nich kręgu. Wykonując kilka obronnych zasłon, Camron obserwował, jak pół tuzina harrarów rzuca się na rannego rycerza. Ślina ciekła im po brodach długimi, lepkimi strugami. Smukłe sztylety połyskiwały w słońcu, pogrążając się w ciele leżącego. Człowiek ten mógł jedynie podniesioną ręką chronić swą twarz, ale noże bez litości zagłębiały się w odsłoniętym ciele przedramienia, szyi i gardła.

– Wstawaj – syknął Camron przez zaciśnięte zęby. – Wstawaj!

Rycerz nie odpowiedział.

Dowódca jak przez mgłę usłyszał słowa Ravisa: “Widziałem zbyt wielu rycerzy umierających w pełnych zbrojach, którzy po stoczeniu się z siodła nie potrafili stanąć na nogi...”

Fala wściekłości zalała Camrona, który w tejże chwili zadał straszliwy cios mieczem. Stal dosięgła rannego harrara prosto w przebity bok, gładko przecinając mięśnie i nerki. Zanim stworzenie zdążyło zareagować, lord przełożył dłoń na pokrytym skórą jelcu, tak że brzeszczot skierował się w jego stronę, i gałką rękojeści rąbnął bezpośrednio w pysk drugiego z napastników. Pękła kość, posypały się zęby, a z nozdrzy buchnęła krew. Kiedy wróg zatoczył się, Camron skupił uwagę na rannym rycerzu. Wywinąwszy mieczem młynka, zacisnął dłoń na jelcu w konwencjonalny sposób i z rozpędu chlasnął w gardło harrara. Gdy poczuł, że ostrze wniknęło w ciało, wyszarpnął broń i żwawo ruszył w stronę leżącego żołnierza.

Na wszystkich bogów – pomoże mu wstać!

Krew zalewała mu oczy, pot parował pod blaszanym przykryciem, mięśnie ręki władającej bronią bolały nieznośnie. Wiedział, że szala bitwy przechyla się na korzyść nieprzyjaciół. Ludzie zaczynali słabnąć. Nie warczeli już, nie zadawali tak gwałtownych ciosów, nie parowali z taką determinacją. Oddychali szybko i nierówno, trzymając miecze blisko piersi. Z czerwonych twarzy spływał pot. Wolno, krok po kroku, zacieśniali krąg wokół zwłok Rhifa z Hanisteru.

Wyrąbując sobie ścieżkę do powalonego żołnierza, Camron zerknął na ciemne, zawodzące sylwetki harrarów. Błyszczące zęby, wypięte piersi – oni się dopiero rozgrzewali.

Wycinając w powietrzu przeróżne figury, zbliżył się do sfory, która opadła ciało bezbronnego rycerza. Rzemyki wiążące zbroję zostały poprzecinane i harrarzy zajęci byli zdzieraniem napierśnika. Skórzane naramienniki oraz osłaniające uda fragmenty zbroi pokrojone były na pasy. Harrarzy targali pazurami resztki zbroi, szarpiąc dziko za wywatowaną koszulę, aby dostać się do ciała.

Krew tryskała strumieniami. Hełm rycerza odrzucono na bok, a dwóch harrarów dźgało sztyletami w głowę, uszy i gardło. Ręka rycerza wciąż wznosiła się do góry, chroniąc to, co pozostało z twarzy. Sama stanowiła tylko krwawą masę, gdyż dawno już zdarto mu rękawicę.

Camron runął na sforę. Widział ich poprzez czerwoną mgłę krwi i wściekłości. Tak leżeć mógł którykolwiek z mieszkańców wioski – bezbronny, niezdolny stawić czoło dzikiej furii harrarów. Którykolwiek – nawet jego ojciec tamtej nocy na zamku Bell.

Nie martwiąc się dłużej o całość własnej skóry, chlastał we wszystko, co wyszło mu naprzeciw. Miecz wznosił się i opadał, rąbiąc w ramiona, łopatki, czaszki i mostki. Harrarzy byli potworami. Potworami!

Jeżeli nawet dosięgły go jakieś ciosy, żadnego nie poczuł. Jeśli harrarzy wrzeszczeli ostrzegawczo lub wołali o pomoc, nie słyszał ich krzyków. Liczyło się wyłącznie dotarcie do leżącego człowieka i wydobycie go z czarnych, koszmarnych szponów. Miecz był mu aniołem: błyszczał srebrzyście w promieniach słońca, tworząc wokół piersi stalową, ochronną tarczę. Wycinał sobie nim drogę wśród ostrych jak brzytwy zębów i kąsającej stali sztyletów, brnął wśród kałuż krwi i kawałków wnętrzności w stronę rannego żołnierza. Powstrzymując szturm rozwścieczonych harrarów, wyciągnął lewą dłoń.

– Chodź – powiedział. – Schowaj się za mną. Będę cię osłaniał, dopóki starczy mi sił.

Rycerz uczepił się wyciągniętej ręki; jego skóra była gorąca i lepka od potu. Nigdy dotąd pojedyncze dotknięcie tak wiele dla Camrona nie znaczyło i nie sprawiło mu takiej przyjemności. Jednym potężnym szarpnięciem poderwał na nogi mężczyznę, który – zanim zdążył się wyprostować – został zasłonięty ciałem lorda, jedyną tarczą chroniącą go przed uderzeniami noży.

– Wejdź do kręgu – mruknął Camron. Piekły go oczy, a płuca zdawały się rozpalone do czerwoności.

Rycerz stał nieruchomo.

Zdziwiony Camron zerknął przez ramię na swoich żołnierzy. Jakby ktoś uderzył go w brzuch ołowianą pięścią. Para wewnątrz zbroi zamieniła się w lód.

Nie było żadnego kręgu. Oddział nie istniał. Zewsząd napływały ciemne sylwetki harrarów: ogarniętych zapałem, wiwatujących. Przeraźliwy wrzask wzbił się hen, pod niebo. A potem sfora ruszyła, żeby zabić.

Pędzel był już tylko zbędnym obciążeniem dłoni. Skończył się srebrny atrament. Nawet jedna kropelka nie została na włosiu, w muszli ani w glazurowanym garnuszku, w którym Emith mieszał pigmenty.

Wstęga bólu oplotła jej czoło. Czuła, jak metalowe płyty naciskają na skronie, ale czy na jej skronie?

Była tam. Widziała Camrona wśród skał. Rozróżniała zapach jego potu, smakowała krew wypływającą z ust i czuła ucisk na skroniach. Żołądek skręcał jej się w takt skrętów jego żołądka. Otaczał ją zewsząd omdlewający odór harrarów, przypominający zapach mokrej, zwierzęcej sierści; z drugiej strony nic podobnego nie czuła. Dłonie, dotąd takie pewne, posłuszne w ciągu tych wszystkich – zdawałoby się – godzin malowania i koncentracji, po raz pierwszy zatrzęsły się nad kartą. Ogarnęło ją śmiertelne zmęczenie.

A może nie była w ogóle wyczerpana? Może odczuwała jedynie zmęczenie Camrona?

Świadomie przeniosła się na plac boju. Przybyła do doliny, której nigdy nie widziała na oczy, znajdującej się w gąszczu spękanych skał. Jak po sznurku podążała za szczękiem żelaza i smrodem harrarów. Śledziła ich ścieżki na papierze welinowym, łączyła ślady stóp falistymi smugami atramentu, zaplatając pokryte ornamentem geometrycznym płytki, którymi wykładała sobie chodnik.

Namalowała nawet samych harrarów. Atrament z węgla i kwasu galusowego, lekko przyciemniony siarką i rozrzedzony zastałym moczem stanowił doskonałe tworzywo. Czarny tusz mienił się miejscami żółtawą poświatą, tam gdzie padł blask łojowej świeczki. Opary gryzły w oczy. Choć wiedziała, że harrarzy to ludzie, przydała im parę nóg, zaopatrzyła w ryje, szpony i grube, umięśnione ogony.

– Czworonogi – rzekł wówczas Emith, a w jego głosie dźwięczało dziwne napięcie.

Sam wzór nie był miły dla oka. Kartę wypełnił cmentarz ponurych barw: szarości, czerni, ciemnych czerwieni i zimnych, nieludzkich błękitów, a wszystkie one przypominały nie kolory, a raczej ich cienie oglądane o zmroku. Patrząc na nie, poczuła suchość w gardle. Dokąd to ściągnął ją Deveric? Jakim cudem Tessa McCamfrey znalazła się przy stole i kreśliła te monstrualne wzory?

Ogarnęła ją nagła tęsknota za domem.

Przesunęła z westchnieniem palec wzdłuż krawędzi karty. Oddychanie sprawiało jej niemal ból. W jaki sposób wróci do domu? Nawet jeśli pierścień okaże się pomocny, czy może zostawić Camrona samego wśród skał, otoczonego zgrają harrarów, zasłaniającego ciało człowieka, którego uratował?

Obracała pędzel w dłoni. Namalowała wzór w poszukiwaniu odpowiedzi, tymczasem narodziły się nowe pytania. Wiedziała, jak się tu dostała; wiedziała, że narysowała na papierze ścieżkę dla siebie i że ścieżka ta nie zaprowadziła jej gdzieś daleko, tylko do wewnątrz własnej świadomości. Mimo to nie potrafiła jeszcze na nic wpłynąć. Była jedynie obserwatorką. Nie potrafiła nic zmienić, bo nie wiedziała jak.

Na jej czole pojawiła się kropelka potu i wolno spłynęła w dół policzka do ust. Miała przykry smak. Tessa zadrżała. Wizja Camrona zaczęła się rozmywać. Mogła zachować ją dopóty, dopóki atrament będzie ściekał z pędzla.

– Co mam teraz zrobić, Emicie? – zapylała, nie wiedząc nawet, czy pomocnik skryby orientuje się, co przez ten czas robiła i dokąd zawędrowała. – Jak mogę zmieniać to, co pokazują mi wzory?

Poczuła, że Emith potrząsa głową nad jej lewym ramieniem.

– Nie wiem, panienko. Nie wiem.

Kościany pędzelek pękł z cichym trzaskiem. Drzazga skaleczyła ją w palec.

– Musi być jakiś sposób, to pewne. Pomyśl. Pomyśl!

Emith dotknął jej ramienia.

– Odpocznij, panienko. Odejdź od wzoru, póki...

– Póki co?! – wykrzyknęła. – Póki nic mi nie grozi?

Z każdą upływającą sekundą obraz Camrona na polu bitwy coraz bardziej się zamazywał. Czuła, że porzuca go w potrzebie. Emith zaczął wyjaśniać, co miał na myśli, ale ona przerwała mu w pół słowa:

– Potrzebuję nowego pędzla i więcej pigmentu. Użyję każdego koloru, jaki ci został. – Zorientowała się, że jej słowa brzmią szorstko, po czym dodała: – Emicie, ktoś jest w wielkim niebezpieczeństwie. Nie mogę teraz zostawić iluminacji. Nie mogę.

Emith przełknął ślinę. Nie pochwalał takiego zachowania – wiedziała o tym – niemniej jednak wręczył jej świeży pędzelek. Czuła się podle, gdyż on się tylko o nią troszczył, a ona musiała postawić na swoim. Przez całe życie unikała odpowiedzialności i zaangażowania, ale teraz nadszedł czas, by z tym skończyć. Sytuacja uległa zmianie, a wraz z nią zmieniła się Tessa.

Tym razem nie ucieknie.

– Został mi tylko jeden pigment – rzekł Emith, podsuwając jej muszlę ze złotym atramentem. – Kiedy będziesz pracować, ja rozmieszam drugą porcję.

Skinęła głową. Nie zdziwił jej kolor pigmentu: wszystko na tym świecie brało swój początek i kończyło się na złocie. Umoczywszy końcówkę pędzla, zabrała się do dzieła. Gdy farba zetknęła się ze skórą, nie rozległo się syczenie, jak poprzednio, ale wręcz skwierczenie.

Dłoń Ederiusa zawisła w powietrzu. Ostry ból przeszył jego czoło tuż nad linią brwi, a mgła zasłoniła wzrok. Spod pędzla wypłynął kleks.

– O co chodzi? – syknął Izgard.

Ederius wzdrygnął się, słysząc te słowa. Zapomniał już, że król przy nim stoi.

– To nic takiego, panie – odrzekł pospiesznie, przykładając lewą dłoń do czoła. Większy, bardziej dojmujący ból wolno gojącego się obojczyka zagłuszył rwanie w czole. – Skurcz mięśni, to wszystko.

– Jak wygląda sprawa w Dolinie Popękanych Kamieni? – Oddech Izgarda owiał ucho skryby niczym zimna mgła. Jego palce unosiły się w niewielkiej odległości ponad twarzą Ederiusa, nie dotykając samej skóry, a tylko muskając włoski zarostu. O tak, chciałby dotknąć czegoś więcej – starzec wiedział, jak bardzo król uwielbia dotykać tych, których uważa za swoją własność, lecz nawet on nie śmiał przeszkadzać w pracy skupionemu skrybie. Wciąż jeszcze, choć upłynęło pięćset lat od złotej epoki w dziejach Wyspy Namaszczonych, opowieści i plotki przypisywały wielką moc wyszkolonym tam skrybom.

Powiadano, że umieją zabijać ludzi. Jak również palić.

Ederius uśmiechnął się pod nosem, po raz pierwszy od dwudziestu lat, ale w uśmiechu tym nie było radości. Pogłoski mówiły prawdę. Istniała pewna moc. Nie w atramencie, pergaminie czy wzorach, ale w samym akcie tworzenia: kiedy barwnik wpala się w skórę, nabierając wymaganych okrągłości, kiedy wizja skryby odzwierciedla się we wzorze, kiedy tysiąc lat tradycji płodzi nowe dzieło, kiedy wreszcie wołanie dociera aż do nieba, można zawezwać moc. Ci spośród skrybów, którzy posiedli zdolność wyczuwania jej i akceptowania, potrafili skrzesać z niej dowolny oręż, tarczę czy nawet wieżę z kości słoniowej. Mogli zawładnąć życiem, które do nich nie należało.

Ederius nigdy nie pytał, skąd ta moc się bierze. Przestał zadawać sobie trudne pytania w dniu, w którym Izgard zamordował Gamberona na wzgórzach pod Sirabayus. Tylko dlatego udało mu się dożyć starości. Tylko dlatego udało mu się pogodzić z wyborem, jakiego dokonał.

Kolejny spazm przeszył jego skronie. Choć wizję przesłaniały mu rozmaite postaci bólu, spróbował przyjrzeć się stworzonej przez siebie iluminacji. Karta przedstawiała dlań misterny gobelin, pokryty zazębiającymi się, wibrującymi liniami. Coś się jednak nie zgadzało. Konstrukcja wzoru została w pewien sposób naruszona: strukturę tła zmąciło niewyraźne drżenie, jakie wywołuje mucha, kiedy wpadnie do atramentu. Świadomy przenikliwego spojrzenia króla, Ederius starał się ukryć niepokój, jednak bezskutecznie: zimny oddech Izgarda powtórnie owiał szyję skryby.

– O co chodzi, Ederiusie? Mów, w czym rzecz!

Ederius potrząsnął głową.

– Nie wiem, panie. – Oczyścił pędzelek z resztek szarej farby, a następnie sięgnął po najciemniejszy, najczarniejszy pigment na swej palecie: sproszkowaną mieszaninę gagatu i obsydianu związaną bitumenem. Była gęsta, lśniąca i ostra jak brzytwa (zachowały się w niej drobne drzazgi szkliwa wulkanicznego).

– Nie życzę sobie, żeby tym razem coś nawaliło – szepnął Izgard Ederiusowi do ucha. Jego oddech przywodził na myśl jakieś słodkie rzeczy, które kwaśnieją w ciemności. – Zbyt długo obmyślałem tę pułapkę. Miasto zostało zdobyte tylko z jednej przyczyny, by zwabić Camrona z Thornu i jego najemnika, i zgnieść ich oddziały. Chcę ich śmierci. Pamiętaj, tym razem chcę śmierci ich obu! Thorn otrzymał ostrzeżenie, lecz postanowił je zlekceważyć. Popełnił błąd, ale i ja popełniłem jeden: powinienem kazać go zabić razem z ojcem. A co się tyczy Ravisa z Burano... – Dłoń Izgarda odskoczyła od twarzy skryby i zanim uderzyła o blat stołu, palce zacisnęły się w pięść. – W piekle przyjmą go z otwartymi rękami.

Głos Izgarda stał się cichy i odległy. Ederius słyszał w nim przede wszystkim nienawiść. Teraz całą uwagę skoncentrował na atramencie, dając się ponieść w dół i do wewnątrz iluminacji. Jego myśli pędziły utartą ścieżką na wschód, wprost do doliny, w której toczyła się bitwa. Izgard nie przestawał mówić, skoro zaś nastrój króla służył celom Ederiusa, skryba nie sprzeciwiał się jego obecności. Coś się nie zgadzało i zamierzał przywrócić porządek, nawet jeśli oznaczać to będzie zniszczenie źródła zakłóceń. Każdy skryba, który chce zwać się mistrzem, musi opanować po mistrzowsku o wiele więcej umiejętności, niż zwykłe mieszanie pigmentów i wykreślanie linii.

W żyłach Camrona krew pulsowała szaleńczym rytmem, a klatka piersiowa zdawała się rozsadzać okrywający serce blaszany napierśnik. Pot ściekał mu z szyi i małymi strumyczkami spływał z sykiem po plecach, gdzie zamieniał się w parę. Rany nóg, boków, ramion i szyi piekły żywym ogniem. Każdy oddech parzył płuca. Zakrzepła krew, niczym klej, przytwierdziła mu prawicę do rękojeści miecza, a wszystkie zadane ciosy lądowały bezbłędnie u celu.

Broc z Lomis, rycerz oswobodzony przezeń ze szponów harrarów, stał za jego plecami. Człowiek ten nie tylko skrzesał w sobie dość siły, by utrzymać się na nogach, ale również jakimś cudem zdołał unieść miecz. Prawe ramię rycerza do niczego się już nie nadawało, lecz lewe utrzymywało napastników na dystans.

Dla Camrona pociechą była świadomość, że za plecami ma zaufanego żołnierza (ocierał się zbroją o jego pokiereszowane naramienniki). Nie walczył w pojedynkę.

Promienie porannego słońca, które najwidoczniej stało po jego stronie, padały bezpośrednio na twarze harrarów. Camron wyraźnie dostrzegał złociste włókienka w źrenicach i strumienie śliny ściekającej z zębów. Paszcze w czasie walki kłapały obłąkańczo: podniebienia mełły, wargi fruwały, jęzory strzelały w ustach, które zdawały się pękać w szwach pod naporem nadmiernie rozrośniętych zębów i dziąseł.

Miecz Camrona pracował wytrwale – nie mógł pozwolić sobie na odpoczynek. Tylko jego niezmordowane ostrze powstrzymywało dzicz, która w przeciwnym razie już dawno rozerwałaby lorda na sztuki. Broc i on stali na niewielkiej, skalistej wyniosłości. Pochodnie zdążyły się wypalić, a dym rozwiać w powietrzu, teraz zanieczyszczanym jedynie bijącym od harrarów fetorem.

Pozostali rycerze zniknęli bez śladu. Nie przestając rąbać mieczem, Camron starał się wypatrzyć ich sylwetki w tłumie nacierających, mrocznych stworzeń. Choć żadnej nie zauważył, nie tracił nadziei. Być może jakimś zrządzeniem losu udało im się wymknąć?

Nie wiedział, czy to za sprawą oślepiającego światła, czy też czegoś innego, entuzjazm harrarów raptownie osłabł. Zaczęli większym respektem darzyć ostrze niszczycielskiego miecza: uskakiwali przez ciosami na dalszą odległość i wahali się przed kolejnym doskokiem. Nawet rysy ich twarzy zdawały się zmieniać. Złocista poświata w oczach wyraźnie przygasła, wargi nagle obwisły. Zaczęli coraz bardziej przypominać ludzi.

Wtem zerwał się zachodni wiatr i Camron po raz pierwszy od świtu wciągnął w płuca świeże powietrze. Spojrzał ostrożnie przez ramię, gdzie stał Broc z Lomis. Broc się nie uśmiechał – sytuacja wciąż była groźna – lecz w jego piwnych oczach nie błyszczał już strach. Obaj czuli to samo: harrarzy zaczynali słabnąć.

Chwyciwszy miecz oburącz, Camron wzniósł wysoko ostrze, ignorując przeszywający ból napiętych mięśni ramion i klatki piersiowej. Choć wiedział, że nadzieja w obecnych okolicznościach jest luksusem, na który nie może sobie pozwolić, podsycał ją uparcie. Być może z woli Boga wymkną się cało z potrzasku?

Tessa malowała z szaloną wprost furią. Nie miała pojęcia, co i jak robi, wiedziała tylko, że za wszelką cenę musi wlewać na papier atrament. Wszystko od tego zależało.

Wydawało jej się, że jakaś rozjuszona bestia ostrymi szponami rozrywa mięśnie jej ramion. Bolała ją głowa. Lewa ręka ścierpła od długiego podpierania podbródka. Z tyłu Emith mieszał pigmenty, o których wiedziała, że nie zostaną przez nią użyte. Nieopodal staruszka kiwała się na krześle.

Czas przestał odgrywać jakąkolwiek rolę. Nie umiała powiedzieć, czy od chwili pierwszego zanurzenia pędzelka w muszli ze złotym atramentem upłynęło dziesięć sekund, czy też dziesięć godzin. Ze światemłączyła ją tylko powstająca iluminacja. Nie tak wyobrażała sobie wcześniej rysowanie wzorów – nigdy nie przypuszczała, że kiedyś mogą ożyć. Na miniaturze błądziły grube, kolorowe wstęgi, które zeszły z wyznaczonego kursu. Między spiralami i wśród plecionkowych ornamentów pełzały stwory o cienkich odnóżach i kończynach z kilkoma stawami, oplątując jęzorami i ogonami meandryczne bordiury, tak jak winorośle spowija drzewo. Tessa czuła, jakby płynęła w ciemnościach. Nie wiedziała, dokąd zmierza i co ją spotka. Sama była sobie przewodnikiem. Robiła tylko to, co uważała za stosowne. Złocisty atrament stanowił słuszny wybór – co do tego nie miała wątpliwości. Wytyczając złociste linie, biegnące na wskroś sylwetek harrarów, obejmujące ich pętlami, wiedziała z całą pewnością, że wpływa na losy bitwy toczącej się wśród popękanych skał. Swędziała ją skóra opuszków palców, co wzięła za dobrą monetę.

Polegała głównie na sile woli, która napędzała pędzel, wykreślała krzywizny i utrzymywała porządek pośród meandrów i plecionek.

Chciała pomóc Camronowi z Thornu. Musiała. Deveric sprowadził ją tu w jakimś określonym celu i w trakcie jak ślady pędzla nakładały się na siebie w coraz to bardziej złożonych warstwach, a kształty wynurzały się z atramentu niby przedmioty z mgły, zaczynała rozumieć, że przeniósł ją w ten świat właśnie po to, by przeciwstawiła się harrarom.

Te stworzenia były czymś wynaturzonym – aberracją. Wyczuwała ich zwyrodnienie: piekło ją w żołądku jak kwas. Kiedy ujrzała wizję skłębionej, zajadłej watahy, ciarki przeszły jej po ciele. Z wysokości przypominali tłoczące się nad padliną karaluchy. Oczy i zęby migotały wśród ciemności ich płaszczów.

Kiedy tak patrzyła, wykonując pędzlem taneczne ruchy, jeden z nich spojrzał w jej kierunku.

W pierwszej chwili był jednym z wielu harrarów w gromadzie; potrząsał głową wraz z innymi. Raptem znieruchomiał i przez chwilę stał jak skamieniały, potem zaś wolnym, płynnym ruchem odwrócił swą wydłużoną paszczę w jej stronę. Pałające siarką oczy próbowały przebić się przez cienie i smugi światła, aż wreszcie ich spojrzenie spoczęło na twarzy Tessy. Harrar bez zmrużenia powieki łypał na nią wzrokiem drapieżnika. Po pewnym czasie jego wargi rozchyliły się w szyderczym uśmiechu, a szczęki wystrzeliły jak z procy.

Tessa rzuciła się do tyłu. Nogi krzesła, na którym siedziała, zazgrzytały na kamiennej posadzce. Pędzel podskoczył w dłoni i powędrował w niezamierzonym kierunku.

– Tesso! Tesso! Dobrze się czujesz? – zawołał Emith, po raz pierwszy od chwili ich spotkania zwracając się do niej po imieniu. – Przestań malować. Zostaw w spokoju tę iluminację!

Serce Tessy biło jak szalone. Czuła zimno i gorąco zarazem.

– Nic mi nie jest, Emicie – odpowiedziała, próbując z całych sił zapanować nad głosem. – Nic się nie stało. Po prostu... – Zabrakło jej słów. – Nic.

– Sądzę, że powinnaś natychmiast przestać, panienko. Natychmiast.

– Nie mogę, Emicie. – Chciała powiedzieć coś więcej, wytłumaczyć, że nie może teraz zostawić Camrona na pastwę morderczych harrarów, że bez względu na wszystko musi podjąć rozpoczęte dzieło, jednakże instynkt podpowiadał, że w tych warunkach lepiej niczego nie mówić. Cokolwiek by powiedziała, uznano by to za stek bzdur.

Zaciskając palce na trzonku pędzla, po raz kolejny sięgnęła do muszli z atramentem. Starła się opanować i skupić: czy to możliwe, żeby istota, którą ujrzała po drugiej stronie iluminacji, potrafiła ją skrzywdzić? Znajdowała się w wielkiej odległości od bitwy, w kuchni należącej do matki Emitha, cała i bezpieczna. Harrarzy nie mogą przecież wyskakiwać z papieru welinowego. To niemożliwe. Wmawiając sobie, że niepotrzebnie wpadła w panikę, zaczęła malować. Spod rozdygotanej dłoni krzywizna nie wyszła tak smukła, jak by sobie tego życzyła, niemniej jednak wystarczyło to, żeby przenieść ją na pole bitwy.

Powitały Tessę ryki i odgłosy żelaza szczękającego o żelazo. Odór zwierzęcych nieczystości niemal zatykał nozdrza. “Nie ma się czego bać” – powtarzała w myślach, zabierając się do zamalowywania ciemnych, poskręcanych sylwetek harrarów.

Złocisty atrament ślizgał się po czerni. Kolory krwawiły. Pigment dymił. Ręka Tessy nie zamierzała się uspokoić, a sobolowe włosie zaczęło wypadać spod nasadki pędzla i czepiać się cielęcej skóry niczym drzazgi. Myślała o harrarach, wyobrażała sobie ich paniczną ucieczkę, szaleństwo, śmierć. Nie wiedząc, co dalej począć, opasywała ich złocistymi rzemieniami, zakuwała w kajdany węzełków.

To działało. Czuła, że ustępują.

Chcąc posunąć się jeszcze dalej, przekreśliła szereg harrarów pojedynczą kreską. Gdy złocisty atrament wsiąkał w pergamin, poczuła jakąś nie znaną sobie woń: woń obcego pigmentu.

Zanim zdążyła pomyśleć, że ów pigment nie wyszedł spod ręki Emitha, błyskawica bólu przeszyła jej skronie. Cała wizja rozmyła się i oddaliła. W ciemności zabłysły oczy rozjarzone złotą poświatą: dostrzegły ją, rozpoznały i starały się pożreć. Druga fala bólu omal nie rozsadziła jej głowy. Czuła, jakby wcierano w nią zmielone szkło. Chciała złapać oddech, ale nie mogła. Jej oczy zdawały się płonąć.

Gdy pochyliła się nad stołem, wstrząsnął nią kolejny spazm. Ból oślepiał. Nie widziała niczego, prócz złotych oczu. Wbiła pędzel w pergamin, ale nie mogła go puścić; choć miała wrażenie, iż gorące powietrze przypala jej dłoń.

Ból nie pozwalał oddychać, myśleć, ani działać. Łzy płynęły ciurkiem po policzkach. Szpony darły skórę na skroniach.

Nie mogła tego znieść.

Powietrze ugrzęzło w płucach. Otworzyła się studnia ciemności: chłodna i niezgłębiona.

Coś szarpnęło ją za rękę i rozwarło palce dłoni. Straszny, rozdzierający ból przeszył całe ciało, gdy wypuściła pędzel. Czyjeś ręce podniosły ją z krzesła. Łkanie, histeryczne łkanie...

Zachowanie harrarów uległo metamorfozie, a stało się to w ułamku sekundy. Przez chwilę niezgrabni, ostrożni i upodobnieni do zwykłych ludzi, w okamgnieniu przeistoczyli się w sforę wściekłych psów. Ujadając, szarpiąc pazurami i miotając się szaleńczo, napierali niczym czarna, niezmordowana fala.

Camron zachłysnął się i poczuł w żołądku nieprzyjemne ssanie. Harrarów było zbyt wielu. Bardzo szybko nadciągały nowe ich zastępy. Dzierżąca miecz ręka omdlewała z wysiłku. Wiedział, że rusza się wolniej, a czubek miecza – zataczając obronne kręgi wokół klatki piersiowej – unosi się na coraz to niższej. Nie miał pojęcia, jak długo wytrzyma to tempo.

Tuż za nim, Broc z Lomis głośno łapał oddech. Krew i plwociny nabrzmiały w jego gardle. Nie wypuścił jak dotąd miecza, który jednak szybował z coraz mniejszym wigorem przy podbrzuszu żołnierza. Niewiele potrzeba czasu, aby opadł luźno i już się nie podniósł. Rycerz stracił zbyt dużo krwi. Skała, na której stał, pokryła się czerwienią.

– Stań bliżej mnie! – krzyknął Camron, sięgając za plecy lewa ręką, by dotknąć młodego, ciemnowłosego żołnierza. – Oprzyj się o mnie plecami, to będę bronił naszych boków.

Minęła krótka chwila, po której ramiona Broca stuknęły o zbroję swego pana. Camron westchnął z ulgą. Nie było to coś wielkiego, ale tylko na to mógł się w tych warunkach zdobyć. Teraz Broc martwił się jedynie o harrarów stojących bezpośrednio przed nim. Camron chciał zająć się tymi, którzy nacierali z flanków. Oznaczało to szersze, potężniejsze zamachy miecza oraz większe napięcie i tak już rozdartych na strzępy mięsni, lecz nie było wyboru. Nie mogli ustąpić z pola.

Pomimo płonącego gardła, Camron zmusił się do długich, głębokich oddechów. Może i przyjechał tu na swą zgubę, chcąc walczyć z zabójcami ojca, dopóki ci nie potną go nożami na kawałki, wysyłając jego duszę krętymi schodami do nieba lub strącając ją do piekielnych czeluści, lecz z biegiem czasu uświadomił sobie, że wcale nie chce umierać. Nie tutaj i nie teraz. Chciał żyć.

Śmierć nie uratuje już ojca. Nie zmieni przebiegu wydarzeń, które zaszły tamtej nocy na zamku Bess. Nic nigdy już ich nie zmieni: ani ta walka, ani tysiąc jej podobnych, a już z pewnością nie jego śmierć. Gdy umrze, razem z nim przepadnie miasto Thorn i jego mieszkańcy, a także rodzina, która nosiła takie samo nazwisko. Zniknie wszystko, co kiedykolwiek znał i pokocha) jego ojciec.

Przypatrując się mokrym i kłapiącym paszczom harrarów, starał się zapanować nad strachem i odpędzić myśli o śmierci. Teraz liczyła się wyłącznie walka.

Za nim rozległ się słaby okrzyk. Zabrzęczało żelazo. Parując trzy noże harrarów i przygotowując się na spotkanie następnych, nie zdołał się odwrócić. Rozbrzmiał kolejny okrzyk, potem dał się słyszeć krótki, spazmatyczny oddech i ciało Broca oparło się bezwładnie o jego plecy. Wysunął nieco stopę, żeby się nie zachwiać, przysunął miecz do piersi i popatrzył na rycerza. Wyciągnął lewą rękę. Ostrza harrarów dźgały w rozerwaną rękawicę. Coś ostrego przekłuło jego nie osłonięty prawy bok.

Broc upadł na kolana. Jego miecz przepadł. Harrarzy sięgali szponami do nóg, stóp i ramion żołnierza. Broc zobaczył wyciągniętą rękę Camrona, ale nie miał dość siły, żeby do niej sięgnąć. Mięśnie napięły się na jego przedramieniu, lecz ręka ani drgnęła.

Camron poczuł, jak stalowe ostrze trafia go w głowę. W sekundę później kolejne zadrasnęło ucho. Ból napływał falami. Łzy zalewały oczy. Schylił się i ujął dłoń Broca. Zbroja zatrzeszczała w wiązaniach, dźgnięta kilkoma nożami jednocześnie, po czym odpadła nagle od ciała. W ustach zebrała mu się krew. Spojrzał w piwne oczy Broca i ujrzał w nich odbicie swoich. Strach ścisnął go za gardło.

Harrarzy napierali coraz natarczywiej. Wykrzywiając psie paszcze i młócąc niestrudzenie nożami, wypełniali całą przestrzeń niczym wlewana do rowu smoła.

Camron wziął się w garść. Ból przeszył jego ciało w dziesięciu miejscach, kiedy wzniósł miecz wysoko ponad głową. Jeden z harrarów wyrwał się naprzód i zanurkował, by zadać pchnięcie. Camron wyszeptał: “Wybacz”. Czy zwrócił się do Boga, do ojca, a może do Broca z Lomis – sam nie wiedział. Niewykluczone, że do wszystkich trzech naraz.

Żelazo miecza zazgrzytało w starciu z ostrzem wrogiego noża. Nie miał dość siły, by wytrzymać uderzenie harrara: oręż wypadł mu z ręki i, wirując, poleciał ku ziemi. Zanim jednak upadł, pochwyciła go dłoń w czarnej rękawicy. Usta stojącego najbliżej harrara wykrzywiły się ironicznie, a miecz przybrał pozycję do zadania ciosu w żebra.

Bezbronny i bezradny, Camron mógł jedynie skrzyżować ręce na piersi. Przygotowując się na nieuchronne uderzenie, napiął mięśnie prawej nogi: gdy poleci na dół, będzie jeszcze kopał.

Wtem coś zaszumiało cicho. Tak cicho, że sądził, iż zmysły zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa.

Złociste oczy harrara rozszerzyły się nagle. Stwór wydał z sykiem ostatnie tchnienie i opadł na pierś Camrona. Między łopatkami utkwiła strzała: pióra u jej nasady nie przestały jeszcze trzepotać.

Kiedy szlachcic cofnął się o krok, coś z cichym szelestem przemknęło mu koło ucha. Potem jeszcze raz i jeszcze raz, i zanim jego stopa spoczęła niepewnie na kamieniu, niebo pociemniało od gradu strzał. Drewniane brzechwy ocierały mu się niemal o policzki i ramiona. Pióra muskały skronie. Stalowe groty dziurawiły harrarów, przecinając mięśnie i ścięgna, rozszczepiając kości. Padali jak ścięci z wybałuszonymi oczami, zaciskając palce na dębowych i jesionowych trzonach strzał. Sfora zaczęła się rozpraszać. Niektórzy biegli jak zające, inni pochylali głowy lub czołgali się w stronę głazów.

Camron nawet nie drgnął. Stał wyprostowany, pozwalając rozpalonemu ciału ostygnąć w powiewach przelatujących strzał. Broc wyciągnął się na skale. Twarz miał ciemną od krwi, lecz nadal oddychał. Lord odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy się o tym przekonał.

Strzały wciąż nadlatywały – odnajdując swój cel równie pewnie, co marnotrawni synowie dom – kładąc harrarów pokotem. Gdy padali u stóp Camrona, rysy ich twarzy ściągały się, a wydawane okrzyki nabierały bardziej ludzkiego zabarwienia. Po upływie zaledwie kilku sekund zostali rozbici: rozpierzchli się, pochowali między skałami, leżeli ranni lub martwi (albo tylko udawali zabitych). Camron nie dbał o to. Osłabł tak bardzo, że bał się, iż lada chwila osunie się na ziemię.

Grad strzał nieco osłabł. Ktoś wykrzyknął rozkaz. Szczęknęła uprząż. Camron, uniósłszy głowę, zobaczył pojedynczego jeźdźca, który wychynął spoza skał. Za nim podążał luzak. Jeździec chował właśnie łuk do przytroczonego u siodła futerału. Ravis z Burano uniósł twarz z uśmiechem, po czym kiwnął głową na powitanie.

– Wybaczcie, panowie – zawołał – że się trochę spóźniłem.

Skinął dłonią i oto pierścień łuczników wyszedł na światło dzienne. Podobnie jak wcześniej harrarzy, wyszli oni zza drzew i kamieni. Nieśli napięte łuki, większe od nich samych. Było ich około dziesięciu; zajęli pozycje i czekali w pogotowiu ze strzałami nałożonymi na cięciwy.

Kiedy Ravis podjechał bliżej, Camron zauważył, że nie jest on tak opanowany i schludnie ubrany, jak wyglądał z daleka. Rękawy i rękawice miał czerwone od krwi. Pot spływał mu z czoła, oddychał płytko i nierówno. Nie marnował czasu. Dobył miecza i ostrożnie powiódł luzaka wśród powalonych harrarów. Gdy tylko dotarł do skałki, na której stał Camron, zsiadł z konia, podszedł do leżącego Broca, podniósł go iposadził w siodle zapasowego wierzchowca. Kiedy się z tym uporał, zwrócił twarz do szlachcica.

Strzały przeszyły powietrze, kładąc trupem dwóch harrarów, którzy właśnie w tej chwili postanowili się ruszyć.

Ravis spojrzał Camronowi głęboko w oczy.

– Dojechałbym wcześniej, ale miałem zajęcie po drugiej stronie skał. – Mówił to z lekko szyderczym tonem, jednak jego oczy wyrażały coś innego. Były ciemne, błyszczące, przepełnione boleścią. Kiedy pomagał Camronowi wspiąć się na konia, lord ujrzał miejsce, gdzie ostrze noża wniknęło między żebra najemnika.

Nic nie powiedział, tylko zamknął oczy, wsparł głowę na ramieniu Ravisa i czekał, kiedy wreszcie wyjedzie z tej doliny.

1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   38

Powiązany:

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconKoło Łowieckie,,Wieniec'' w świeradowie Zdroju

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconI wieniec laurowy- zwycięstwo, oliwki- 2 wojny światowe

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconPublished by Amarinda Jones at Smashwords

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconAnoreksja abraham suzanne, llewellyn- jones derek

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconLiability for Psychiatric Illness More Principle, Less Subtlety? Michael A. Jones

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconBulimia ksiąŻki abraham suzanne, llewellyn- jones derek

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconJames Jones stąd do wieczności (Przełożył z angielskiego bronisław zieliński)

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconDorota Terakowska Poczwarka
«down» kojarzy mu się wyłącznie ze spadkiem notowań na giełdzie? «Down» I «up» lub «Dow Jones»?”

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconA new doctor-a young woman-came to a small town. Only one member of the community wasn’t impressed with her. Old Jim Jones was the town grouch, and he was

Jones J. V. Kolczasty wieniec the Barbetl Coil iconTitle: The Making Of a Legend other titles: Augmented title: Photographs of M. Monroe by A. De Dienes personal author: Jones,-Malcolm journal name: Newsweek

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom