Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci




Pobierz 2.14 Mb.
NazwaMirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci
strona2/11
Data konwersji04.09.2012
Rozmiar2.14 Mb.
TypDokumentacja
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11
Postawy wobec śmierci


Tak się zaczyna jeden z mini-wykładów Leszka Kołakowskiego:

„Bertrand Russel wspomina, iż jako młody człowiek doszedł do takiego wniosku: ludzie tak okropnie cierpią, że należałoby możliwie największą liczbę ich zabijać, aby zmniejszyć, jak tylko można, masę cierpienia. Jest to, w rzeczy samej, całkiem zgodne z logiką utylitaryzmu: mniej cierpienia, a więc, z definicji, więcej «szczęścia». Inny utylitarysta mógłby odpowiedzieć: nieprawda, bo gdyby bilans «przyjemności» i «przykrości» systematycznie na korzyść tych drugich wypadał, to ludzie sami by się masowo uśmiercali, tymczasem tylko mały odsetek samobójstwo popełnia, skąd widać, że w sumie uważają, iż więcej mają rozkoszy z życia niż z nieżycia” (Mini-wykłady o maxi sprawach, Seria druga, Wydawnictwo Znak, Kraków 2000, s. 103).

Mini-wykład, z którego pochodzi przytoczony fragment, nosi tytuł Udręczenie i jest rozważaniem na temat cierpienia. Kołakowski kwestionuje odpowiedź tego drugiego utylitarysty, „bo przecież nie tylko nikt takich rachub nie przeprowadza, ale ich przeprowadzić niepodobna, miary wspólnej nie ma, powiedzieć zaś, że ludzie intuicyjnie oceniają, że śmierć jest gorsza niż cierpienie żyjącego, gdyż nie odbierają sobie masowo życia, to powtórzyć jałową tautologię utylitarystów: ludzie dążą do przyjemności, a przyjemność to to, do czego ludzie dążą” (s. 103-104).

Zdaniem Kołakowskiego, ludzie nie idą za sugestią Russela, lecz instynktownie „czepiają się” życia. Taka jest osobliwość życia samego, które chce trwać i nie pyta „dlaczego”. Potwierdzałyby to i moje obserwacje.

Ale jak wobec tego wytłumaczyć postawę samobójców, różnych kamikadze, terrorystów, choćby tych, którzy dokonali ataków w dniu 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych?

Moim zdaniem, należy odróżnić dwie zasadnicze postawy wobec śmierci – tych, którzy dostrzegają jakiś jej sens, i tych, którzy tego sensu nie widzą. Do pierwszej grupy wypadałoby zaliczyć wszystkich wierzących w życie pozagrobowe. Wielu z nich może nawet buntować się przeciw śmierci, ale ostatecznie zakładają, że śmierć staje się bramą, przez którą trzeba przejść, żeby się znaleźć w nowej rzeczywistości, jakkolwiek się ją pojmuje. Drugą grupę stanowią ludzie nie uznający życia po śmierci. W każdej z tych grup, czy raczej postaw, można by wyróżnić całą gamę odcieni. Nie podejmuję się ich tutaj wyliczać. Zwrócę tylko uwagę na postawę Sartre’a z tego okresu, gdy wysnuwał wszystkie możliwe konsekwencje z postawy ateizmu. Jeżeli nie ma Boga, to wszystko nie ma sensu. Wszystko jest absurdem. I życie, i śmierć, i wolność. Zdawałoby się, że wolność człowieka jest ogromną wartością. A ona jest przekleństwem, człowiek bowiem nie wie, skąd się wziął i dokąd zdąża. Zupełnie nie ma pojęcia, jaki użytek uczynić z wolności, a co za tym idzie, ze swego życia. Jedynym pewnikiem jest śmierć i na nim Sartre buduje swoją filozofię. Tylko że ona prowadzi do obsesji. W parze z bezsensem idzie obsesja śmierci.

Przypomina się opowiadanie Sartre’a zatytułowane Mur. Jest w nim mowa o człowieku skazanym na śmierć. W celi więziennej przebywa lekarz, Belg, który ma obserwować zachowanie skazańca. Na krótko przed terminem wykonania wyroku okazało się, że zaszła jakaś pomyłka i wobec tego skazany może wyjść z więzienia. Ale on nie potrafi cieszyć się z tego. Stanął już w obliczu śmierci, która wszystko odarła z uroku. Nastąpiło odroczenie śmierci, lecz ona nieuchronnie przyjdzie za ileś dni, miesięcy, lat. I znowu ten człowiek wchodzi w absurd i bezsens. W jakiś zaklęty krąg.

Przekornie chciałoby się powiedzieć, że Sartre mógłby znaleźć patrona dla swoich gorzkich przemyśleń w autorze starotestamentowej księgi. Syrach swoją rozprawę na temat śmierci rozpoczyna następującymi słowami: „O śmierci, jakże przykra jest pamięć o tobie” (Syr 41,1). Próbuje się pocieszyć myślą, że śmierć jest przeznaczeniem wszystkich, jest z woli albo przyzwolenia Pana, a okres dziesięciu, stu czy też tysiąca lat życia nie jest rzeczą istotną, ponieważ i tak wszyscy muszą umrzeć.

Syracha przypomniał mi Raniero Cantalamessa, kapucyn, autor książeczki Siostra śmierć (Wydawnictwo WAM, Księża Jezuici, Kraków 1994). Od razu w pierwszych zdaniach odróżnia on dwa sposoby podejścia do śmierci – mądrościowy, wspólny środowisku biblijnemu, filozoficznemu i religiom pozachrześcijańskim, oraz paschalny, właściwy chrześcijaństwu. Do tego ostatniego sposobu wrócę w jednym z następnych rozdziałów. Tutaj wypada zauważyć, że mądrościową wizję śmierci proponuje nam Stary Testament, głównie właśnie w księgach mądrościowych: Hioba, Psalmów, Koheleta, Syracha i Mądrości.

O Syrachu już wspomniałem. Teraz przypomina się Kohelet, który swoje rozważanie na temat śmierci rozpoczyna słowami: „Jest czas rodzenia i czas umierania” (Koh 3,2), a kończy sentencją: „Powstało wszystko z prochu i wszystko do prochu znów wraca” (Koh 3,20). Pointę rozważania stanowią dobrze znane słowa: „Marność nad marnościami, wszystko marność” (Koh 12,8).

Człowiek umierający przyrównany jest do rozbitej i zgasłej lampy, do rozbitego dzbana, do złamanego kołowrotu, który uniemożliwia wyciągnięcie wiadra ze studni (por. Koh 12,1-8). Mędrzec pyta, dlaczego się rodzimy? Dlaczego umieramy? Dokąd idziemy po śmierci? Znajduje na to jedną odpowiedź: Bóg tak chce. I On „każdą sprawę wezwie na sąd” (Koh 12,13).

Stąd już bardzo blisko do Księgi Mądrości, najmłodszej z ksiąg mądrościowych, w której śmierć jest rozjaśniona przez ideę wynagrodzenia pozaziemskiego. I to właśnie różni starotestamentowe rozważania od filozoficznych i literackich propozycji Sartre’a.

Mniej konsekwentny, ale chyba przez to bardziej ludzki, był inny francuski egzystencjalista, mianowicie Albert Camus. On też widział absurd i bezsens. A jednak jednemu ze swoich bohaterów książkowych włożył w usta słowa: „Kocham życie i w najmniejszym stopniu nie wyobrażam sobie tego, co nie jest życiem”. Te słowa są obecne w mojej pamięci od ponad czterdziestu lat.

Przypominam sobie, w jakich okolicznościach one wstrząsająco do mnie przemówiły. Przyjechałem na ferie bożonarodzeniowe do swoich Rodziców. Robiłem wypisy z książek Camusa, między innymi z powieści Inny. Ponieważ była to czynność mechaniczna, słuchałem jednocześnie muzyki radiowej. Zdążyłem przepisać przytoczone zdanie i usłyszałem wiadomość, że pisarz właśnie zginął w wypadku samochodowym. Długo potem modliłem się za niego. Podobnie jak kiedyś za Marię Dąbrowską, gdy dowiedziałem się o jej śmierci, a nie zdążyłem napisać do niej listu po przeczytaniu Nocy i dni, choć byłem przekonany, że powinienem był to uczynić.

Kolejną postawą, którą pragnę tutaj omówić, to postawa lęku. Od wielu ludzi słyszałem, że boją się śmierci. Ja też się boję, mimo że myślę o niej po chrześcijańsku. Często w swoich modlitewnych przemyśleniach nawiązuję do doświadczenia Chrystusa w Ogrójcu. Bardzo bliskie są mi słowa Pana: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech mnie ominie ten kielich!” (Mt 26,39). Powtarzam je wielokrotnie i od razu dodaję: „Wszakże nie jak ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39). Powtarzam, gdy grozi mi jakieś poważne cierpienie, ale także, gdy pojawia się myśl o śmierci.

Czego się boję? Czego się boją ludzie wierzący i niewierzący? Sądzę, że przede wszystkim tego, co towarzyszy śmierci. Już nie tylko cierpienia, ale także rozkładu. Na myśl o tym wzdraga się nasza wrażliwość. Rozumiem ludzi, którzy proszą o spalenie ich ciała.

Poza tym boję się i zapewne inni boją się tego, czego jeszcze nigdy nie doświadczyli, co jest owiane największą tajemnicą. Idziemy ku nieznanemu. A to wymaga odwagi, ryzyka i przede wszystkim ogromnego zaufania. O potrzebie zaufania mam zamiar napisać w rozdziale Oswajanie przez wiarę i nadzieję.

Tutaj jeszcze o lęku. Na ostatniej stronicy książeczki Cantalamessy, Siostra śmierć, znalazłem wzmiankę o dramacie Bernanosa, Dialogi karmelitanek. W latach studenckich oglądałem tę sztukę na scenie KUL-owskiego teatru. Ale po czterdziestu z górą latach niewiele już pamiętałem. I wobec tego pożyczyłem dramat Bernanosa w tłumaczeniu mojej niegdyś penitentki, pani Marii Wierzbickiej, a także opowiadanie Gertrudy von Le Fort, Ostatnia na szafocie, do którego to opowiadania nawiązał Bernanos. W naszej zakonnej Bibliotece Pisarzy nie znalazłem polskiego tłumaczenia, wobec tego przeczytałem w języku francuskim La dernière à léchafaud.

Dramat ukazuje dwie różne postawy wobec śmierci u tej samej osoby. Siostra Bianka, najmłodsza spośród zakonnic, uciekła z klasztoru wystraszona możliwością śmierci. Przezwyciężyła jednak lęk, weszła na szafot ze śpiewem na ustach i jako ostatnia zginęła pod nożem gilotyny. Stała się świadkiem Chrystusa. Sprawdziły się słowa zapisane w liście św. Pawła: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9).

Prawdę tych słów potwierdziła śmierć wielu męczenników, między innymi Andrzeja Boboli. Można sobie wyobrazić, że do pojmania doszło w takich okolicznościach, na jakie wskazał Jan Dobraczyński w zakończeniu swojej powieści o Andrzeju Boboli, Mocarz. (Mocarz. Opowieść o św. Andrzeju Boboli, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1993, s. 178 i 179).

Andrzej ukrywał się na dworze Przychockiego w Peredyle. W pewnym momencie dano mu znać, że Kozacy są już blisko i poszukują go. Poradzono, żeby wsiadł na mały wózek wymoszczony słomą i uciekł. Najpierw Andrzej zachęcał woźnicę, żeby jak najprędzej jechał. Wydawało mu się, że Kozacy są tuż tuż. Spojrzał za siebie i stwierdził, że rzeczywiście kilku jeźdźców gnało za wozem.

„Wysokie czapy, długie spisy w rękach.

Serce poczęło mu bić jak młotem. Zdawało się, że rozsadzi piersi.

Ocenił wzrokiem przestrzeń dzielącą ich od lasu. Choć tamci gnają co sił w koniach, oni zdążą ukryć się w lesie. Może by i zdążyli, gdyby…

– Zatrzymaj konie, bracie – powiedział łagodnie do woźnicy.

Tamten obejrzał się pełen zdziwienia i przerażenia. Coś mówił, czego Andrzej nie dosłyszał. Wskazał batem na goniących.

– Zatrzymaj konie – powtórzył spokojnie zakonnik.

Tyle było siły w jego słowach, że woźnica nagle osadził rozpędzone kasztany. Zaryły się w piachu. Cisza zajęła miejsce trzasku gnającego całym pędem wozu. Kurz opadł. Posłyszeli za sobą tętent i krzyk.

– Uciekaj sam – powiedział Andrzej.

Woźnica bez słowa rzucił cugle i pobiegł w stronę najbliższych krzaków.

Andrzej siedział spokojnie. Serce biło mu w piersi, ale jednocześnie czuł, jak ogarnia go spokój i radość.”

Poczuł szczególne dotknięcie Miłosierdzia Bożego. I wtedy – po wszystkich lękach i załamaniach ostatnich dni – poczuł się silny.

„Czymże jest ból wobec takiego dotknięcia? Czymże może być najokrutniejsze cierpienie? Chyba tylko – rozkoszą, szczęściem.”

Właśnie takie doznanie może w jakiejś mierze wyjaśnić sekret, dlaczego nie załamał się w chwilach największych tortur, gdy „nawracano” go na wiarę prawosławną.


A więc postawa lęku i postawa pogody, nawet radości, w obliczu śmierci. Mogą one się spotkać w życiu tego samego człowieka. Andrzej Bobola także się bał. A jednak…

Było wielu świętych, pogodnych w chwili śmierci, jak choćby św. Franciszek z Asyżu. Ale niektórzy członkowie zakonu, przez niego powołanego do istnienia, a więc jego synowie duchowi, bardzo się bali w chwili swojej śmierci. Do takich należał św. Leopold Mandić. Mówiono o nim, że lęk przed śmiercią tak mu niekiedy przeszkadzał, tak go paraliżował, że nie mógł odprawiać Mszy świętej za zmarłych.

Co począć z takim lękiem? Najlepiej ofiarować go Jezusowi w Eucharystii i razem z Jezusem – Ojcu. Przecież Chrystus odkupił i przemienia także nasz lęk.

Dlaczego św. Franciszek był taki pogodny także w obliczu śmierci? Dlatego, że w sposób niezwykły oswoił śmierć. Ona stała się jego siostrą. Przypomina się jego Pieśń stworzeń, w której jest i taki fragment: „Bądź pochwalony, Panie mój, przez siostrę naszą śmierć cielesną, przed którą żaden człowiek uciec nie może”. Nie jest tragedią to, że człowiek nie może uciec przed śmiercią. Tragedią jest umieranie w grzechach śmiertelnych. O tym napiszę w innym rozdziale.


Jaka piękna jest postawa wobec śmierci, którą proponuje Charles Peguy. I wobec tych, którzy odeszli. Przytaczam tutaj fragment jego wiersza, w tłumaczeniu Marii Popielowej z Grajowa:


Śmierć to nic: po prostu wyszedłem do drugiego pokoju.

Jestem sobą. I ty jesteś sobą.

Nadal jesteśmy tym, czym byliśmy dla siebie.

Wołaj mnie po imieniu – jak to zawsze czyniłaś.

Mów do mnie zwyczajnie, tym samym tonem, jak zwykle mówiłaś.


Charles Peguy zastosował jakby odwrotność francuskiego przysłowia: Partir, cest mourir un peu (Odchodzić to jakby trochę umierać). W przytoczonym wierszu znajdujemy taki sens: Umierać to na pewien czas rozstawać się. A jeżeli tak, to podczas Mszy świętych pogrzebowych i nad otwartym grobem – obok słów „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie” – można mówić odchodzącemu człowiekowi: „Do widzenia w wieczności”.


Doświadczenie czyjejś śmierci


Można myśleć, mówić, pisać o śmierci – czyjejś albo własnej. O czyjejś mogę pisać w czasie przeszłym, jako o czymś, czego już ktoś doświadczył. O swojej wyłącznie w czasie przyszłym, jako o tajemnicy, która kiedyś ma się stać moim udziałem. Gdy się doświadczy własnej śmierci, już się nie będzie snuć refleksji na jej temat.

Podejmuję więc refleksję o śmierci innych. Wszelkie opowiadania ludzi o ich własnych doświadczeniach w tym względzie, o „życiu po życiu”, nie stanowią argumentu, że oni przeszli przez próg śmierci. Co najwyżej otarli się o nią. Wielu z nich widziało światło u wylotu tunelu, wielu przeżywało prawdziwe przebudzenie życia duchowego, wstrząs w systemie wartości, ale nie należy ich uznawać za ekspertów mogących dać wystarczającą odpowiedź na pytania, jak się przeżywa własną śmierć, czym ona jest naprawdę, jakie będzie nasze przyszłe życie.

Szczególne doświadczenie mogli mieć ludzie wskrzeszeni przez Chrystusa: córka Jaira (Mt 9,18-26), młodzieniec z Nain (Łk 7,11-17), Łazarz (J 11,1-41) albo „uczennica imieniem Tabita, co znaczy Gazela” (Dz 9,36-45), którą wskrzesił Piotr, i chłopiec z Triady przywrócony do życia przez Pawła Apostoła (Dz 20,7-12). Nie zachowały się świadectwa o ich doświadczeniach. Niektórzy pisarze próbowali uzupełnić ten brak. Czytałem przed laty powieść o Łazarzu. W moim wspomnieniu z lektury pozostało tylko tyle, że przyjaciel Jezusa nie był zachwycony z powrotu do dawnego życia. W jakiejś mierze doświadczył już nowego.

Szczególnie zastanawiające jest to, co powiedział Chrystus po interwencji w sprawie córki Jaira, a mianowicie, że dziewczynka „nie umarła, ale śpi” (Mt 9,24). Czy więc ona umarła, jak sądziło otoczenie? Czy wszyscy wspomniani wskrzeszeni tak naprawdę umarli? Do końca?

Naprawdę jednak umarł Chrystus. Jeżeli niekiedy czytamy o Jego wskrzeszeniu, to jest nieścisłość. On zmartwychwstał. Wskrzeszenie jest powrotem do dawnego życia. A Chrystus wszedł w nowy wymiar, w nowe życie, w nowe ciało, dla którego drzwi nie stanowiły przeszkody. Pojawił się wśród apostołów „mimo drzwi zamkniętych” (J 20,19). Jego śmierć była prawdziwa. Należy sądzić, że także śmierć Jego Matki była prawdziwa, mimo że „z duszą i ciałem została wzięta do nieba”, jak to określa dogmat.

Swoje rozważanie o śmierci rozpoczynam więc od śmierci Jezusa, najprawdziwszej śmierci, powtarzanej w Eucharystii, w każdej Mszy świętej. Śmierć Jezusa jest obecna w samym centrum modlitwy liturgicznej Kościoła. Od wieków jest jednak także tematem takich modlitw, jak Gorzkie żale, Różaniec i Droga Krzyżowa.

Gorzkie żale są polskim nabożeństwem, lamentem duszy nad cierpiącym Jezusem i rozmową z Matką Bolesną. Składają się z trzech części. W pierwszej wierni rozważają, „co Pan Jezus wycierpiał od modlitwy w Ogrójcu aż do niesłusznego oskarżenia przed sądem”; w drugiej – ciąg dalszy kaźni, do „okrutnego cierniem ukoronowania”; w trzeciej – „do skonania na krzyżu”.

W Różańcu – obok części radosnej i chwalebnej, a ostatnio także tajemnicy światła – jest część bolesna. Modlący się towarzyszą Jezusowi od Ogrójca, poprzez biczowanie i cierniem ukoronowanie. A potem, jak w modlitwie zwanej Drogą Krzyżową, idą na wzgórze Kalwarii i tam przeżywają śmierć Jezusa. W Drodze Krzyżowej przedłużają niejako swoje czuwanie. Są świadkami zdjęcia Ciała Chrystusowego z krzyża i złożenia w ramionach Matki. Uczestniczą ponadto w pogrzebie.

Przyznam, że ta stacja – złożenie Jezusa w grobie – ma dla mnie szczególne znaczenie ze względu na obecność Nikodema i Józefa z Arymatei. Sądzę, że rehabilituje ich obu w opinii ludzi, którzy gotowi są ich posądzać wręcz o tchórzostwo. Nie należeli jawnie do uczniów Chrystusa. Ten pierwszy pojawiał się u Niego pod osłoną nocy. A jednak potrafił być odważny – podobnie jak Józef – w sytuacji, gdy niemal wszyscy uczniowie opuścili przegranego Mistrza. Ci dwaj byli obecni przy Umarłym. Jak ważna jest taka obecność, zrozumiałem, gdy towarzyszyłem swoim umierającym Rodzicom.


Ze śmiercią we własnej rodzinie i w najbliższym sąsiedztwie zetknąłem się we wczesnym dzieciństwie. Najpierw zmarł mój brat, Ryszard. Miał wtedy sześć tygodni, ja zaś około dwóch lat. Nie pamiętam jego śmierci i pogrzebu. Pamiętam natomiast pogrzeb małego krewniaka, syna Reginy, siostry mojej Mamy. Trumienkę niosły dziewczęta, trzymając końce dwóch zwiniętych płócien.

Dopiero w kilka lat później widziałem śmierć człowieka, starszej pani, sąsiadki, która odwiedzała nas szczególnie w wieczory zimowe, i w kuchni, gdzie było najcieplej, opowiadała o strachach. Mroziła nam krew w żyłach. Słuchałbym jej do północy i dłużej. W którymś momencie trzeba było jednak iść na spoczynek do ciemnego pokoju, gdzie z nadmiaru wrażeń nie mogłem zasnąć. Ta pani była mi bardzo bliska, jak ktoś z rodziny. I właśnie któregoś dnia byłem świadkiem jej śmierci, normalnej, spokojnej. Nie przeżyłem wstrząsu, ale miałem wrażenie, że uczestniczę w niepojętym misterium, które pamiętam po sześćdziesięciu kilku latach.

Wiele razy jako ministrant uczestniczyłem w Mszach świętych żałobnych, z trumną na katafalku, pośrodku nawy kościelnej. Przyzwyczaiłem się do tych obrzędów. Większych emocji doświadczałem podczas pogrzebów, na cmentarzu, gdzie dość często odkrywano trumnę. Widok martwego ciała długo pozostawał w mojej wyobraźni i dawał do myślenia.

Ogromnego wstrząsu doznałem dwukrotnie w 1942 roku, gdy w Rościszewie koło Sierpca, miejscu mojego zamieszkania z Rodzicami, powieszono ludzi. Najpierw jednego mężczyznę. Widziałem go wiszącego na szubienicy i do dziś nie potrafię zatrzeć wrażenia, jakie wtedy odniosłem. Przez wiele miesięcy, może nawet przez lata, bałem się wspominania tego widoku. Toteż gdy później, 18 września, w tym samym miejscu, na tle bramy prowadzącej do dworskiego parku, powieszono czternaście osób, wolałem nie oglądać ich z bliska. A i tak wyobraźnia działała, ciągle odnawiając to, czego doświadczyłem wcześniej.

W tym dniu przeżyłem po raz pierwszy śmierć mojego Ojca. Ci straceni należeli do grupy konspiracyjnej, z którą on był związany. Mogłem sądzić, że wśród nich był także mój Ojciec, przywieziony z więzienia w Płocku. Podbiegłem do dziewczyny, która przyniosła posiłek skazańcom, żeby mieli siłę przemaszerować przez wieś, około kilometra drogi, na miejsce stracenia, i zapytałem: „Kogo przywieźli?” Ona odparła, że „jakiegoś Paciuszkiewicza”. Ten sekret powierzyłem wujkowi Józefowi, jednemu z wysiedleńców pomorskich. On mi stanowczo zabronił mówić o tym Mamie. I dobrze się stało. W ten sposób zaoszczędziłem jej bólu. Okazało się bowiem, że Ojca nie było w tej grupie. Wkrótce po egzekucji towarzyszy przewieziono go do obozu w Działdowie, a następnie do Mauthausen-Gusen, gdzie pracując w kamieniołomach przeżył obóz, w dużej mierze dzięki paczkom, które posyłaliśmy regularnie.

Wracam jeszcze do wydarzenia z dnia 18 września. To był straszny dzień, choć Niemcy nadali mu uroczysty charakter. Sołtysom z pobliskich wiosek polecili przyjść w odświętnych ubraniach, w krawatach. Mieli przecież wyciągać stoły spod nóg skazańców, żeby ci mogli zawisnąć na szubienicy. Zawiśli. Przed wykonaniem wyroku miejscowy proboszcz, ks. Józef Dzierżanowski – stojąc opodal – udzielił im rozgrzeszenia. W tym dniu najchętniej uciekłbym na koniec świata. Wyobrażam sobie, co przeżywali ludzie w obozach koncentracyjnych, gdy podobne doświadczenia były ich chlebem powszednim.


Po drugiej wojnie światowej członkowie mojej rodziny odchodzili stosunkowo spokojnie. Dziadek i Babcia ze strony Mamy, wujek Józef, ciocia Regina. Uczestniczyłem w ich pogrzebach, ale przy śmierci nie byłem. Natomiast za wielką łaskę uznaję fakt, że byłem przy śmierci obojga Rodziców. Najpierw Ojca.

Gdy w czerwcu 1980 roku przestałem posługiwać jako duszpasterz akademicki, u sióstr zakonnych w okolicy Lublina przygotowywałem się do wyjazdu na roczny pobyt za granicą. Wiele czytałem w języku włoskim. Tę spokojną lekturę przerwała telefoniczna rozmowa, podczas której bratanica Grażyna poinformowała mnie, że dziadek, mój Ojciec, „poważnie zachorował”. Pojechałem do rodzinnego domu w Rościszewie. Pomogłem Ojcu umyć się, ubrać i pojechaliśmy do szpitala w Sierpcu. Żył jeszcze trzy albo cztery dni. W święto Przemienienia Pańskiego, 6 sierpnia, miałem pojechać do szpitala wczesnym popołudniem. Bratowa Jadwiga dała znać, że stan chorego pogorszył się. Wobec tego do Sierpca udałem się wcześniej. Wszystko wskazywało na to, że wkrótce nastąpi zgon. Mój brat, Andrzej, postanowił przywieźć swoją młodszą córkę Annę, przebywającą nad jeziorem w okolicy Szczutowa, żeby się pożegnała z Dziadkiem. Oboje nie zdążyli dojechać. Między godziną 11:00 a 12:00 „zasnął w Panu”. Bardzo spokojnie. W pewnym momencie przestał oddychać. Pobłogosławiłem go jeszcze przed śmiercią. Towarzyszyliśmy mu w trójkę: Mama, bratowa i ja. Mieliśmy świadomość, że przestał cierpieć.

Dojrzewał do śmierci szczególnie w ostatnich kilku latach. Nauczył się odmawiać Różaniec. W kalendarzu, takim ze zrywanymi kartkami, zaznaczał cyfry: 1, 2, 3, żeby pamiętać, którą część w którym dniu ma odmówić. Regularnie spowiadał się i codziennie albo niemal codziennie uczestniczył we Mszy świętej z Komunią.

Pogrzeb odbył się 10 sierpnia z udziałem kilkunastu duchownych z diecezji płockiej i współbraci z Towarzystwa Jezusowego. Znajomi komentowali, jak to Ojciec dopasował się do terminu mojego wyjazdu, żeby go nie opóźnić albo nie przerywać pobytu we Włoszech, gdzie odbyłem tak zwaną trzecią probację, ostatni etap formacji zakonnej. Zgodnie z planem, 16 sierpnia, odleciałem do Rzymu.

Śmierć Mamy przeżyłem w dniu 3 marca 1989 roku. Mieszkała wtedy w Warszawie, w Parafii św. Andrzeja Boboli, której byłem proboszczem, u znajomej pani Anny. Noc z 2 na 3 marca spędziłem na fotelu przy łóżku Mamy. Bardzo ciężko oddychała i najwyraźniej się męczyła. W pewnym momencie, już nad ranem, przestała oddychać. Był pierwszy piątek miesiąca. Pogrzeb odbył się w najbliższy poniedziałek, 6 marca. Mszę świętą w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli koncelebrowało ponad trzydziestu kapłanów pod przewodnictwem ówczesnego biskupa pomocniczego z Płocka, ks. Andrzeja Suskiego. Trumnę złożyliśmy na cmentarzu w Sierpcu, w grobie, w którym już spoczywał mój Ojciec i ojciec bratowej Jadwigi. W kilka lat później dołączyła tam mama bratowej. W kwietniowym numerze biuletynu parafialnego ukazała się informacja o śmierci i pogrzebie Mamy.

Powtarzam myśl już raz zapisaną: za wielką łaskę uważam fakt, że byłem przy śmierci obojga Rodziców. I dziwię się tym bliźnim, którzy robią wszystko, żeby uciec od takiego doświadczenia. Nawet jeśli mają dobre warunki i dobrą sytuację rodzinną, oddają rodziców do domów opieki społecznej, do szpitali. W ten sposób oszczędzają sobie nieprzyjemnych wrażeń. A przecież obecność bliskich w niezwykle ważnym i trudnym momencie przejścia do innego świata daje niewątpliwie poczucie bezpieczeństwa tym, którzy odchodzą. Dobrze o tym wiedzą osoby zatrudnione w hospicjach.

Szczególny jest czas między śmiercią a pogrzebem. On się kojarzy z trzynastą stacją Drogi Krzyżowej: Zdjęcie z krzyża i złożenie w ramionach Matki. Co wtedy przeżywała Matka? Co przeżywają ludzie, gdy widzą syna, córkę, a częściej ojca, matkę albo przyjaciela – po zdjęciu z krzyża śmierci? W takiej sytuacji wierzący towarzyszą odchodzącym szczególną modlitwą osobistą, a niekiedy także wspólnotową. W dzieciństwie od czasu do czasu miałem okazję uczestniczyć w takiej modlitwie w domu zmarłego.

Szkoda, że piękne zwyczaje idą w zapomnienie. Zastępują je nowe. W tym celu uruchamia się cały przemysł. Dorabia się rumieńce nieboszczykom, żeby jak najbardziej przypominali żywych. I żeby tych ostatnich nie razić, o śmierci mówi się używając zastępczych słów, stosując różne eufemizmy, niekoniecznie religijne.


Niewielu ludzi ma realne doświadczenie śmierci swoich bliskich. Najczęściej mają do czynienia ze śmiercią poprzez filmy i telewizję. A te środki przekazu w ogromnej mierze ją teatralizują. Staje się ona śmiercią na niby. Ileż to razy w operze czy teatrze mieliśmy do czynienia ze śmiercią aktora, który po zakończeniu spektaklu razem ze swoimi koleżankami i kolegami z wdziękiem kłaniał się oklaskującej widowni?

Bardzo mi żal dzieci, które w „dobranockach” i różnych filmach w telewizji setki razy oglądają śmierć. Owszem, w grach komputerowych uczą się zabijać. Same także bywają zabijane. W grze komputerowej giną w pewnym momencie, ale miewają jeszcze przynajmniej dwa życia. A jeżeli umieją grać, mogą mieć więcej możliwości – ileś tam kolejnych „żyć”. Przynajmniej niektóre z tak bawiących się dzieci próbują przenieść swoje zachowania w realny świat. Zabijają koleżanki, kolegów i dziwią się, że oni już nie wstają. A dzieci chciały tylko powielić wzorce swoich filmowych i komputerowych bohaterów.

Rozmawiałem niegdyś ze współbratem zakonnym, który wiele lat spędził w Stanach Zjednoczonych. Opowiedział mi między innymi o tym, że podszedł kiedyś do niego chłopiec i oznajmił: „Ja cię zabiję… Jestem człowiekiem wolnym i mogę cię zabić”. Dobrze, że chłopiec dał się wciągnąć w rozmowę. Ksiądz mu powiedział: „Widzisz i ja jestem wolny i też mógłbym cię zabić. Tym bardziej, że ja mam nóż, a ty nie masz…” Nie pamiętam dalszego ciągu rozmowy. Ale co by było, gdyby chłopiec znienacka postanowił sobie dowieść, że jest człowiekiem wolnym i wobec tego może robić, co mu się tylko podoba? Temu chłopcu wsączano systematycznie obłędną koncepcję wolności. A przy tym, dzień po dniu, uczono go, jak się zabija.

Wielu dzieciom na świecie wrażliwi rodzice za wszelką cenę starają się zaoszczędzić widoku realnej śmierci. Długo nieraz nie mówią im o odejściu kogoś z rodziny. Nie zabierają ich na pogrzeby. A może lepszym, bardziej wychowawczym doświadczeniem byłoby zetknięcie się dziecka od czasu do czasu z prawdziwą śmiercią kogoś bliskiego niż oglądanie godzinami kryminałów albo zabijanie przy komputerach? Czy nie należałoby poważnie się nad tym zastanowić?

Jak już wspomniałem, nieczęsto zdarzało mi się widzieć śmierć bliskich, nieco częściej – jako ministrant – oglądałem odkrytą trumnę. Za każdym razem taki widok był dla mnie okazją do zadumy i przeżycia swoistego katharsis, oczyszczenia czy odnowienia.

Wiele zawdzięczam ludziom starszym, do których przychodziłem z posługą duszpasterską w ostatnich latach ich życia. Tydzień po tygodniu, a tym bardziej miesiąc po miesiącu obserwowałem, jak gasną. Oni mi dawali lekcje umierania, uczyli dystansu do moich zaangażowań, dostarczali wciąż nowych argumentów, że przemija postać tego świata. W zdecydowanej większości ci ludzie chcieli jeszcze żyć. Jak na przykład znajomy z czasów, gdy jeszcze byłem kapłanem diecezji płockiej, mówił mi: „Proszę księdza, urządziłem się jakoś w tym życiu, wyposażyłem dzieci, pobudowałem dom. Teraz chciałoby się pożyć, a tu trzeba odejść”. Przypomina mi się ponad stuletnia pani, będąca jeszcze w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej, a przy tym bardzo pobożna osoba, która mi kiedyś powiedziała, że chciałaby jeszcze rok, dwa lata pożyć i oglądać, jak prawnuki rosną. Zapewniam, że nie tylko ci, którym się dobrze albo stosunkowo dobrze powodziło, pragnęli żyć, ale i ci bardzo udręczeni. Podobnie wśród jednych i drugich spotykałem osoby naprawdę tęskniące za śmiercią.

W tym momencie zauważam, że niepostrzeżenie „wszedłem” w temat następnego rozdziału.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Powiązany:

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconMirosław Paciuszkiewicz sj drobiazgi pisane prozą

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconGawędnik z odrobiną humoru Mirosław Paciuszkiewicz sj gawędnik

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconKrzysztoff Skain May Kici, kici oswajanie śmierci

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconZałożyciel nauczał, aby się nie bać ani życia, ani śmierci, ponieważ "Bóg jest Panem życia I śmierci". W
«bohaterskiej» śmierci. – Czy nie uważasz, że bardziej «bohatersko» jest umrzeć niepostrzeżenie, w porządnym łóżku, jako zwykły obywatel...

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconDo a (Oswajanie zagrożenia nuklearnego > Analogia)

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconStowarzyszenie Edukacyjno-Artystyczne „ Oswajanie Sztuki ”

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconMój sposób na „oswajanie” młodzieży z muzyką poważną

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconPamiętajcie, że oswajanie słów jest trudniejsze od oswajania tygrysów!

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconWartość życia ludzkiego w nauczaniu Jana Pawła II ‘’,,Rodzina I życie’’, które wygłosił ks dr Adam Dzióba, a dotyczyły zagadnień ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, małżeństwa I rodziny, kultury życia, kultury śmierci

Mirosław Paciuszkiewicz sj oswajanie śmierci iconWspólne oświadczenie Rady Europy / Unii Europejskiej z okazji Europejskiego Dnia przeciwko Karze Śmierci I Światowego Dnia przeciwko Karze Śmierci, które przypadają 10 października 2010 r

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom