Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku




Pobierz 1.46 Mb.
NazwaJoanne Harris Świat w ziarnku Piasku
strona1/24
Data konwersji27.10.2012
Rozmiar1.46 Mb.
TypDokumentacja
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24


Joanne Harris


Świat W Ziarnku Piasku


Przełożyła Ewa Horodyska

Mojej matce

Jeannette Payen Short

Żaden człowiek nie jest wyspą

John Donne


Ujrzeć świat w ziarnku piasku...

William Blake

PROLOG


Wyspy są inne. Im mniejsza wyspa, tym prawdziwsze staje się to stwierdzenie. Wystarczy spojrzeć na Brytanię. Trudno sobie wyobrazić, że ten wąski skrawek lądu może zawierać w sobie taką różnorodność. Krykiet, herbata ze śmietanką, Szekspir, Sheffield, ryba z frytkami zawinięta w gazetę, Soho, dwa uniwersytety, plaża w Southend, pasiaste leżaki w Green Park, Coronation Street, Oxford Street, leniwe niedzielne popołudnia. Tyle sprzeczności. A wszystkie maszerują wspólnie niczym podchmieleni demonstranci, którzy nie zdążyli się jeszcze zorientować, że protestują głównie przeciw sobie nawzajem. Wyspy są siedzibą pionierów, odszczepieńców, malkontentów, nieprzystosowanych, izolacjonistów z natury. Są, jak już powiedziałam, inne.

Ta wyspa, na przykład. Można w jeden dzień przejechać rowerem z jednego krańca na drugi. Człowiek zdolny kroczyć po wodzie dotarłby na stały ląd w jedno popołudnie. Le Devin, jedna z wielu wysepek, które uwięzły niczym kraby na mieliźnie u wybrzeży Wandei. Od strony lądu przesłania ją Noirmoutier, od południa Yeu i w mglisty dzień zupełnie jej nie widać. Rzadko pojawia się na mapach. W istocie nie bardzo zasługuje na miano wyspy, będąc zaledwie ambitnym zlepkiem piaszczystych ławic, wydźwigniętych z Atlantyku na skalistej grani, z dwiema wioskami, małą przetwórnią ryb i jedną jedyną plażą. Nad samym brzegiem rodzinne Les Salants, szereg chat zaledwie wystarczający, by stworzyć wioskę, i zstępujący chwiejnie wśród skał i wydm ku morzu, które podczas każdego niepomyślnego przypływu wdziera się coraz dalej. Dom, miejsce, od którego nie ma ucieczki, miejsce, ku któremu prowadzi kompas serca.

Gdyby dano mi wybór, niewykluczone, że wolałabym coś innego. Może jakieś miejsce w Anglii, gdzie obie z matką byłyśmy szczęśliwe przez blisko rok, dopóki mój niespokojny duch nie pognał nas w drogę. A może Irlandię albo Jersey, Ionę albo Skye. Widzicie, że wyszukuję wyspy jakby instynktownie, jakbym próbowała odtworzyć moją wyspę, Le Devin, jedyne miejsce, którego nic nie potrafi zastąpić.

Kształtem przypomina uśpioną kobietę. Les Salants to jej głowa, osłonięta ramionami przed niepogodą. La Goulue to brzuch, a La Houssiniere leży w zacisznym zgięciu kolan. Otacza ją La Jetee, obręcz piaszczystych wysepek, które rozszerzają się i kurczą zależnie od pływów, przesuwają stopniowo linię brzegu, podgryzając ją z jednej strony i nawarstwiając się z drugiej. Rzadko zachowują swój kształt dostatecznie długo, by uzyskać nazwy. Dalej rozpościera się wielkie nieznane, płytki szelf, który za La Jetee opada stromo w niezmierzoną głębinę, zwaną przez miejscowych Nid’Poule. List w butelce, rzucony z pierwszego lepszego punktu wyspy, wróci najpewniej do La Goulue - Łakomczuchy - która ochrania wioskę Les Salants przed silnym morskim wiatrem. Położenie na wschód od skalistego czubka Pointę Griznoz sprawia, że gruby piach, muł i wszelkie odpadki często się tu gromadzą. Przyczyniają się do tego przypływy i zimowe sztormy, wznoszące na skałach mury obronne z wodorostów, które dopiero po pół roku czy po roku spłukuje następny sztorm.

Jak widać, Le Devin nie grzeszy urodą. Przygarbiona, pierwotna sylwetka przypomina naszą świętą patronkę, Marine-de-la-Mer. Turyści pojawiają się rzadko. Niewiele znajdują tu atrakcji. Jeżeli z lotu ptaka wyspy wyglądają jak tancerki w tiulowych krynolinach, Le Devin jest chórzystką z tylnego rzędu - dość przeciętną chórzystką - która potknęła się na próbie. Obydwie zmyliłyśmy krok, ona i ja. Spektakl toczy się dalej bez nas.

Wyspa zachowała jednak swą tożsamość. Kilkukilometrowy spłachetek lądu, który nie stracił indywidualności, a jego dialekty, potrawy, tradycje i ubiory odróżniają go od innych wysp, podobnie jak od kontynentalnej Francji. Wyspiarze uważają się raczej za Devinoficzykow niż za Francuzów czy choćby Wandę jeżyków. Nie darzą zaufaniem żadnego polityka. Niewielu z ich synów zadaje sobie trud pełnienia służby wojskowej. Ich oddalenie od najistotniejszych spraw wydaje się wręcz absurdalne. A w oddaleniu od biurokracji i prawa Le Devin przestrzega własnych reguł.

Nie oznacza to, że obcy nie są mile widziani. Przeciwnie; zachęcalibyśmy turystów, gdybyśmy tylko wiedzieli, jak to robić. W Les Salants turystyka oznacza zamożność. Spoglądamy ponad falami na Noirmoutier, na te hotele, pensjonaty, sklepy i uroczy długi most z kontynentu, wznoszący się nad falami. Latem drogi są jak rzeka aut z obcymi tablicami rejestracyjnymi i walizkami wylewającymi się z bagażników, plaże roją się od ludzi, a my próbujemy sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby przyjechali do nas. Ale zazwyczaj poprzestajemy na marzeniach. Turyści - ci nieliczni, którzy zapuszczają się aż tutaj - z uporem wybierają La Houssiniere, żeby być bliżej kontynentu. Nie mają czego szukać w Les Salants, gdzie zamiast plaży jest skaliste wybrzeże i pryzmy kamieni zlepionych twardym piaskiem, nawiewanym przez uparty, nieustający wiatr.

Ludzie z La Houssiniere wiedzą o tym. Od niepamiętnych czasów trwa waśń między houssinianami a salanianami, która zaczęła się od sporów na tle religijnym, a następnie objęła prawa do połowów ryb, budownictwo, handel i wreszcie - nieuchronnie - kwestię gruntów. Zajęte ziemie należą zgodnie z prawem do tych, którzy je zajęli, i do ich potomków. Jest to jedyny majątek salanian. La Houssiniere natomiast sprawuje nadzór nad dostawami z kontynentu (najstarsza z tamtejszych rodzin kieruje jedynym promem) i ustala ceny. Jeśli jakiś houssinianin ma sposobność okpić salanianina, wykorzysta ją. A jeśli salanianinowi uda się wziąć górę nad houssinianinem, cała wioska uczestniczy w jego tryumfie.

La Houssiniere posiada tajną broń. Nazywa się ona Les Immortelles i jest niedużą piaszczystą plażą, dwie minuty spaceru od zatoki, otoczoną z jednej strony nadgryzionym zębem czasu falochronem. Tu żaglówki ślizgają się po falach, osłonięte od zachodnich wiatrów. Tylko tutaj można się bezpiecznie kąpać albo żeglować z dala od silnych morskich prądów, szarpiących przylądek. Owa plaża - wybryk natury - poróżniła dwie osady. Wioska rozrosła się do rozmiarów miasteczka. Dlatego La Houssiniere rozkwita - na miarę wyspiarskich standardów. Jest tam restauracja, hotel, kino, dyskoteka, kemping. Latem zatoczkę wypełniają łodzie wczasowiczów. La Houssiniere gości mera wyspy, komendanta policji, pocztę oraz jedynego duchownego. W sierpniu różne rodziny z kontynentu wynajmują tu domy i wprowadzają swoje obyczaje.

Tymczasem Les Salants w lecie ogarnia martwota; piecze się i dyszy w skwarze i wichurze. Ale dla mnie to mimo wszystko jest dom. Nie najpiękniejsze ani nawet najgościnniejsze miejsce na ziemi. Ale to moje miejsce.

Wszystko powraca. Takie powiedzenie kursuje na Le Devin. Życie po jednej barwnej stronie morskiego prądu jest jak zatwierdzenie nadziei. Wszystko w końcu powraca. Rozbite łodzie, listy w butelkach, pasy ratunkowe, rupiecie, zagubieni rybacy. Niewielu potrafi się oprzeć przyciągającej sile La Goulue. Może odezwać się po latach. Kontynent wabi pieniędzmi, miastami, kolorowym, błazeńskim życiem. Troje z czworga osiemnastolatków wyjeżdża, marząc od świecie poza granicami La Jetee. Ale Łakomczucha jest nie tylko głodna - jest cierpliwa. A dla takich jak ja, nigdzie niezakotwiczonych, powrót wydaje się przesądzony z góry.

Miałam kiedyś swoją historię. To jest teraz bez znaczenia. Na Le Devin nikt nie dba o żadną historię poza własną. Fala wyrzuca na brzeg przedmioty - rozmaite szczątki, piłki plażowe, martwe ptaki, puste portfele, kosztowne obuwie sportowe, plastikowe sztućce, a nawet ludzi - i nie pytamy o ich pochodzenie. Morze usuwa wszystko, do czego nikt nie rości sobie pretensji. A także morskie stworzenia, przemieszczające się od czasu do czasu tą autostradą: portugalskie fregaty, orki, koniki morskie, rozgwiazdy, od czasu do czasu wieloryb. Zatrzymują się lub odpływają, ścigane wzrokiem gapiów, którzy zapominają o nich, zaledwie te wypłyną na szersze wody. Dla wyspiarzy nie istnieje nic poza La Jetee. Od tego punktu aż po Amerykę nie ma żadnej plamki na horyzoncie. Nikt nie wyprawia się tak daleko. Nikt nie bada ruchu fal ani tego, co przynoszą. Tylko ja. Mam prawo, bo sama jestem rozbitkiem.

Weźmy na przykład tę plażę. To zdumiewające. Jedna jedyna plaża na wysepce, fortunny układ przypływów i odpływów, sto tysięcy ton piachu, pradawnego i twardego jak skała, który tysiące zazdrosnych spojrzeń obraca w coś cenniejszego niż złoto. Niewątpliwie wzbogaciło to mieszkańców La Houssiniere, choć wszyscy wiemy, jak łatwo i jak nieodwołalnie sprawy mogły ułożyć się inaczej.

Zmienny prąd, zbaczający o sto metrów w lewo lub w prawo. Wahania dominującego wiatru. Geograficzne przesunięcia dna morskiego. Silny sztorm. Wszystko to może w każdej chwili wywołać niszczący przewrót. Szczęśliwy traf jest jak wahadło - kołysze się wolno przez dziesięciolecia, kryjąc w swym cieniu to, co nieuniknione.

Les Salants cierpliwie oczekuje swej kolejności.

CZĘŚĆ PIERWSZA


Rozbitkowie


1


Wróciłam po dziesięciu latach nieobecności, w upalny dzień u schyłku sierpnia, tuż przed nadejściem pierwszych letnich przypływów. Gdy patrzyłam na zbliżający się brzeg z pokładu „Brismanda I”, starego promu kursującego do La Houssiniere, czułam się niemal tak, jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Nic się nie zmieniło - rześkie powietrze, deski pokładu pod stopami, okrzyki mew kołujących pod rozgrzanym błękitem nieba. Dziesięć lat, niemal połowa mojego życia, wymazane jednym ruchem, jak rysunek na piasku. Prawie tak.

Nie miałam właściwie żadnego bagażu, co potęgowało złudzenie. Ale zawsze podróżowałam bez bagażu. Podróżowałyśmy tak obydwie, moja matka i ja; nigdy nie dźwigałyśmy zbędnego balastu. I koniec końców, to ja opłacałam czynsz za nasze paryskie mieszkanie, uzupełniając dzięki pracy w obskurnej nocnej knajpie dochody z obrazów, których matka nienawidziła. Walczyła z rozedmą płuc i udawała, że nie wie, iż umiera.

Mimo wszystko wolałabym wracać jako osoba bogata, ktoś, komu się powiodło. Żeby pokazać ojcu, jak świetnie dałyśmy sobie radę bez jego pomocy. Skromne oszczędności matki dawno się jednak wyczerpały, a moje zasoby kilka tysięcy franków w Credit Maritime i teka niesprzedanych obrazów - były niewiele większe niż to, z czym wyjeżdżałyśmy. Ale nie przykładałam do tego wagi. Nie planowałam dłuższego pobytu. Wrażenie, że czas się zatrzymał, było bardzo silne, lecz wiodłam teraz inne życie. Zmieniłam się. Już nie byłam wyspą.

Nikt mi się nie przyglądał, gdy stanęłam z boku na pokładzie „Brismanda I”. Była pełnia sezonu i na promie znajdowało się sporo turystów. Niektórzy nawet mieli na sobie ubiór podobny do mojego: płócienne spodnie i rybackie vareuse, bezkształtne okrycia, coś pośredniego między koszulą a kurtką. Mieszczuchy, dokładające wszelkich starań, by nie wyglądać na mieszczuchów. Turyści z plecakami, walizkami, psami i dziećmi tłoczyli się między skrzynkami owoców i innych produktów spożywczych, klatkami pełnymi kurcząt, workami z pocztą, pudłami. Panował przeraźliwy harmider. Przebijał się przez niego szum morza uderzającego o kadłub promu i skrzeczenie mew. Moje serce biło zgodnie z rytmem fal.

Gdy „Brismand I” wpływał do portu, skierowałam wzrok ponad wodą ku promenadzie. W dzieciństwie lubiłam to miejsce; często bawiłam się na plaży, znajdując schronienie pod opasłymi brzuszyskami starych budek plażowych, podczas gdy mój ojciec załatwiał swoje sprawy w zatoce. Rozpoznałam spłowiałe parasole na tarasie kawiarenki, gdzie zwykła przesiadywać moja siostra, stoisko z hot dogami, sklepik pamiątkarski. Było tam chyba bardziej tłoczno niż za moich czasów. Rybacy z krabami i homarami ustawili się co kilka metrów wzdłuż nabrzeża, by sprzedać owoce swego połowu. Od strony promenady dobiegała muzyka; poniżej, na plaży, która nawet podczas przypływu wydawała się gładsza i obfitsza niż za dawniejszych czasów, bawiły się dzieci. La Houssiniere miało dobre widoki na przyszłość.

Moje spojrzenie powędrowało wzdłuż Rue des Immortelles, głównej ulicy, biegnącej równolegle do wybrzeża. Zauważyłam trzy osoby siedzące ramię w ramię w moim niegdyś ulubionym miejscu: przy falochronie pod promenadą, z widokiem na zatokę. Przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie obserwowałam stamtąd daleką, szarą paszczę kontynentu i ciekawa byłam, co w sobie kryje. Zmrużyłam oczy, by widzieć wyraźniej; nawet z tej odległości dostrzegłam, że dwie z osób stojących na wybrzeżu to zakonnice.

Rozpoznałam je z bliska: siostra Extase i siostra Therese, karmelitanki z domu opieki „Les Immortelles”, które zestarzały się jeszcze przed moimi narodzinami. Ich obecność dziwnie mnie uspokoiła. Jadły lody, habity miały podwinięte do kolan, a ich bose stopy zwieszały się nad barierką. Siedzący obok nich mężczyzna, którego twarz przesłaniało szerokie rondo kapelusza, niczym się nie wyróżniał.

„Brismand I” przybił do mola. Spuszczono trap i zaczekałam, aż turyści zejdą na ląd. Molo było równie zatłoczone jak prom; uliczni przekupnie sprzedawali napoje i ciastka, jakiś taksówkarz reklamował swoje przedsiębiorstwo, dzieci ze stolikami na kółkach starały się przyciągnąć uwagę turystów. Nawet jak na sierpień panował spory ruch.

- Odnieść bagaż, mademoiselle? - Pyzaty chłopak w wypłowiałym czerwonym podkoszulku, mniej więcej czternastoletni, pociągnął mnie za rękaw. - Odnieść do hotelu?

- Dziękuję, dam sobie radę. - Pokazałam swoją miniaturową walizkę.

Chłopak spojrzał na mnie zaintrygowany, jak gdyby usiłując rozpoznać moją twarz. Potem wzruszył ramionami i udał się na poszukiwanie bogatszej zdobyczy.

Na promenadzie kłębił się tłum. Przyjeżdżający i wyjeżdżający turyści, a między nimi tubylcy z La Houssiniere. Odprawiłam ruchem głowy starszego mężczyznę, który chciał mi sprzedać ręcznie robiony breloczek do kluczy; był to Jojo-le-Goeland, który w lecie zabierał nas na przejażdżki łodzią i choć nigdy nie był naszym przyjacielem - pochodził, bądź co bądź, z La Houssiniere - poczułam się dotknięta, że mnie nie rozpoznał.

- Zostanie pani na dłużej? Jest pani turystką? - To był znowu ten pyzaty chłopak, tym razem w towarzystwie kolegi, ciemnookiego wyrostka w skórzanej kurtce, który palił papierosa bardzo gorliwie, choć z niewielką przyjemnością. Obaj chłopcy taszczyli walizki.

- Nie jestem turystką. Pochodzę z Les Salants.

- Z Les Salants?

- Owszem. Mój ojciec nazywa się Jean Prasteau. Jest szkutnikiem. A przynajmniej był.

- Grosjean Prasteau! - Chłopcy wlepili we mnie ciekawskie spojrzenia.

Może powiedzieliby coś więcej, gdyby nie podeszło do nich trzech innych nastolatków. Najstarszy zwrócił się z wyższością do pyzatego:

- Co wy tu znowu robicie, salanianie, hę? Wiecie, że wybrzeże należy do houssinian. Nie macie prawa odnosić bagażu do „Les Immortelles”!

- Kto tak powiedział? - zaperzył się pyzaty. - To nie twoja promenada! Nie twoi turyści!

- Lolo ma rację - powiedział ciemnooki chłopiec. - Byliśmy tu pierwsi.

Dwaj salanianie przysunęli się nieco do siebie. Houssinianie górowali nad nimi liczebnie, wyczułam jednak, że dwaj chłopcy woleliby się raczej bić niż zrezygnować z walizek. Na chwilę zobaczyłam siebie w ich wieku, czekającą na ojca i ignorującą śmiech ładnych dziewczyn z La Houssiniere na tarasie kawiarni - aż wreszcie nie mogłam tego wytrzymać i uciekałam do swej bezpiecznej kryjówki pod plażowymi budkami.

- Oni byli pierwsi - potwierdziłam. - Zmykajcie.

Houssinianie przez chwilę patrzyli na mnie z urazą, a następnie ruszyli w stronę mola, pomrukując pod nosem. Lolo rzucił mi spojrzenie pełne czystej wdzięczności. Jego kolega wzruszył tylko ramionami.

- Pójdę z wami - powiedziałam. - „Les Immortelles”, tak?

Duży biały budynek znajdował się kilkaset metrów dalej przy promenadzie. Dawniej mieścił się w nim dom opieki.

- Teraz jest tam hotel - poinformował mnie Lolo. - Należy do monsieur Brismanda.

- Tak, znam go.

Claude Brismand, krępy houssinianin z sumiastym wąsem, który pachniał wodą kolońską, chodził w espadrylach jak wieśniak i miał głos mocny i dojrzały jak dobre wino. We wsi nazywali go Cwany Brismand. Szczęściarz Brismand. Przez lata wierzyłam, że jest wdowcem, choć krążyły plotki, że ma gdzieś na kontynencie żonę i dziecko. Zawsze go lubiłam, mimo iż pochodził z La Houssiniere; był wesoły, rozmowny i miał kieszenie wypchane cukierkami. Ojciec go nie znosił. Jak gdyby na przekór, moja siostra Adrienne wyszła za mąż za jego bratanka.

- Wszystko w porządku. - Dotarliśmy do końca promenady. Przez oszklone drzwi widziałam hol „Les Immortelles” - recepcję, wazon z kwiatami, postawnego mężczyznę, który siedział przy otwartym oknie i palił cygaro. Przez chwilę rozważałam, czy nie wejść do środka, ale zrezygnowałam. - Teraz już chyba dacie sobie radę. Idźcie.

Ruszyli - ciemnooki w milczeniu, Lolo z miną wyrażającą skruchę w imieniu kolegi.

- Proszę się nie przejmować Damienem - rzucił półgłosem. - On zawsze chce z kimś walczyć.

Uśmiechnęłam się. Kiedyś też byłam taka. Moja siostra, starsza o cztery lata, modnie ubrana i z fryzurą jak z salonu piękności, nigdy nie miała problemu z przystosowaniem; w kawiarnianym ogródku jej śmiech zawsze rozbrzmiewał najgłośniej.

Przemierzałam zatłoczoną ulicę, kierując się ku miejscu, gdzie siedziały dwie stare karmelitanki. Nie byłam pewna, czy mnie poznają - salaniankę, która miała piętnaście lat, gdy ją ostatnio widziały - ale w dawnych czasach darzyłam je sympatią. Zbliżywszy się, zauważyłam bez zdziwienia, że prawie się nie zmieniły: obydwie miały bystre oczy, skórę zaś zbrązowiałą i twardą niczym wysuszone morskie stworzenia, które fale wyrzuciły na piasek. Siostra Therese okryła głowę ciemną chustą zamiast białej wyspiarskiej quichenotte coiffe; inaczej chyba nie potrafiłabym ich rozróżnić. Towarzyszący im obcy mężczyzna nosił koralowy naszyjnik i kapelusz z opadającym rondem. Miał około trzydziestki i miłą, choć nie uderzająco przystojną twarz; wzięłabym go za turystę, gdyby nie swoboda i poufałość, z jaką mnie powitał; niemy znak wyspiarskiego pochodzenia.

Siostra Extase z siostrą Therese wpatrywały się we mnie przez chwilę, a potem ich twarze rozjaśniły się identycznymi, promiennymi uśmiechami.

- Przecież to mała córeczka Grosjeana!

Długie wspólne przebywanie z dala od klasztoru wytworzyło u nich jednakowe nawyki. Głosy również miały podobne, przenikliwe i skrzeczące jak u srok. Łączyła je szczególna empatia, niczym bliźniaczki: jedna kończyła zdanie zaczęte przez drugą, obie zaś podkreślały nawzajem swoje słowa zachęcającymi gestami. O dziwo, w ogóle nie zwracały się do siebie po imieniu, a wyłącznie per ma soeur, choć - o ile mi wiadomo - nie były spokrewnione.

- To Mado, ma soeur, mała Madeleine Prasteau. Ależ wyrosła! Czas biegnie...

- ...tak szybko tu, na wyspie. Zdawałoby się, że minęło zaledwie parę lat...

- ...od naszego przyjazdu, a teraz jesteśmy już...

- ...stare i cherlawe, ma soeur, stare i cherlawe. Ale miło cię znowu zobaczyć, mała Mado. Zawsze byłaś taka inna. Tak bardzobardzo inna niż...

- ...twoja siostra. - Ostatnie słowa wypowiedziały chórem. Ich czarne oczy rozbłysły.

- Cieszę się, że wróciłam. - Dopiero gdy to powiedziałam, uświadomiłam sobie, jak bardzo się cieszę.

- Niewiele się zmieniło, prawda, ma soeur?

- Nie, nigdzie nie widać dużych zmian. Wszystko po prostu...

- ...starzeje się i tyle. Tak jak my. - Zakonnice rzeczowo pokiwały głowami i zajęły się lizaniem lodów.

- Widzę, że przerobiono „Les Immortelles” - zauważyłam.

- Owszem - przytaknęła siostra Extase. - W przeważającej części. Kilkoro z nas jeszcze mieszka na najwyższym piętrze.

- Brismand mówi o nas: długoterminowi goście.

- Ale jest nas mało. Georgette Loyon, Raoul Lacroix, Bette Plancpain. Wykupił ich domy, bo na starość już nie dawali sobie rady.

- Kupił je za grosze i wyremontował dla letników.

Zakonnice wymieniły spojrzenia.

- Brismand ich trzyma, bo dostaje za to pieniądze z klasztoru. Chce zachować dobre stosunki z Kościołem. Potrafi pilnować własnych interesów.

Zapadła cisza, gdy obie zakonnice lizały w zadumie swoje lody.

- A to jest Rouget, mała Mado. - Siostra Therese wskazała nieznajomego, który słuchał ich uwag z szerokim uśmiechem.

- Rouget to Anglik...

- ...i zamierza nas sprowadzić na manowce za pomocą lodów i słodkich słówek. W naszym wieku, pomyśl tylko.

Anglik pokręcił głową.

- Nie słuchaj ich - doradził. - Ja im ustępuję tylko dlatego, że inaczej mogłyby zdradzić wszystkie moje tajemnice. Jego głos miał silny, choć przyjemnie brzmiący akcent.

Siostry zachichotały.

- Tajemnice, he, he! Niewiele jest spraw, o których nie wiemy, prawda, ma soeur? Może i jesteśmy...

- ...stare, ale słuch mamy w porządku.

- Ludzie nie zwracają na nas uwagi...

- ...bo jesteśmy...

- ...zakonnicami.

Mężczyzna, zwany przez nie Rougetem, spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko. Miał inteligentną, wyrazistą twarz, która ożywiała się w uśmiechu. Czułam, że jego oczy wychwytują każdy szczegół mojego wyglądu, nie bez życzliwości, lecz wyczekująco i z zaciekawieniem.

- Rouget? - Większość imion na Le Devin to przydomki. Jedynie cudzoziemcy i przybysze z kontynentu używają nazwisk.

Zdjął kapelusz przesadnym, ironicznym gestem.

- Richard Flynn, filozof, budowniczy, rzeźbiarz, spawacz, rybak, majster-klepka, meteorolog... - Wskazał nieokreślonym gestem piaski koło „Les Immortelles”. A przede wszystkim badacz i przeczesywacz plaż.

Siostra Extase powitała jego słowa przyjaznym chichotem, który oznaczał, że jest to stary i dobrze znany żart.

- Kłopot dla nas obu - wyjaśniła.

Flynn parsknął śmiechem. Jego włosy miały mniej więcej tę samą barwę, co korale na szyi. Rude włosy, zła krew, jak mawiała moja matka, choć na wyspach jest to rzadko spotykany kolor i uważa się powszechnie, że przynosi szczęście. To tłumaczyło przydomek. Ale przydomek stanowi w Le Devin swego rodzaju nobilitację, niezwykłą w przypadku cudzoziemca. Potrzeba czasu, żeby zasłużyć na wyspiarskie miano.

- Mieszkasz tutaj? - Wydawało mi się to mało prawdopodobne. Pomyślałam, że jest w nim jakiś niepokój, ukryta cząstka, która może w każdej chwili ulec zmianie.

Wzruszył ramionami.

- To równie dobre miejsce, jak każde inne.

Zaskoczył mnie nieco. Zupełnie jakby wszystkie miejsca były dla niego takie same. Spróbowałam sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy człowiek nie dba, gdzie znajduje się jego dom, nie czuje tego ustawicznego drążenia w sercu. Przerażająca wolność. A jednak nadano mu imię. Ja przez całe życie byłam po prostu la filie d Grosjean, podobnie jak moja siostra.

- No więc - wyszczerzył zęby - czym się zajmujesz?

- Jestem malarką. To znaczy, sprzedaję obrazy.

- Co malujesz?

Pomyślałam o ciasnym paryskim mieszkaniu i o pokoju, w którym urządziłam sobie pracownię. Maleńka, zamknięta przestrzeń, za mała na pokój gościnny - matka nawet w tym przypadku ustąpiła z wielką niechęcią - z moimi sztalugami, teczkami i płótnami opartymi o ścianę. Mogłam wybrać każdy temat, powtarzała z upodobaniem. Miałam talent. Dlaczego więc zawsze malowałam to samo? Z braku wyobraźni? A może po to, żeby ją dręczyć?

- Przeważnie wyspy.

Flynn popatrzył na mnie, lecz nic nie powiedział. Jego oczy miały ten sam grafitowy odcień, co chmury gromadzące się nad linią horyzontu. Dziwnie trudno było mi patrzeć w te oczy, zupełnie jakby dostrzegały cudze myśli.

Siostra Extase skończyła swoje lody.

- A jak tam twoja mama, mała Mado? Przyjechała z tobą?

Zawahałam się. Flynn nie spuszczał ze mnie wzroku.

- Umarła - odpowiedziałam po chwili. - W Paryżu. Mojej siostry przy tym nie było. - Wychwyciłam nieprzyjemny ton swego głosu, gdy pomyślałam o Adrienne.

Obie zakonnice uczyniły znak krzyża.

- To smutne, mała Mado. Bardzobardzo smutne. - Chude palce siostry Therese ujęły moją dłoń. Siostra Extase poklepała mnie po kolanie. - Czy zamówiłaś nabożeństwo w Les Salants? - zapytała siostra Therese. - Ze względu na ojca?

- Nie. - Nadal słyszałam szorstkie nuty w swoim głosie. - Już jest po wszystkim. Zawsze powtarzała, że nigdy tu nie wróci. Nawet w urnie.

- Szkoda. Tak byłoby lepiej dla wszystkich.

Siostra Extase zerknęła na mnie spod swej quichenotte.

- Na pewno nie było jej łatwo tu żyć. Wyspy...

- Wiem.

, „Brismand p znowu wypływał w morze. Przez chwilę czułam się kompletnie zagubiona, jak gdyby ktoś przeciął moją jedyną linę ratunkową. Przeszył mnie nagły dreszcz.

- Ojciec nie ułatwił nam życia - powiedziałam, odprowadzając wzrokiem prom. - Ale teraz jest wolny. Tego właśnie pragnął. Żeby zostawiono go w spokoju.


2

- Prasteau. To wyspiarskie nazwisko.

Głos taksówkarza - houssinianina, którego nie znałam zabrzmiał oskarżycielsko, jak gdybym używała mego nazwiska bez pozwolenia.

- A tak. Urodziłam się tutaj.

- Ha. - Zerknął na mnie, jakby usiłując zidentyfikować moje rysy. - Jacyś krewni nadal mieszkają na wyspie?

Skinęłam głową.

- Ojciec. W Les Salants.

- Aha. - Wzruszył ramionami, jak gdyby wzmianka o Les Salants zgasiła jego ciekawość.

Oczyma duszy ujrzałam Grosjeana na przystani i siebie, obserwującą go. Ze skruchą poczułam ukłucie dumy, przypominając sobie kunszt mojego ojca. Zmusiłam się, by patrzeć na tył głowy taksówkarza, dopóki to uczucie nie przeminie.

- A zatem Les Salants.

W taksówce cuchnęło stęchlizną, a zawieszenie ledwo się trzymało. Gdy znajomą drogą wyjeżdżaliśmy z La Houssiniere, czułam trzepotanie w żołądku. Wszystko przypominało mi się teraz zbyt dobrze, zbyt wyraźnie; poletko tamaryszku, skała, fragment falistego dachu, który mignął nad grzbietem wydmy, wywoływały bolesne wspomnienia.

- Wie pani, gdzie chce jechać, hę? - Droga była kiepska; na zakręcie tylne koła taksówki zaczęły buksować w sypkim piachu. Kierowca zaklął i z furią zwiększył obroty silnika.

- Tak. Rue de l’Ocean. Na drugi koniec.

- Jest pani pewna? Tam nie ma nic, tylko wydmy.

- Tak, jestem pewna.

Wiedziona instynktem, kazałam zatrzymać auto kawałek przed wioską; chciałam przybyć pieszo, jak przystało salaniance. Taksówkarz wziął pieniądze i odjechał, nie oglądając się za siebie, w fontannie piasku tryskającej spod kół i przy rzężących odgłosach z rury wydechowej. Gdy wokół mnie znowu zaległa cisza, doznałam niepokojącego uczucia i w kolejnym porywie skruchy uświadomiłam sobie, że czuję radość.

Przyrzekłam matce, że nigdy tu nie wrócę.

Dlatego miałam wyrzuty sumienia; przez chwilę czułam się wręcz skarlała, niczym drobna plamka pod bezkresnym niebem. Sama moja obecność w tym miejscu była zdradą wobec matki, wobec naszych wspólnie spędzonych lat, wobec życia, które ułożyłyśmy sobie z dala od Le Devin.

Po wyjeździe nikt do nas nie napisał. Przekroczywszy granice La Jetee, stałyśmy się bezużytecznymi rozbitkami, zlekceważonymi i zapomnianymi. Matka często mi to powtarzała w zimne wieczory, w naszym ciasnym paryskim mieszkaniu, do którego docierały obce głosy z ulicy, a przez popsute żaluzje przebijało mieniące się na czerwono i niebiesko światło neonu pobliskiej piwiarni. Nic nie zawdzięczałyśmy Le Devin. Adrienne postąpiła słusznie: dobrze wyszła za mąż, urodziła dzieci, wyprowadziła się do Tangeru razem ze swym mężem Marinem, który handlował antykami. Jej dwóch synów oglądałyśmy tylko na zdjęciach. Rzadko się z nami kontaktowała. Matka uznała to za dowód jej przywiązania do najbliższych i stawiała mi ją za przykład. Moja siostra osiągnęła w życiu powodzenie; powinnam być z niej dumna i nie odczuwać zawiści.

Ale ja się uparłam: wprawdzie uciekłam z wyspy, ale nie potrafiłam w pełni pojąć, jak wspaniałe możliwości otwiera przede mną świat zewnętrzny. Mogłam mieć wszystko, co chciałam: dobrą pracę, bogatego męża, stabilizację. Wybrałam dwa lata szkoły artystycznej, następne dwa bezcelowych podróży, pracę w barze, sprzątanie, dorywcze zajęcia, sprzedawanie obrazów na rogach ulic, by nie płacić galeriom za pośrednictwo. Le Devin nosiłam w sobie jak pamięć zbrodni, tłumiąc poczucie winy obietnicami i wiedząc przez cały czas, że w głębi duszy kłamię.

- Wszystko powraca.

Tak brzmi maksyma poszukiwacza plażowych skarbów. Wypowiedziałam ją głośno, jak gdybym odpierała nieme oskarżenie. W końcu nie zamierzałam tu zostać. Zapłaciłam za mieszkanie miesięczny czynsz z góry; mój skromny dobytek oczekiwał spokojnie powrotu właścicielki. Teraz jednak nie mogłam się oprzeć marzeniom: Les Salants, niezmienione, gościnne i mój ojciec...


3

Pobiegłam niezdarnie wyboistą drogą w stronę zabudowań; w stronę domu. Wioska była pusta. Większość domów miała pozamykane okiennice - zabezpieczenie przed upałem - i sprawiała wrażenie tymczasowych, opuszczonych siedzib, jak plażowe budki po sezonie. Niektóre wyglądały tak, jakby ich nie odnawiano od mojego wyjazdu; ściany, niegdyś bielone każdej wiosny, pod działaniem piasku stały się zupełnie bezbarwne. Samotne geranium unosiło głowę z wyschniętej skrzynki na oknie. Kilka domów było po prostu drewnianymi budami, pokrytymi blachą falistą. Teraz przypomniałam sobie o nich, choć nie pojawiły się na żadnym z moich obrazów. Nieliczne płaskodenne łodzie, czyli platts, wciągnięto przez etier - słony potok, wpływający do wsi od strony La Goulue - i zostawiono na brunatnym odpływowym osadzie. Dwie rybackie łódki zarzuciły kotwicę na głębszej wodzie. Rozpoznałam je od razu: „Eleanore” Guenole, zbudowana przez mojego ojca i jego brata, jeszcze zanim się urodziłam, a po drugiej stronie „Cecilia”, należąca do ich współzawodników w połowach, Bastonnetów. Wysoko na maszcie którejś łodzi coś uderzało monotonnie o metal - ting-ting-ting-ting - w podmuchach wiatru.

Nie dostrzegłam prawie żadnych oznak ludzkiej obecności. Raz zza okiennicy mignęła czyjaś twarz; na dźwięk głosów trzasnęły drzwi. Pod parasolem przed barem Angela siedział jakiś starzec i popijał devinnoise, wyspiarski likier ziołowy. Rozpoznałam go natychmiast - był to Matthias Guenole, a jego bystre niebieskie oczy spoglądały z twarzy ogorzałej i twardej jak drewno wyłowione z morza - lecz nie okazał najmniejszego zaciekawienia, kiedy go pozdrowiłam. Najpierw przebłysk rozpoznania i krótkie skinienie głowy, uchodzące w Les Salants za uprzejmy gest, a potem obojętność.

Miałam piasek w butach. Piasek zasypywał także ściany niektórych domów, zupełnie jakby wydmy przypuściły atak na wioskę. Niewątpliwie letnie sztormy zebrały swoje żniwo. Koło starego domu Jeana Grossela zawalił się mur, w kilku dachach brakowało gontów, a za Rue de l’Ocean, gdzie Omer Prossage z żoną Charlotte mieli farmę i sklepik, ziemia wydawała się nasiąknięta wodą i stały tam szerokie kałuże, w których odbijało się niebo. Woda z ciągu rur wlewała się do rowu, a stamtąd spływała do potoku. Zauważyłam pompę pracującą tuż przy domu, zapewne po to, by przyśpieszyć proces, i usłyszałam warkot generatora. Za farmą wirowały pracowicie skrzydła niedużego wiatraka.

Na końcu głównej drogi zatrzymałam się przy studni przed kaplicą Marine-de-la-Mer. Ręczna pompa, choć pokryta rdzą, nadal działała i napompowałam trochę wody, żeby obmyć twarz. Niemal zapomnianym rytualnym gestem prysnęłam wodą do kamiennej misy obok kaplicy i przy tej sposobności zauważyłam, że mała nisza z figurą świętej została świeżo odmalowana, a na kamieniach pozostawiono świece, wstążki i kwiaty. Święta stała wśród złożonych ofiar, masywna i nieodgadniona.

- Powiadają, że jeśli ucałujesz jej stopy i spluniesz trzy razy, odzyskasz coś, co straciłaś.

Odwróciłam się tak gwałtownie, że omal nie upadłam. Stała za mną tęga, rumiana, pogodna kobieta z dłońmi na biodrach i lekko przechyloną głową. Z jej uszu zwisały dwa pozłacane koła; włosy miały ten sam intensywny odcień.

- Capucine!

Postarzała się nieco (gdy wyjeżdżałam, dobiegała czterdziestki), lecz poznałam ją od razu; nosiła przydomek La Puce i mieszkała w poobijanej różowej przyczepie turystycznej na skraju wydm z gromadką niesfornych dzieci. Nigdy nie wyszła za mąż - faceci są po prostu zbyt męczący, żeby dało się z nimi wytrzymać, skarbie - pamiętałam jednak muzykę grającą do późna w nocy i mężczyzn, którzy przemykali ukradkiem, starając się ze wszystkich sił nie zwracać uwagi na niewielką przyczepę z falbaniastymi zasłonkami w oknach i zapraszającym światełkiem nad drzwiami. Moja matka jej nie lubiła, ale Capucine zawsze odnosiła się do mnie życzliwie, częstując wiśniami w czekoladzie i opowiadając najrozmaitsze skandaliczne plotki. Jej śmiech miał w sobie coś nieprzyzwoitego; prawdę mówiąc, była jedyną dorosłą osobą na wyspie, która głośno się śmiała.

- Mój Lolo widział cię w La Houssiniere. Powiedział, że tu przyjedziesz! - Uśmiechnęła się szeroko. - Jak tak dalej pójdzie, będę musiała częściej całować świętą!

- Miło cię widzieć, Capucine. - Odwzajemniłam jej uśmiech. - Już myślałam, że wioska zupełnie opustoszała.

- No cóż. - Wzruszyła ramionami. - To był marny sezon. Ale w dzisiejszych czasach wszystko idzie ku gorszemu. Jej twarz zasępiła się na chwilę. - Przykro mi z powodu twojej matki, Mado.

- Skąd wiesz?

- Ha! Przecież to wyspa. Jedyne, co nam zostało, to wiadomości i plotki.

Zawahałam się, czując głośne uderzenia własnego serca.

- A... a co z moim ojcem?

Jej uśmiech lekko przygasł.

- Jak zwykle - odparła zdawkowym tonem, po czym, odzyskawszy zimną krew, otoczyła mnie ramieniem. - Chodź, Mado, napijemy się devinnoise. Możesz u mnie nocować. Mam wolne łóżko, odkąd Anglik się wyprowadził.

Musiałam zrobić zaskoczoną minę, bo Capucine zaśmiała się po swojemu, głęboko i lubieżnie.

- Nie nabijaj sobie nic do głowy. Jestem teraz szacowną kobietą... no, prawie. - W jej ciemnych oczach zapaliła się iskierka rozbawienia. - Ale polubisz Rougeta. Zjawił się u nas w maju i wywołał nieliche poruszenie! Nie widzieliśmy czegoś takiego od dnia, kiedy Aristide Bastonnet złowił rybę, która miała głowę po obu stronach. Ten Anglik! Zaśmiała się cicho do siebie, kręcąc głową.

- Tego maja? - Oznaczało to, że przebywa tu zaledwie od trzech miesięcy. I w ciągu tych trzech miesięcy nadano mu imię.

- Ha! - Capucine zapaliła gitane’a i zaciągnęła się z satysfakcją. - Zjawił się pewnego dnia bez grosza przy duszy, ale od razu zaczął załatwiać interesy. Pracował u Omera i Charlotte, dopóki ta ich mała nie zaczęła robić do niego słodkich oczu. Mieszkał u mnie w przyczepie, a potem znalazł sobie lokum. Chyba się poprztykał ze starym Brismandem i innymi z La Houssiniere. - Obrzuciła mnie ciekawskim spojrzeniem. - Adrienne wyszła za jego bratanka, prawda? Jak im się powodzi?

- Mieszkają wTangerze. Rzadko się kontaktujemy.

- W Tangerze, hę? A zawsze mówiła...

- Wspomniałaś o swoim znajomym - przerwałam. Na myśl o mojej siostrze zaczynałam mówić łamiącym się, niepewnym głosem. - Czym się zajmuje?

- Ma różne pomysły. Buduje konstrukcje. - Capucine machnęła ręką w kierunku Rue de l’Ocean. - Choćby wiatrak Omera. Uruchomił go.

Minęłyśmy krzywiznę wydmy i dostrzegłam różową przyczepę, taką, jak ją zapamiętałam, może trochę bardziej zniszczoną i bardziej zapadniętą w piach. Dalej, jak wiedziałam, znajdował się dom ojca, przesłonięty gąszczem tamaryszków. Capucine zauważyła moje spojrzenie.

- O nie, nie ma mowy - oznajmiła stanowczo, ujmując mnie za ramię i kierując w stronę przyczepy. - Musimy chwilę poplotkować. Daj ojcu trochę czasu, niech poczta pantoflowa go uprzedzi.

Na Le Devin plotka jest rodzajem waluty. Cała wyspa żyje plotkami na temat rywalizacji rybaków, nieślubnych dzieci i niewiarygodnych wydarzeń, pogłoskami i rewelacjami. Mogłam ocenić swą wartość w oczach Capucine; chwilowo stanowiłam cenny nabytek.

- Dlaczego? - Wciąż wpatrywałam się w gąszcz tamaryszku. - Dlaczego nie miałabym się z nim spotkać teraz, zaraz?

Capucine zrobiła nieodgadnioną minę.

- Minęło sporo czasu, hę? Zdążył przywyknąć do samotności. - Pchnęła drzwi przyczepy, które nie były zamknięte na klucz. - Wejdź, skarbie, a ja ci wszystko opowiem.

W przyczepie panował dziwnie domowy nastrój, być może wywołany przez ciasne, pomalowane na różowo wnętrze, ubrania porozwieszane wszędzie, gdzie się dało, woń papierosów i tanich perfum. Mimo wszechobecnego niechlujstwa to miejsce zachęcało do zwierzeń.

Ludzie powierzają Capucine sekrety, których za nic nie powierzyliby pere Albanowi, jedynemu księdzu na wyspie. Wygląda na to, że buduar, nawet nadgryziony zębem czasu, przyciąga silniej niż konfesjonał. Capucine nie zyskała z wiekiem powszechnego szacunku, a mimo to cieszy się względami mieszkańców wioski. Podobnie jak zakonnice, poznała zbyt wiele sekretów.

Rozmawiałyśmy przy kawie i ciastkach. Capucine potrafiła pochłonąć nieograniczone ilości cukrowych ciasteczek, zwanych devinnoiseries, uzupełniając je raz po raz gitane’ami, kawą i wiśniami w czekoladzie, które brała z olbrzymiego pudełka w kształcie serca.

- Zaglądam do niego dwa razy w tygodniu - poinformowała mnie, dolewając kawy do miniaturowych filiżanek. Czasami zanoszę ciasto albo robię przepierkę.

Czekała na moją reakcję i z zadowoleniem przyjęła podziękowania.

- Ludzie gadają, wiesz - powiedziała. - Ale to nic. Te czasy dawno minęły.

- Chyba wszystko z nim w porządku, prawda?

- Sama wiesz, jaki on jest. Nikomu się nie zwierza.

- Nigdy się nie zwierzał.

- No właśnie. Ci, co go znają, rozumieją. Ale z obcymi bywa gorzej. Nie chodzi tu o ciebie - zreflektowała się natychmiast. - On po prostu nie lubi zmian. Ma swoje nawyki. W każdy piątek wieczorem przychodzi do Angela i wychyla devinnoise z Omerem, regularnie jak w zegarku. Rzecz jasna, niewiele mówi, ale z jego głową jest absolutnie w porządku.

Na wyspach wszyscy boją się obłędu. W niektórych rodzinach przechodzi on z pokolenia na pokolenie niczym wadliwy gen, coś takiego, jak wyższa zapadalność na hemofilię oraz skłonność do posiadania dodatkowych palców w zamkniętych społecznościach. Zbyt gęsta krew, powiadają houssinianie. Moja matka ciągle powtarzała, że z tego właśnie powodu Grosjean ożenił się z dziewczyną z kontynentu.

Capucine pokręciła głową.

- To niełatwa pora roku. Daj mu trochę czasu.

Oczywiście. Dzień Świętej Patronki. Gdy byłam dzieckiem, często pomagaliśmy z ojcem w odnawianiu kaplicznej wnęki - na koralowo, z tradycyjnym motywem gwiazd przed dorocznymi uroczystościami. Salanianie są przesądni z konieczności, choć w La Houssiniere uważa się podobne wierzenia i tradycje za coś z lekka groteskowego. Oczywiście w La Houssiniere nadal stoi kościół. La Houssiniere jest chronione przez La Jetee. La Houssiniere nie musi się zdawać na łaskę przypływów i odpływów. W Les Salants morze jest bliższe i trzeba je ułagodzić.

- Rozumie się - przerwała moje rozmyślania Capucine że Grosjeanowi morze odebrało więcej niż innym. A w Dzień Patronki, niemal w rocznicę tego, co się stało... no cóż. Musisz być wyrozumiała, Mado.

Skinęłam głową. Znałam tę historię, choć wydarzyła się jeszcze przed ślubem moich rodziców. Dwaj bracia, bliscy sobie niczym bliźniacy, nosili nawet wspólnie to samo imię, jak to na wyspie. Ale P’titjean utopił się w wieku dwudziestu trzech lat, bezsensownie, z powodu dziewczyny, choć zdołano przekonać ojca Albana, że był to przypadek. Trzydzieści lat później Grosjean nadal obwiniał siebie.

- A więc to się nie zmieniło. - Moja wypowiedź nie była pytaniem.

- Skarbie, to się nigdy nie zmieni.

Widziałam nagrobek, pojedynczą granitową płytę na La Bouche - cmentarzu tuż nad La Goulue.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24

Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconJoanne Harris jeżynowe wino

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconDo zobaczenia w piekle”
Фризйер”. Wokół ratusza drewniane budy straganów z wystawionym przed drzwi towarem. Świat, który przeminął, szczelnie okryty płaszczem...

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconKsięŻniczka na ziarnku grochu”

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconKsiężniczka na ziarnku grochu, czyli o talencie rozróżniania

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconGrupa. 1 Opisz, w jaki sposób rozdzielisz mieszaninę piasku z solą. 2

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconCharlaine Harris

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconHopscotch Copying Beethoven Ed Harris

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconWolfsbane and Mistletoe Charlaine Harris

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconRaport ec harris na temat ograniczeŮ I barier

Joanne Harris Świat w ziarnku Piasku iconLummie Harris Information Literacy edit 6360

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom