Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą




Pobierz 54.47 Kb.
NazwaChodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą
Data konwersji28.10.2012
Rozmiar54.47 Kb.
TypDokumentacja
Piraci


Chodzi tu o prawdziwych piratów i ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą szybkością i itp. Chodzi tu przede wszystkim o grabież cudzego majątku na morzach, oceanach i ich nadbrzeżach. Słowo pirat jest powszechnie znane. Korsarz to jego specyficzna odmiana. Właściciel statku, nie koniecznie pirat, ofiarowywał usługi jakiemuś państwu w wojnie czy w okresie rywalizacji handlowej z innym państwem, atakował statki wroga, zabierał co się dało, część łupów zatrzymywał, część oddawał skarbowi państwa-opiekuna. Ta opieka wyrażała się w tym także, że kapitan takiego statku był zaopatrzony w list kaperski zapewniający, że żaden statek państwa któremu służył nie mógł go zaatakować. Korsarzy nazywano także kaperami. Bukanierzy to przeważnie ludność Wysp Karaibskich. Gdy szaleństwo rabowania statków hiszpańskich ze złota, srebra, korzeni, tytoniu ustało gdzieś na początku XVIII w. ludzie ci wykorzytali "lukę w interesie", przerzucili sią z łowców dzikich świń na piratów, napadali na wszystko, co poruszało się po morzu czy oceanie, a także na kolonie europejskie na swoich wyspach.

Piractwo to wielkie przekleństwo początku czasów nowożytnych na drodze z Ameryk do Europy, a na Morzu Śródziemnym także w okresie Średniowiecza i Starożytności. Gdy wreszcie je zwalczono, wydarzenia i ludzie obrastali legendami, wizerunek najsłynniejszych piratów zaczęły kształtować powieści, najczęściej niskich lotów i filmy sensacyjne. Ten obraz często nie pokrywa się z rzeczywistością.

Piractwo zaczęło się niespodziewanie odradzać w ostatnich latach XX wieku. I chociaż piraci byli obecni prawie bez przerwy gdzieś w Malezji czy u wybrzeży Tajlandii, dopiero piraci somalijscy weszli na pierwsze strony gazet i do dzienników telewizyjnych. Przez kilka miesięcy temat ten był jednym z tematów dyżurnych w polskich mediach gdy zaatakowano i przejęto dubajski supertankowiec Sirius Star którego kapitanem był Polak. Na statku pływał także drugi polski marynarz. To wielki i pojemny statek. Przewoził 2 miliony baryłek, czyli ponad 300 milionów litrów ropy. To mniej więcej tyle, co jedna trzecia wydobycia dziennego w Arabii Saudyjskiej. Afera skończyła się ugodowo. Statek zarekwirowany 15 października 2008 r. wrócił do armatora 9 stycznia 2009 roku, który zapłacił porywaczom 3 miliony dolarów, w jego kieszeni zostało ok. 97 milionów - wartość kargo - no i statek nie uległ zatopieniu. Polacy wrócili do Polski.

Media i w naszych czasach fałszują obraz współczesnego pirata. Ci co dokonują tak spektakularnych skoków jak wspomniany wyżej są to już ludzie mafii dysponujący szybkimi nowoczesnymi łodziami, korzystający z GPSu i komórek o ogromnym zasięgu. Dzisiaj przeciwko takim bandziorom ponad 20 państw, w tym Stany, Wielka Brytania i Chiny ruszyły na wojnę na morzu i lądzie. Jakby nie było jest co chronić, bo ok. 20% ropy przemieszczanej na świecie, tędy jest transportowane. Większość jednak tzw. piratów somalijskich to przyzwoici ludzie którzy dla ochrony kraju zawiązali Ochotniczą Straż Wybrzeża. Gdy w 1991 r. upadł rząd Somalii, uczestnicy wojny, w tym bogate kraje zachodnie, ogołocili kraj wycofując się. Powstało widmo głodu. Na dodatek zaraz po upadku rządu u wybrzeży kraju pojawiły się tajemnicze statki zrzucające do wody jakieś tajemnicze beczki. Ilość tych statków wzmogła się bardzo gdy kontrolę ruchu na tych wodach przejęła mafia włoska. Zrzucano do wody tuż przy wybrzeżach przede wszystkich odpady nauklearne, brudy szpitalne, skażone ciężkie metale. Skutek tej akcji był natychmiastowy. Ludność przybrzeżna zaczęła chorować na choroby popromienne, zaczęły rodzić się dzieci zdeformowane, a gdy tsunami w 2005 r. rozbiło część tego bagażu cywilizacji i wyrzuciło odpadki na brzeg, ludzie zaczęli umierać. Naliczono ok. 300 ofiar śmiertelnych; realna liczba jest dużo wyższa. Za statkami ze śmieciami pośpieszyli kłusownicy do wód bogatych w ryby i owoce morza. Ci wyławiają z przybrzeżnych wód Somalii tuńczyki, krewetki i homary warte 300 milionów dolarów każdego roku. I gdy bogaci w restauracjach Nowego Jorku, Londynie, Paryżu czy Rzymie zajadają się tymi smakołykami, w Somalii ludzie umierają z głodu, a za kilka lat już nie będzie co łowić. Na dodatek piraci gansterzy przechwytują dostawy Światowego Programu Żywienia. A więc prawdziwymi morskimi bandytami nie są Somalijczycy, nie są ludzie z Ochotniczej Straży Wybrzeża, chociaż blichtr pieniądza i ich zaczyna korumpować, bo niekiedy pozwalają na zatopienie ładunków za odpłatą.

Sytuacja jest często matką przestępstw. Widzimy to na przykładzie Somalii. Tak było i w przeszłości. W restrykcyjnych społeczeństwach dla wielu zapach wolności szedł od morza. Często to były mżonki. Na statkach panem życia i śmierci bywał kapitan. Piekło doków czy zabitych deskami wsi zamieniano na jeszcze większe piekło okrętu.Zatłoczony pokład, niewolnicza praca, częste batożenie, a gdy to nie daje rezultatu by uczynić majtka bardziej sprawnym, następowała wymuszona podróż za burtę. Dla niektórych, wyeksploatowanych i schorowanych było to wyzwoleniem. Lek na szkorbut w formie naturalnych witamin, na chorobę prawie każdego marynarza przebywającego poza portem miesiącami, odkrył dopiero kapitan Cook pod koniec XVII w. W geście rozpaczy załoga niektórych statków wysyłała okrutnego kapitana za burtę, statek stawał się pirackim. Na wielu takich statkach panowała prawdziwa demokracja. Kapitana wybierano w głosowaniu, łupami dzielono się sprawiedliwie, osoby pokrzywdzone przez los, nawet zbiegli czarni niewolnicy, byli przyjmowani na służbę i, dziw nad dziwy, nawet w owych czasach traktowani byli jak równi, jak ludzie, a nie czarne bydło.

W IV w. p.n.e. przed oblicze największego wodza starożytności Aleksandra Wielkiego przyprowadzono pirata. Ten zanim umarł w mękach zdążył powiedzieć wodzowi prosto w twarz: "Ja uprawiałem swój proceder przy pomocy niewielkiego statku, dlatego nazywasz mnie rabusiem. Ty zająłeś cały świat, masz do dyspozycji potężną flotę, więc nosisz imię imperatora." Trudno coś, nawet dzisiaj, dodać do tych słów.

Piractwo to jedna z największych plag ludzkości. Zaczęło się razem z historią żeglugi morskiej. Jeszcze dziś transport wielu dóbrnp. Ropy naftowej oray ciężkich i o dużych gabarytach przedmiotów jak wozy, czołgi, elementy budowlane przemieszczane są najczęściej statkami; w dawniejszych epokach to był prawie wyłączny środek transportu. Zagarniając statek można było w ciągu jednego dnia stać się człowiekiem bogatym i to bez żadnej odpowiedzialności karnej, bo łatwo było zatrzeć ślady zbrodni: załoga zaatakowanego statku odbywała przymusowy spacer za burtę, statki najczęściej podpalano, te szybko tonęły, nie było świadków, pirat ukrywał zdobycz na niezamieszkałych terenach, najczęściej wyspach. Po "przejściu na emeryturę" stawał się często szanowanym i honorowanym obywatelem swego kraju. Niektórzy z nich dochodzili do najwyższych stanowisk np. admirała floty, paszy, czy nawet marszałka sił wojennych.

Choć nie ma morza czy oceanu gdzie by nie uprawiano tego procederu, najsłynniejsze są trzy akweny: morza wschodniej Azji, Morze Śródziemne i akweny wokół Karaibów .

Plaga piractwa w Azji wybuchła w XIII w. Byli to Japończycy, najczęściej żołnierze, handlarze, przemytnicy oraz ronini (zubożali czy zbiegli samurajowie). Najeżdżano brzegi Korei i Chin. Powoli ster tego procederu zaczęli przejmować Chińczycy. By zadać ostateczny cios piractwu Chiny zablokowały wolny handel z Japonią. Skutek był odwrotny od zamierzonego. Rozboje na morzach, a jeszcze bardziej na wybrzeżach, nie ustały. Piraci Chin i Japonii połączyli wtedy swoje siły, tak że w drugiej połowie XVI w. nie było akwenu morskiego we wschodniej Azji wolnego od tych ataków. Żaden statek i żadne wybrzeże nie były bezpieczne, co więcej: rozzuchwaleni piraci większymi rzekami wdzierali się w głąb lądu.

Piractwo na Morzu Śródziemnym to temat na grube tomy. Zapoczątkowali je Fenicjanie, od nich pałeczkę przejęli Grecy. W Średniowieczu i we wczesnych latach nowożytnej epoki najbardziej groźnymi byli berberowie. Turcja i miasta-państwa włoskie jak Wenecja czy Genua przerzuciły się z piractwa w korsarstwo, przyjmując rozbójników morskich i innych właścicieli statków do swej służby. Przed tym nikt się nie bronił - bardziej opłacało się ograbić wroga niż kupować i rozprowadzać kupione dobra. Był to rodzaj floty morskiej danego kraju, bo ludzie ci umieli nie tylko grabić, ale atakować obce tereny, czy bronić się i swoich przed atakiem. Oni to byli twórcami dobrobobytu i bezpieczeństwa niektórych krajów, a pośrednio jednym z ważnych powodów wybuchu cywilizacyjnego zwanego Renesansem, bo tam gdzie bogactwo i bezpieczeństwo, tam zawsze następuje przyśpieszony postęp cywilizacyjny.

Najbardziej spektakularnym epizodem piractwa w czasie i przestrzeni był akwen Wysp Karaibskich w XVII w. Amerykę odkrył w 1492 r. Kolumb, w 1500 r. do wybrzeży dzisiejszej Brazylii dotarli Portugalczycy, ale zanim tam dotarli słynny papież Aleksander VI ( tatuś równie słynnych i Cezarego i Lukrecji Borgia) bullą z r. 1493 przygotował traktat z Tordesillas zawarty rok póżniej dzielący Amerykę Południową na dwie mniej więcej równe części wzdłuż południka: wschodnia, dzisiejsza Brazylia, miała był strefę wpływów Portugalii, zachodnia Hiszpanii. Na przestrzeni XVI wieku państwa te nie wchodziły sobie w paradę, tym bardziej że Portugalia po dotarciu do Azji po opłynięciu Afryki przede wszystkim dewastowała ekonomicznie tamte tereny; w Brazylii prowadziła rabunkową gospodarkę tylko na wybrzeżach. I chociaż tony zrabowanego tu srebra przekazano do Lizbony, to ten "urobek" był zbyt mały, by się nim zbytnio zainteresowali piraci. Hiszpanie na swoich terenach rabowali i wywozili do ojczyzny wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość, przede wszystkim złoto, srebro, tytoń i przyprawy kuchenne. Wspomniany papież, już człowiek Renesansu, łaskawie uznał Indian za ludzi, zaczęto ich chrzcić na siłę; tych chrztów było coraz mniej, bo w okresie największej ekspoatacji tych terenów ludność tubylcza wymordowana i zdziesiątkowana chorobami europejskimi, szczególnie syfilisem i ospą, zmalała dziesięciokrotnie. Potężną bronią destrukcjną był alkohol - organizmy tubylców nie miały naturalnej samoobrony przed nim. I chociaż Hiszpanie wywieźli z tych terenów kilka tysięcy tom złota i kilkanaście, czy nawet ponad dwadzieścia tysięcy ton srebra, zaplątani w wiele wojen w Europie, niekiedy w kilku na raz, stawali się krajem coraz bardziej zadłużonym, pod koniec XVI w. stającym na progu bankructwa. W tymże wieku inne kraje z zazdrością patrzyły na bogactwo Hiszpanii płynące z zachodu, ale były zbyt słabe, by odważyć się na przerwanie tego monopolu. Wypadki prywatnych napadów na statki Hiszpanii przez piratów w tym wieku też były nieliczne. Dopiero niefortunna inwazja Anglii w 1588 r. przez Wielką Armadę i klęska pod Gibraltarem w 1607 r. zaostrzyły apetyty. Klęska Wielkiej Armady, najpotężniejszej siły morskiej na świecie w owych czasach, to splot czterech sprzyjających okoliczności dla Anglików: wojna morska odbyła się na znanym im terenie, burza morska w czasie bitwy też im pomogła, bo ich statki bardziej były dostosowane do takich warunków, były one mniejsze, a więc szybsze i łatwiejsze do manewrowania, no i wreszcie nieudolne przywództwo hiszpańskie oddane przez Filipa II w ręce człowieka który nie tylko nic nie wiedział o bitwach morskich, ale nawet najprawdopodobniej nigdy do tej pory nie płynął statkiem. Przekonano się, że Hiszpanię można upokorzyć, w konsekwencji przejąć przynajmniej część jej terytoriów i odbić na morzach i oceanie część bogactw, które ciągle płynęły szerokim strumieniem na wschód. Zaczął się okres szalonej aktywizacji piractwa. Piraci powoli przekształceni zostali ze zwyczajnych bandziorów w korsarzy w służbie Anglii, Francji czy Niderlandów. To było im bardzo na rękę: mieli ochronę państwa któremu służyli, mogli pływać pod oficjalną banderą tego państwa, swych łupów nie musieli skrzętnie ukrywać, a zabierali dla siebie 80 do 90 procent zdobyczy. W drugiej połowie XVII wieku ludzie ci byli faktycznie najważniejszymi decydentami w rozwoju historii Europy Zachodniej. Wielu z tych nobilitowanych piratów zachowali się na morzach nie jak szlachetni korsarze, lecz zwyczajni rozbójnicy morscy. W czasie ataku na statek wroga wciągali na maszt swoją własną banderę, dość różną dla niemal każdego statku, ale czaszka i piszczele na czarnym tle były najczęściej jej elementami. krucieństwo i straszny, często szczegółowo wyreżyserowany ich wygląd, budziły taki strach, że nawet potężne statki wojenne niekiedy poddawały się garstce legendarnych już rabusi uzbrojonych tylko w strzelby, kindżały, krótkie miecze podobne trochę do polskich szabli i sztylety.


Prywatne piractwo na Karaibach ustaje od czasu gdy Hiszpania zaczęła wysyłać ekspedycje wojskowe w celu oczyszczenia dróg wodnych między koloniami a macierzą. Wrogowie Hiszpanii też się w tym samym czasie odwrócili od tych prywaciarzy, bo zaczęły powstawać w Anglii, Francji i Niderlandach floty morskie do walki z Hiszpanią. Składały się one w większości ze statków piratów dobrowolnie przyłączających się do tych organizacji morskich. Nastały czasy korsarzy, których w akwenach Morza Północnego i Bałtyckiego nazywano kaperami. Niedobitki prywatnych piratów karano śmiercią często tylko za to, że byli niezależnymi piratami. Tak zginął między innymi jeden z najsłynniejszych piratów William Kidd. Rogatą duszę trudno było uciszyć. Na szubienicy tak się szarpał, że sznur się urwał. Użyto mocniejszego sznura, by go ostatecznie unicestwić. Ciało umieszczono w żelaznej klatce i zawieszono nad Tamizą jako przestrogę, że od teraz rozbój morski musi mieć imprimatur angielskiej admiralicji. Piraci nie zawsze byli surowo osądzani przez pospólstwo; było kilka przypadków, że bunt zgromadzonych obserwatorów egzekucji ratował skazanych od stryczka. Jedemu z piratów - nazwisko nieistotne - udało się uratować samemu. Po powieszeniu i zdjęciu z szubienicy denat raptem ożył. Prawo angielskie nie przewidywało przypadku, by za tę samą zbrodnię karać podwójnie, pozwolono mu więc na własnych nogach opuścić miejsce kaźni.

Teraz dopiero, w epoce korsarstwa, czyli w XVII wieku zaczyna się prawdziwe szaleństwo rabunkowe na morzach i oceanie. Zródła historyczne podają, że w latach 1623-1636 sami korsarze holenderscy zdobyli i zrabowali aż 545 okrętów hiszpańskich, a to dopiero początek tej ery - jej zenit przypada na lata 1660-1690. Łupienie statków hiszpańskich już nie wystarczało korsarzom. Zaczęli tworzyć kolonie na terenach początkowo jeszcze nie zajętych przez Hiszpanów i przekazywać je w ręce swoich państw opiekuńczych. I tak to Anglicy przejmują Antiguę, Barbados, Montserrat i kilka innych wysp, Francuzi zajmują Martynikę, Guadelupe i St. Kitts, Holendrzy mają swoją bazę wypadową na wyspie Curaçao. Hiszpanie wysyłają ekspedycję za ekspedycją by wykurzyć nowoprzybyłych z zajętych terenów, jakby nie było sam Pan Bóg poprzez swego reprezentanta na Ziemi papieża Aleksandra VI dał im te tereny na wieczne czasy, ale skutki są znikome. Okręty wojenne przydały się jednak jako konwój statków kupieckich. Korsarstwo europejskie na wodach karaibskich powoli zaczyna zamierać choć nie do końca. Europejczyków zastępuje w tym procederze ludność osiadła na wyspach. To bukanierzy. To, że wielu z nich miało rodziców czy dziadków przybyłych tu z Hiszpanii, nie przeszkadzało im atakować statki tego kraju. Byli sprytniejsi od rdzennych korsarzy europejskich. Znali dobrze teren, atakowali statki, które jeszcze nie uformowały się w konwoje. Początkowo atakowali okręty z lądu. Przy pomocy piróg bezszelestnie dopływali do upatrzonego statku, dokonywali szybkiego abordażu, grabili, mordowali załogę. Póżniej, gdy już pływali na dużych zdobytych statkach wydawali otwarte wojny statkom atakowanym. Prawie zawsze zwyciężali, bo dobrze znali "rzemiosło morskie" no i fama okrutnych bandziorów morskich paraliżowała obrońców. Anglia i Francja wracają do dawnego zwyczaju dawania protekcji tym nowym piratom używajaąc ich w walce z przeciwnikami. Byli to jednak ludzie niezależni w przeciwieństwie do korsarzy.Trzeba się było z nimi układać. I tak Francja wysłała do Tortugi niejakiego Lavasseura, by ukrócił piractwo w tej części Karaibów. Ten zamiast walczyć z nimi ofiarował bukanierom schronienie na wyspie w zamian za część łupów i w pełni udostępnił im port. To pierwszy port piracki, tu sprowadzano zdobyte statki z łupem minus załoga, zmieniano nazwę statku, domalowywano jakieś groźne symbole, wyposażano go w kilkadziesiąt dział i od tej pory był to już statek piracki, nie trzeba go było jak dawniej palić na morzu. Anglicy stworzyli podobną przyjazną przystań na Jamajce w Port Royal. Ci nowi piraci już nie tylko atakowali statki ale i osiedla przybrzeżne, a nawet warowne miasta. W 1671 r. nasłynniejszy z nich Henry Morgan zorganizował chyba największą wyprawy piracką na najbogatsze miasto "nowego świata" Panamę. Miasto zdobył, ale się nie obłowił, bo mieszkańcy spodziewając się ataku wcześniej wywieźli wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Miał do swej dyspozycji 28 okrętów, a na nich 1864 ludzi. Wściekły torturował lub mordował każdego z mieszkańców, co mu się nawinął pod ręką. Miasto spalił doszczętnie; trzeba było później zbudować nowe kilka kilometrów dalej od ruin starego. Nie wiedział, czy udawał, że nie wie, że Anglia zawarła właśnie pakt o nieagresji z Hiszpanią. Skutego w kajdany zawieziono do Londyna, ale tylko po to, by uspokoić i zmylić czujność Hiszpanów. W Londynie nie tylko że go rozkuto, ale nadano mu tytuł szlachecki i wysłano spowrotem na Karaiby jako admirała marynarki i wicegubernatora Jamajki. Od tej pory dawny bandzior nosił dumnie dodatek "Sir" przed swoim nazwiskiem.

Ataki lądowe bukanierów kończyły się najczęściej darowaniem życia zaatakowanym, a to nie z dobrego serca atakujących, ale po to, by ci ludzie do końca życia płacili im haracz. To taki siedemnastowieczny Pruszków czy Wołomin na tamtych terenach.

W okresie swego „eldorado” w latach 1660 do 1690 bukanierzy nie przestrzegali już żadnych reguł, atakowali wszystko co się poruszało na ziemi czy wodzie, w tym także swoich opiekunów. Zbyt byli sprytni, by ich można było zniszczyć w ataku otwartym. Zaczęto więc odbywać podróże z łupami już tylko z potężną eskortą statków wojennych. Nowozałożone miasta otaczano wysokimi i grubymi murami, w każdym z nich stacjonował duży garnizon wojskowy. Odmówiono bukanierom dostępu do portów, rekwirowano nieukryty majątek. Nie opłacało się już napadać na kogokolwiek. Niektórzy z nich „poszli na emeryturę” i żyli w dostatku korzystając z wcześniej zagrabionych i ukrytych skarbów, inni, niepokorni, wynieśli się z Karaibów na inne akweny, tak że od początku XVIII wieku nie ma na tych terenach praktycznie żadnych piratów. Zostały tylko po nich legendy pomieszane z faktami.


Tym z nas którzy jeszcze pamiętają czasy PRLu automatycznie na myśl przychodzą Marks, Engels i Stalin, ci trzej "geniusze" którzy prowadzili nas siłą do raju. Nie doprowadzili, bo pogubili drogę. Tu chodzi o ludzi ciekawszych niż wymienieni, choć w skali społecznej uplasowanych niżej - o trzech piratów: Czerwonobrodego, Czarnobrodego i Eryka Pomorskiego. To typowi piraci żyjący w różnym czasie i uprawiający swoje procedery na trzech różnych akwenach: Morza Śródziemnego, wodach karaibskich i na akwenie Morza Bałtyckiego i Północnego. To tylko reprezentaci. Piratów było tysiące, znamy setki z nazwisk czy przezwisk, znamy nieco faktów i dużo legend o nich.

Czerwonobrody (1473-1518) ani tak się nie nazywał, ani nie miał czerwonej brody. Nosił imię Oruç ( w europejskim przekręceniu Aruj). Na początku swej kariery pirackiej w latach 1504 do 1510 przewoził muzułmańskich uciekinierów z Hiszpanii do Afryki, bo od 1492 roku - roku odkrycia Ameryki - cała Hiszpania była już krajem chrześcijańskim. Ci z wdzięczności dodawali przed jego imieniem słowo baba czyli ojciec. Od tej pory Oruç nazywa się Baba Oruç, a ponieważ to brzmi nieco podobnie do włoskiego barba rossa ( czerwona broda), przeszedł do historii i legendy jako Barbarossa. Brodą miał chyba czarną jak większość ludzi z tamtych terenów; nie zdążyła mu posiwieć, bo zginał w wojnie z Hiszpanami w wieku 45 lat. Jego imię i misję nękania chrześcijan przejął młodszy brat Hizir, który póżniej został admirałem floty ottomańskiej, a nawet paszą, osobą drugą po sułtanie. Ten drugi Barbarossa w historiografii i legendzie tureckiej jest sławniejszy od swego brata, ale nie byłoby drugiego bez pierwszego, bo właśnie u niego zdobywał szlify pirackie, więc na tym pierwszym się skupmy.

Jego ojcem był Turek Yakup Aga, matką grecka chrześcijanka Katalina. Miał trzech braci: starszego Ishaqa i młodszych: wspomnianego Hizira i Ilyasa, oraz dwie siostry. O losach sióstr nic nie wiemy; były w owych czasach tylko dobytkiem domowym: więcej się wtedy wspomina i pisze o ulubionym koniu, psie czy sokole, niż o kobiecie. Tatuś zasłużył się w wyrwaniu wyspy Lesbos z rąk genuańczyków, dostał w nagrodę od sułtana posiadłość ziemską na tej wyspie. Rozkręcił intratny interes garncarski, kupił statek, synowie mu w tym wszystkim pomagali. Statkiem rozwożono garnki po wschodnich wodach Morza Śródziemnego aż do czasu gdy ich statek został napadnięty i uprowadzony przez okręt rycerzy krzyżowych Joannitów. Był to zwyczajny rozbój piracki, a Joannici nie bardzo chcieli przyjąć do wiadomości, że Wyprawy Krzyżowe dawno się skończyły. W owym czasie byli potęgą morską z siedzibą na wyspie Rodos, nękając wspólnie z Wenecją i Genuą Turków ottomańskich którzy w r. 1453 przejęli Wschodnie Cesarstwo Rzymskie i postawili nogę w Europie. Ottomani nie mieli liczącej się na morzach floty wojennej, musieli ją szybko zbudować, bo zagrożenie od strony morza było wielkie, dlatego tak chętnie pomagali awanturnikom typu Oruça. Ten, po odsiedzeniu 3 lat w kazamatach Joannitów i stracie najmłodszego brata we wspomnianym ataku, pałał żądzą zemsty. Zgłosił się najpierw ze swymi pirackimi usługami do księcia Shehzade Korkuta. Dostał od niego najpierw 18, potem 24 statki, by nękały przede wszystkim rycerzy krzyżowych. Gdy książę stracił prawo do tronu i musiał uciekać z Turcji, Oruç zgłosił się do mameluckiego sułtana Egiptu. Już miał dużą flotyllę pomnażaną przez coraz to nowe statki zagrabione. Sułtan pomógł, dorzucił z łaski jeszcze jeden statek, udostępnił mu port. Gdy na terenach wschodnich akwenu sródziemnomorskiego zrobiło się zbyt ciasno i coraz niebezpieczniej Barbarossa zaofiaroweał swe usługi sułtanowi Tunezji. Ten udostępnił mu port La Goulette w zamian za jedną trzecią łupów. Od tego czasu terenem łowów pirackich stały się kraje zachodnich wybrzeży Morza Śródziemnego. Wyspy na tych terenach i wybrzeża krajów całego akwenu zachodniego były atakowane i grabione przez Oruça. Grabierzy dopuszczano się też na otwartych wodach. Szczególnie upodobano sobie Apulię, Sycylię a przede wszystkim Ligurię, bo położone w niej miasto-państwo Genua miało najpotężniejszą flotę na tych terenach. Przyszła kolei na południowo-wschodnią Hiszpanię i wyspy Baleary. W tych podbojach dzielnie pomagał Oruçowi młodszy brat Hizir, a w 1509 r. dołączył brat starszy. W czasie jednej z takich wypraw twającej nie cały miesiąc bracia zagarnęli aż 23 statki. Flotylla stawała się flotą morską, każdy prawie kraj Europy śródziemnomorskiej miał w tej flocie swoje zagrabione statki. Nawet statki angielskie też tam się znalazły. Utrata lewego ramienia nie pohamowała entuzjazmu bojowego Oruça. Dostał nowy przydomek Srebrnego Ramienia, bo doprawiono mu srebrną protezę. Zależność od sułtana Tunisu sprzykrzyła się braciom, bo kosztowała ich sporo, a sułtan był zbyt słaby, by liczyć na jego protekcję. Zaczęli podbijać Algerię, i to nie tylko tereny nadmorskie, ale i osiedla w głębi kraju. Działa przemieszczali przez pustynię przyczepiając do nich żagle. Oruç ogłosił się sułtanem Algerii. Ale nowa potęga wyrastała w Europie. Najdzielniejszy i najwaleczniejszy ze wszystkich królów Hiszpanii Karol I, a równocześnie cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego (jako taki nosił imię Karola V) postanowił ukrócić szaleństwa piratów. Czując co się święci Barbarossa zrzeka się tytułu sułtana na rzecz sułtanatu ottomańskiego, pozostaje zwykłym administratorem (bejem) Algerii i wszystkich tureckich posiadłości w tej części Europy i Afryki. Opieka potężnego sułtana na nic się nie przydała. W maju 1518 r. Karol lądem podchodzi pod zabarykadowane miasto Tlemcen i zdobywa je w ciągu 20 dni. Oruç i jegio starszy brat giną. Młodszy Hazir staje się drugim Barbarossą, jest potężniejszy i skutecznieszy nawet od swego wielkiego brata, nęka chrześcijan przez następne trzydzieści lat. Dzięki braciom Turcja staje sią największą potęgą morską na tych terenach aż do czasu klęski pod Lepanto w 1571 r. Ale i po klęsce ma liczącą się w ówczesnym świecie flotę morska, a posiadłości afrykańskie traci dopiero w czasie I Wojny Światowej.

Niezwykła historia niezwykłych braci.


Z Morza Śródziemnego przenieśmy się myślą i wyobraźnią na akweny wokół wysp Karaibskich i nadbrzeża Wirginii i obu Karolin. Tu na przestrzeni niecałego wieku rozegrały się najbardziej spektakularne napady i rabunki pirackie, które póżniej powieści i filmy rozsławiły. Pod koniec tego to szaleństwa na horyzoncie zjawia sie niejaki Edward Teach, który sam sie przemianował na Czarnobrodego (Blackbeard). Choć był małą płotką w porównaniu z takimi typami jak kapitanowie Morgan, Kidd i wielu innych, przeszedł do historii i legendy jako najbardziej oryginalny i spektakularny pirat. Kariera jego trwała krótko, trzy lata (1716-1718). Przyszedł znikąd, nawet nazwisko Teach, którym najczęściej się posługiwał, to najprawdopodobniej pseudonim - chodziło o ochronę przed prześladowaniem rodziny, o której absolutnie nic nie wiemy. Z natury był człowiekiem stosunkowo łagodnym jak na pirata, załogi zdobytych okrętów wysadzył na brzeg lądu, był towarzyski, lubił się bawić w oparach alkoholu, miał 12 żon, jedną po drugiej, nic nie wiemy by wyrzucał je za burtę, gdy się nimi znudził, czego nie można powiedzieć o pobratymcach tej samej profesji. Przez cały czas uprawiania piractwa pracował nad swym "image". Zapuścił długą brodę i włosy spod których nie było widać twarzy. Włosy i brodę zaplatał w warkocze, dodając kolorowe tasiemki. W czasie ataku wkładał sobie pod kapelusz lont z konopi, zapalał go; jego głowa spowita w dymie wyglądała jak łeb diabła wcielonego. W pasie i na ramieniu miał doczepione pięć pistoletów, kilka noży i szablę. Od lontu spod kapelusza zapalał lonty armat. Działał na wyobaźnię, a powstającymi o nim legendami tak manipulował, że nawet załoga uważała go za szalonego diabła, stąd miał absolutny posłuch. Umiał czytać i pisać, co było raczej rzadkością wśród pospolitych piratów. Gdyby żył dzisiaj mógłby zamieszkać w Warszawie i robić gruby pieniądze ucząc polityków, jak choćby braci Kaczyńskich, Leppera i wielu innych, jak budować i promować swój image, bo był przecież mistrzem nad mistrzami w tej dziedzinie.

Zaczął swą karierę jako "czeladnik" u pirata Beniamina Hornigolda. Miał talent, szybko został kapitanem jednego z jego statków. Wspólnie dopadli duży francuski statek Concord. W międzyczasie stary Horngold skorzystał z amnestii i przeszedł "na emeryturę". Czarnobrody stał się panem całą gębą, wyposażył statek francuski w 40 armat, przemalował go i przechrzcił na Zemstę Królowej Anny. Gdy zaczął plądrować inne statki kupieckie Anglicy wysłali przeciwko niemu okręt wojenny Scarborough. Miał na pokładzie 30 dział. Statek Czarnobrodego był zwrotniejszy i szybszy, mógł uciec. Czarnobrody dostrzeg jednak w tym spotkaniu okazję, by udowodnić wszem i wobec, że jest królem piratów, bo dotychczas żaden pirat prywaciarz dobrowolnie nie zdecydował się walczyć ze statkiem wojennym. Doszło do wielkiej bitwy, trwającej parę godzin. Oczywiście Czarnobrody wyszedł z niej zwycięsko. Ponieważ nie było nic do zrabowania i instynkt mu podpowiedział by pozwolić odpłynąc załodze pokonanej, bo wtedy zostanie namacalny dowód jego triumfu, uczynił to. Apetyt wzrastał razem z konsumpcją. I tak w maju 1718 r. Czarnobrody obrabował 10 statków wypływających czy wpływających do portu Charleston w Południowej Karolinie. Co ważniejsze persony zatrzymywał jako zakładników, to była jego gwarancja niekarności.

Dopiero tęsknota, by zacząć korzystać z zagrabionych skarbów przekonała Czarnobrodego by skorzystać z amnestii. Zanim to jednak zrobił okradł współtowarzyszy i najlepszym i najszybszym statkiem tylko z kilkoma mu najbliższych ruszył w siną dal. Choć poszkodowani zaprzysięgli mu zemstę, nikt z nich nie miał już więcej okazji by go ujrzeć. Dopiero teraz zjawił się w mieście Bath City, poprosił gubernatora Północnej Karoliny Charlesa Edena o dokumenty amnestii. Pirat był hojny, lubił i umiał się bawić zafascynowany gubernator uznał go za przyjaciela. Razem zaplanowali i urządzili pierwszy legalny ślub Czarnobrodego z jakąś szesnastolatką. Ale przyjemności małżeńskie nie były porównynalne z radością piractwa; szybko wrócił do "zawodu". Stworzył na wyspie Ocracoke swoją przystań, tam szalał i bawił się. Gdy spotkał na oceanie swego kumpla z dawnych lat sprowadził go na wyspę i tu razem szaleli bez ustanku kilka dni i nocy. Wyspa znajduje się pobliżu stanu Wirginia. Mieć takiego sąsiada to ciągłe zagrożenie. Gubernator Aleksander Spotswood postanowił problem ten rozwiązać raz na zawsze. Jego statki były za duże, by mogły dopłynąć do "dziupli" pirata. Kazał zbudować dwa mniejsze i dostosować je do misji jaką miały spełnić. 21 listopada 1718 r. póżnym wieczorem dotarły do celu. Rankiem następnego dnia rozgorzała bitwa. Czarnobrody tym razem postanowił uciec, by nie narażać swego statku na uszkodzenia. Ale ten dzień nie był szczęśliwy dla niego. Na oceanie raptem ucichł wiatr. Wiosłowanie spowolniło statek, statki gubernatorskie dopędziły go. Co prawda armaty Czarnobrodego wyeliminowały jeden statek z walki, drugi, Ranger, nie miał na pokładzie armat, a strzały z muszkietów ustały. Pokład usiany był trupami. Wtedy Czarnobrody pewny zwycięstwa tylko z kilkoma ludźmi wszedł na pokład. Na znak kapitana Maynarda trupy "ożyły". Ludzi pirata szybko odesłano na drugi świat, a Czarnobrodego Maynard wezwał na pojedynek spodziewając się że jeśli wygra, stanie się legendą . Czarnobrody pierwszy dosięgnął szablą Maynarda, ten jednak zdążył wysupłać pistolet i strzelić z bliska do pirata. Czarnobrody chyba nawet nie odczuł strzału, wpadł w szał, chwile Maynarda były policzone. Wtedy "trupy" włączyły się do akcji: pięć kul i 20 cięć szablą dokonały swego, tym bardziej że ostatnie cięcie pozbawiło Czarnobrodego głowy.

Poszedł tam gdzie się wybierał, do piekła, bo przecież w niebie nudziłby się, to nie honor dla pirata tam skończyć, a w dodatku na niebo trzeba zasłużyć. Wcześniej już przygotowywał się na tę podróż. Raz zarządził, by w ładowni swego statku podpalić siarkę. Całą załogę tam zgromadził, by się przekonać kto w gorącu i oparach najdłużej przetrwa. Oczywiście on sam był ostatnim opuszczającym to miejsce. Już bez głowy wszedł w rzeczywistość która nie była więc dla niego nowością, nawet siarka piekielna i ogień nie były mu rzeczą obcą.


Tym niebrodatym piratem był Eryk Pomorski (1382-1459): wysoki przystojniak, kobieciarz, nerwus, człowiek oschły i nieprzystępny. Miał bardzo ciekawe życie zanim stał się piratem. Urodzony w Darłowie w domu słowiańskich książąt pomorskich i ochrzczony jako Bogusław miał to szczęście, że królowa norweska Małgorzata I zaadoptowała go. Wcześniej zjednoczyła pod jednym berłem Norwegię, Danię i Szwecję i uczyniła swego przybranego syna królem tych trzech państw. Będąc pełnoletnim królem musiał czekać 10 lat, aż przybrana mama zemrze, by zacząć sprawować władzę. Lepiej brzmiącym w jej uszach imieniem był Eryk więc nazwała go Erykiem III w Norwegii, Erykiem VII w Danii i Erykiem XII w Szwecji. Gdy potem musiał zejść z tych trzech tronów i odziedziczył po bracie stryjecznym Bogusławie IX księstwa pomorskie zatrzymał imię Eryk; stał się księciem Erykiem I. Ciekawy jestem za którego Eryka uchodził w czasie pielgrzymki do Ziemi Świętej, na soborze powszechnym w Konstancji, w Krakowie na ślubie Władysława Jagiełły z jego czwartą żoną Zofią. Do Krakowa wstąpił wracając z piegrzymki, bo miał interes: chciał pozyskać córkę Jagiełły dla wspomnianego księcia pomorskiego Bogusława IX. Nie osiągnął tego czego chciał, dlatego póżniej zerwie umowę z królem polskim o wzajemnej pomocy w razie ataku Krzyżaków i im z kolei zaofiarowuje swoje usługi.

Kłopoty Eryka w jego trzech królestwach zaczęły się od wojny o Księstwo Holsztyńskie, które prawnie było posiadłością Danii oraz starania, by Bogusław IX był jego następcą tronu w tym kraju. Ta propozycja nie była do przyjęcia przez jego poddanych, bo Bogusław IX w sporach z miejscowym biskupem doczekał się ekskomuniki. W mentalności pobożnych Duńczyków potępieniec nie mógł być pomazańcem bożym. Wojna to blokada na morzach, mniejszy ruch handlowy, większe podatki, a więc sprawy których obywatele wszystkich krajów i wszech czasów nie lubią. Zaczęły się bunty i powstania, w konsekwencji utrata władzy Eryka.

Małżeństwo Eryka z Filippą Lancaster, córką króla Angielskiego Henryka IV, było bezpotomne. Wymusił na niej, by się przeniosła do klasztoru, wtedy przyjął za towarzyszkę życia jej pokojówkę Cecylię - była ładniejsza i bardziej spolegliwa. Powstania przeciwko niemu w trzech królestwach zmusiły go do schronienia się na Wyspie Gotlandzkiej, ale i stąd wykurzyli go Szwedzi. Znowu szczęśliwym trafem uwolnił się tron książęcy na Pomorzu w księstwie słupskim po śmierci jego protegowanego Bogusława IX. Jako Eryk I, książę Słupska i Stargardu, osiadł ze swoją Cecylią w Darłowie. Ten nielegalny związek bardzo gorszył jego poddanych.

Po utracie królestw, a nawet Gotlandii, jego standarty życiowe znacznie się zaniżyły. Trzeba było jakoś majątek podreperować. Zdecydował się zostać piratem. Robił to z największą przyjemnością rabując statki Hanzy, bo ta organizacja dokuczyła mu w przeszłości nie tylko najeżdżając i rabując wybrzeża Danii, ale brała też czynny udział przeciwko niemu w wojnie o Księstwo Holszytyńskie. Było co rabować, bo w owym czasie miasta Hanzy były bogate, więc i jej statki opłacało się zagarniać. Zebrał ogromne bogactwa, które póżniej przekazał córce księcia Bogusława IX księżniczce Zofii. Dania te skarby uznała za swoją własność, Zofia tak je skrzętnie ukryła, że do dziś nie zostały odnalezione. Eryk I spoczął w krypcie kościoła parafialnego w Darłowie.

Na Bałtyku i Morzu Północnym było wielu piratów z różnych krajów, bo było co rabować. Nawet królowie polscy wynajmowali piratów, wielu z nich to obcokrajowcy, by w zamian za zrabowane dobra tworzyli wojenną flotę królewstwa. To była powszechne praktyka w kilku innych krajach, bo taniej było mieć taką flotę, niż budować własną od zera. Nad często niesfornymi załogami różnych statków trzeba było twardą ręką trzymać kontrolę, podpowiadać piratom jaki statek nieprzyjaciela atakować, asystować przy podziale łupów. Powstała więc w Królestwie Polskim Komisja Morska z własnym budżetem. W ramach tej formacji pospolici piraci stali się szlachetnymi kaperami. Komisja zakończyła działalność ze śmiercią króla założyciela Zygmunta Augusta. W roku 1626 Komisja odżyła za panowania Zygmunta III Wazy pod nową nazwą Komisji Okrętów Królewskich. Ona to przygotowała plan zwycięskiej bitwy morskiej pod Oliwą w rok po swoim założeniu. Ona zbudowała Władysławowo strzeżące Hel i unowocześniła port wojenny w Pucku. Większe miasta Hanzy też miały swoje floty pirackie. Taką "lewą" flotę miał Gdańsk. Słynny w swoich czasach kaper Paweł Beneke właściciel największego statku pirackiego nie tylko Gdańska ale całej Hanzy, na pokładzie napadnietego galeonu S. Matteo znalazł tryptyk Hansa Memlinga stworzony ok. 1470 r. techniką olejną na desce. W czasie podziału łupów obraz przypadł partnerowi Pawła Beneke, który chyba dużo nagrzeszył, bo oddał go w ofierze ekspijacyjnej kościołowi Wniebowzięcia N.M.P. w Gdańsku. Obraz ten w epoce napoleńskiej znalazł sie w Luwrze, póżniej w Berlinie, zanim wrócił do Gdańska. Podobną podróż odbył do Rzeszy w czasie II Wojny Światowej, a póżniej do leningradzkiego Ermitażu. Wrócił, mam nadzieję, na stałe do Polski w 1956 r., ale jest zbyt cennym zabytkiem, by go umieszczać w kościele. W kontrolowanych warunkach klimatycznych znajduje się w Muzeum Narodowym w Gdańsku. To najcenniejszy jego eksponat i jedno z najwspanialszych arcydzieł na terenie Polski.

Władysław Pomarański


( Piraci; Piraci morscy; Historia piractwa; Pomaranski)

Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconUwodzenia kobiet, które nie przyniosły Ci oczekiwanych efektów. Sam niedawno przeglądałem porady, rzekomo o uwodzeniu I przyznam, że ubawiłem się co nie miara, czytając, co ci wszyscy „eksperci" od podrywania wypisują. Wyłowiłem z ich wypocin kilka „prawdziwych perełek"

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconChodzi o informacje, tak że polecam je przejrzeć osobom, które się tam wybierają, a sama postaram się nie powtarzać zbytnio. Co nie znaczy, że się nie rozpiszę

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconDrogi, jeśli sam nie zapyta. Dla tych, którzy nie pytają, nie warto otwierać pyska. Przez ostatnie tygodnie dowiedziałam się jednak od tych, którzy pytali, czyli od tych, których to ewentualnie jakoś tam interesuje, że oni zrobiliby to lepiej niż ja, robiliby więcej kilometrów dziennie, mieliby leps

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconWarzyw I owoców – zarówno tych znanych, jak I egzotycznych. Zachęca dzieci nie tylko do zapoznania się z ich historią, ale też podpowiada, dlaczego warto je jeść

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconZapotrzebowanie na energię elektryczną systematycznie rośnie. Nikt dziś nie kwestionuje konieczności budowy kolejnych elektrowni. Niestety, nie wszystkie plany mają szansę doczekać się realizacji. I wcale nie o pieniądze tu chodzi

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconNikt nie pyta dzieci ani też nie zachęca ich do zastanowienia się, jakie potrzeby usiłują zaspokoić, zachowując się w ten, a nie w inny sposób

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconUżytkownicy komputerów dzielą się przede wszystkim na hakerów, lamerów I tych pomiędzy. Haker jest to taki osobnik który zna przynajmniej jeden język

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconKę jego obrazów. Zachowały się zapisy, wskazujące że urodził się w Broghel koło Bredy, nie jest jednak jasne czy chodzi o miasto

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconWcielenia Jezusa Chrystusa I Jego zastępczej ofiary są bardzo ważne, I jeśli prowadzone są we właściwym duchu, nie należy z nich rezygnować, gdyż właściwe zrozumienie tych zagadnień zbliża nas do Zbawiciela I pogłębia naszą wdzięczność dla Niego. Innym bardzo ważnym powodem, dla którego powinniśmy k

Chodzi tu o prawdziwych piratów I ich póżniejsze wcielenia, nie tych, co kradną utwory muzyczne, wdzierają się do komputerów, jeżdża po drogach z szaleńczą iconWarsztaty I wydarzenia z okazji Dnia Bez Samochodu Nie tylko samochody jeżdżą do przodu

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom