Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej




Pobierz 264.99 Kb.
NazwaPowstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej
strona1/7
Data konwersji29.10.2012
Rozmiar264.99 Kb.
TypDokumentacja
  1   2   3   4   5   6   7

POWSTANIE

Thomas M. Reid

R. A. SALVATORE PRZEDSTAWIA

WOJNA PAJĘCZEJ KRÓLOWEJ

KSIĘGA DRUGA



Miała wrażenie, jak gdyby kawałek jej samej wysuwał się z jej łona i przez chwilę czuła się osłabiona, jak gdyby oddawała zbyt wiele.

Żal szybko minął.

Bowiem w chaosie jedno miało stać się wieloma, a wiele miało podróżować różnymi drogami w celach, które wydawały się różnorodne, ale tak naprawdę były jednym i tym samym. W końcu znów staną się jednością i wszystko będzie tak jak dawniej. Było to bardziej odrodzenie niż narodziny. Był to bardziej wzrost niż osłabienie czy oddzielenie.

Działo się tak już od tysiącleci i musiało tak być, jeśli chciała przetrwać nadchodzące wieki.

Była teraz bezbronna – wiedziała o tym i zdawała sobie sprawę, że wielu wrogów zaatakuje ją, jeśli nadarzy się okazja. Wielu jej własnych poddanych zechce ją zastąpić, jeśli tylko nadarzy się okazja.

Jednak oni wszyscy trzymali się w defensywie, wiedziała o tym, albo marzyli o podbojach, które wydawały się wielkie, lecz w skali czasu i przestrzeni były błahe i nieistotne.

To przede wszystkim zrozumienie oraz świadomość czasu i przestrzeni, zdolność postrzegania wydarzeń takimi, jakimi będą się jawić za sto, tysiąc lat, odróżniały tak naprawdę bóstwa od śmiertelników, bogów od niewolników. Chwila słabości w zamian za tysiąclecie wzrastającej potęgi...

Tak więc, pomimo bezradności, pomimo słabości (której nienawidziła ponad wszystko), przepełniała ją radość, gdy kolejne jajo wysunęło się z jej pajęczego odwłoka.

Bowiem rosnącą istotą w jaju była ona sama.

Rozdział

pierwszy


– Dlaczego moja ciotka miałaby zaufać elfce, która wysyła mężczyznę, żeby ją wyręczył? – zapytała Eliss’pra, patrząc pogardliwie na Zammzta.

Kapłanka rozparła się we władczej pozie na wyściełanej sofie, która została dodatkowo obita pluszem zarówno ze względów dekoracyjnych, jak i dla wygody. Quorlana pomyślała, że szczupła mroczna elfka w koszulce kolczej kunsztownej roboty i z buzdyganem pod ręką powinna nie pasować do urządzonego z takim przepychem salonu. Jednak Eliss’pra wyglądała tak, jak gdyby zaliczała się do najznakomitszych bywalców Bezimiennego Domu. Quorlana zmarszczyła nos z niesmakiem – dobrze wiedziała, który dom reprezentuje Eliss’pra i uważała, że wyniosła drowka siedząca naprzeciw niej za bardzo wczuła się w rolę zarezerwowaną dla jej ciotki.

Zammzt skinął lekko głową, przyjmując do wiadomości obawy mrocznej elfki.

– Moja pani dała mi pewne... upominki, które, jak ma nadzieję, wyrażają jej zupełną i bezwzględną szczerość w tej sprawie – powiedział. – Pragnie również, abym powiadomił was, że będzie ich więcej, kiedy porozumienie zostanie przypieczętowane. Być może w ten sposób rozproszone zostaną również wasze obawy – dodał z uśmiechem, który miał być uniżony, a który Quorlana uznała za dziki. Zammzt nie należał do przystojnych mężczyzn.

– Twoja pani – odparła Eliss’pra, unikając tytułów i imion, co piątka zebranych ustaliła na samym początku – prosi moją ciotkę, a właściwie każdy z reprezentowanych tu domów, o bardzo wiele. Podarki nie są wystarczającą rękojmią zaufania. Musisz się bardziej postarać.

– Tak – przytaknął siedzący po prawej ręce Quorlany Nadal. – Moja babka nawet nie weźmie tego sojuszu pod uwagę, jeśli nie otrzyma przekonywujących dowodów, że dom... – drow ubrany w proste piwafwi urwał w pół słowa. Noszone przez niego insygnia świadczyły o tym, że jest czarodziejem należącym do Uczniów Pheltonga. Złapał oddech i podjął: – To znaczy twoja pani – że twoja pani rzeczywiście przekazuje fundusze, o których wspominałeś.

Wydawał się rozgoryczony tym, że prawie się wygadał, ale zachował niewzruszony wyraz twarzy.

– Ma rację – dodała Dylsinae siedząca po drugiej stronie Quorlany. Jej gładka, piękna skóra niemal świeciła od zapachowych olejków, którymi nałogowo się nacierała. Prześwitująca, opinająca ciało suknia kontrastowała z pancerzem Eliss’pry, odzwierciedlając skłonność do hedonistycznych przyjemności. Jej siostra, matka opiekunka, była chyba jeszcze większą dekadentką. – Żadna z osób, które reprezentujemy, nawet nie kiwnie palcem, dopóki nie przedstawisz nam jakichś dowodów, że nie nadstawiamy karków. Istnieją o wiele bardziej... interesujące... sposoby spędzania wolnego czasu, niż branie udziału w rebelii – skończyła Dylsinae, przeciągając się ospale.

Quorlana wolałaby siedzieć dalej od tej ladacznicy. Słodki zapach jej perfum przyprawiał ją o mdłości.

Pomimo ogólnego niesmaku, jaki budziły w niej pozostałe cztery drowy, Quorlana zgadzała się z nimi w tej kwestii, co przyznała na głos.

– Gdyby moja matka miała sprzymierzyć się z waszymi pomniejszymi domami przeciwko wspólnemu wrogowi, potrzebowałaby pewnych gwarancji, że nie zrobicie z nas kozłów ofiarnych, jeśli sprawy przybiorą niepomyślny obrót. Nie jestem wcale pewna, czy to w ogóle możliwe.

– Uwierzcie mi – odrzekł Zammzt, okrążając zebranych, aby nawiązać z każdym z osobna kontakt wzrokowy. – Rozumiem wasz niepokój i niechęć. Jak już powiedziałem, podarki, które mam rozkaz ofiarować waszym domom, są jedynie skromnym dowodem zaangażowania mojej pani w ten sojusz.

Wsunął dłoń w fałdy piwafwi i wyjął spomiędzy nich tubę na zwoje, na dodatek ozdobną. Wysunął z niej gruby rulon pergaminów i rozwinął go. Quorlana pochyliła się do przodu na krześle, zaciekawiona nagle tym, co przyniósł drow.

Przeglądając zawartość pergaminów, Zammzt posortował je i zaczął okrążać zgromadzenie, po kolei podając każdemu z konspiratorów kilka kart. Kiedy wręczył Quorlanie jej plik, przyjęła go ostrożnie, niepewna, jakiego rodzaju pułapkę zastawiono na tych stronach. Przyjrzała się im uważnie, ale jej podejrzenia zostały rozwiane; były to zaklęcia, nie klątwy. Drow podarował im zwoje z czarami!

Quorlana poczuła, jak wzbiera w niej uniesienie. Taki skarb był bezcenny w tych dniach niepewności i niepokoju. Nieobecność Mrocznej Matki wystawiła na ciężką próbę wszystkie czczące ją kapłanki. Quorlana nie była w stanie tkać magii objawień od czterech dziesiątków dni i na każdą myśl o tym oblewała się potem. Ale dzięki zwojom mogła odsunąć od siebie lęk, niepokój i poczucie bezradności, przynajmniej na jakiś czas.

Kapłanka z najwyższym trudem oparła się pokusie przeczytania zwojów tu i teraz. Przypominając sobie, komu służy – przynajmniej na razie – schowała pergaminy do kieszeni piwafwi i z powrotem skupiła się na potajemnym spotkaniu.

– Oprócz tych upominków jedynym dowodem mogącym przekonać was o szczerości naszych zamiarów, byłoby wynajęcie najemników – odezwał się Zammzt, choć reszta mrocznych elfów wydawała się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi.

Eliss’pra i Dylsinae miały oczy szeroko otwarte pod wpływem tego samego podniecenia, które odczuwała Quorlana. Nadal, choć sam nie był aż tak przejęty – zaklęcia nie przedstawiały dla czarodzieja żadnej wartości – potrafił docenić wartość podarunków.

– Dla każdego z was powinno być jasne – ciągnął Zammzt – że kiedy nasz dom zbliży się do kogoś z zewnątrz, nie będzie już dla nas odwrotu. Będziemy tkwić w tym po same uszy, bez względu na to, czy sprzymierzycie się z nami, czy nie. A to, moi czarujący towarzysze, stawianie sprawy na głowie.

– Niemniej – odparła Eliss’pra, wciąż uśmiechając się do trzymanych w rękach zwojów – właśnie to musicie zrobić, jeśli chcecie zaliczyć moją ciotkę w poczet swoich sojuszników.

– Tak – potwierdziła Dylsinae.

Nadal skinieniem głowy przyznał im rację.

– Myślę, że moja matka przystanie na te warunki. Zwłaszcza kiedy zobaczy to – wyraziła zgodę Quorlana, wskazując gestem ukryte w piwafwi zwoje. – A już na pewno jeśli tam, skąd pochodzą, jest ich więcej.

Jakim cudem zbywa im na zwojach? – dziwiła się.

Zammzt zmarszczył brwi.

– Niczego nie obiecuję. Bardzo wątpię, czy uda mi się ją do tego przekonać, ale jeśli się zgodzi, zatrudnię najemników i dostarczę wam na to dowody.

Nikt się nie odezwał. Wszyscy znaleźli się o krok od podjęcia decyzji, od której nie będzie już odwrotu, a choć podjęcie jej nie leżało w gestii żadnego z nich, i tak czuli jej ciężar.

– A więc spotkamy się, kiedy już zbierzesz armię – powiedziała Eliss’pra, wstając z sofy. – Do tego czasu nie życzę sobie widzieć kogokolwiek z was w pobliżu, nawet na tej samej ulicy.

Kapłanka chwyciła buzdygan w garść i opuściła salon.

Za nią wyszli kolejno pozostali, nawet Zammzt. Quorlana została w komnacie sama.

Nadszedł nasz czas, pomyślała drowka. Lolth rzuciła nam wyzwanie. Wielkie domy Ched Nasad upadną, a nasze zajmą ich miejsce. Nareszcie nadszedł nasz czas.

* * *

Idąca krasnoludzką arterią Aliisza zdążyła się już tak przyzwyczaić do bezustannego postękiwania, warczenia i ślinienia się tanarukków, że przestawała je zauważać, więc cisza, która ją teraz otaczała, była wręcz odczuwalna. Poruszanie się po starożytnym Ammarindarze bez eskorty półdemonów – półorków stanowiło miłą odmianę. Kaanyr rzadko prosił ją – nie używała słowa “pozwalał” – o zrobienie czegokolwiek bez zbrojnej eskorty, więc zdążyła już zapomnieć, jak przyjemna może być samotność. Lecz choć cieszyła się odosobnieniem, jakkolwiek krótkie by było, miała pewien cel, przyspieszyła więc kroku.

Szła długim, szerokim bulwarem, który eony temu został wyciosany przez nie żyjące już od dawna krasnoludy z nienaruszonej opoki samego Podmroku. Choć nie zwracała na to uwagi, szeroki korytarz został wykonany z niezwykłym kunsztem. Każdy kąt był doskonały, wszystkie kolumny i gzymsy grube i misternie zdobione runami oraz stylizowanymi podobiznami mężnego ludu. U wylotu bulwaru Aliisza wkroczyła do wielkiej komnaty, która sama w sobie była na tyle duża, żeby pomieścić małe miasteczko. Skręciła w boczny tunel, który przecinał kilka głównych korytarzy i alej, prowadząc prosto do pałacu Kaanyra mieszczącego się w centrum starego miasta. Była zaskoczona tym, jak puste mogło się ono wydawać, nawet pomimo wszystkich Znękanych Legionów Dzierżącego Berło, które się po nim kręciły. Przecięła aleje, znalazła ścieżkę, której szukała i pospieszyła w stronę pałacu.

Przy wejściu do sali tronowej stało na straży dwóch tanarukków. Krępe, szarozielone humanoidy były jak zwykle przygarbione, a znad zbyt wielkiej dolnej szczęki sterczały im wyzywająco kły. Przyglądały się nadchodzącej Aliiszy zmrużonymi czerwonymi ślepiami i wydawało jej się, że gotowe są rzucić się na nią, taranując ją niskimi, pochyłymi czołami. Wiedziała, że z jej magią łuskowate grzebienie wystające im z czół nie stanowią dla niej żadnego zagrożenia, ale stworzenia wyglądały tak, jakby nie były pewne, kim jest, bo ich skrzyżowane berdysze broniły jej wstępu. W końcu, kiedy wydawało się już, że będzie musiała zwolnić i coś powiedzieć – co bardzo by ją rozgniewało – dwie prawie nagie bestie porośnięte szorstkim futrem odsunęły się, pozwalając jej wejść do środka. Uśmiechnęła się do siebie, zastanawiając się, jak zabawne byłoby obdarcie ich żywcem ze skóry.

Minąwszy kilka zewnętrznych komnat, Aliisza przeszła przez próg samej sali tronowej i dostrzegła markiza rozwalonego w nonszalanckiej pozie na tronie, wielkim, ohydnym krześle wykonanym z kości jego wrogów. Za każdym razem, gdy widziała jego siedlisko, przypominało jej się, jak jest ordynarne. Znała wiele demonów, które uważały siedzenie na kupie kości za swego rodzaju symbol władzy i chwały. Jej zdaniem podobne zachowanie wskazywało wyłącznie na brak klasy i brak subtelności. Był to główny przejaw braku wyobraźni, jaki zdradzał Kaanyr Vhok.

Kaanyr przerzucił jedną nogę przez poręcz tronu. Siedział z podbródkiem opartym na dłoni, z łokciem na kolanie. Wpatrywał się w górne partie komnaty, najwyraźniej zastanawiając się nad czymś. Był nieświadomy jej przybycia.

Podchodząc, Aliisza niemal nieświadomie zaczęła prowokacyjnie kołysać biodrami i odkryła, że podziwia postać demona w takim samym stopniu, w jakim – jak miała nadzieję – on podziwia ją. Demon miał łobuzersko zmierzwione siwiejące włosy i w połączeniu ze skośnymi uszami nadawały mu one wygląd dojrzałego, nawet jeśli nieco beztroskiego półelfa. Na myśl o tych wszystkich podstępach, za którymi tak przepadał, kiedy to podawał się na powierzchni świata za przedstawiciela tej pięknej rasy, usta Aliiszy wykrzywił chytry uśmieszek.

Kaanyr usłyszał wreszcie kroki swej małżonki i podniósł wzrok. Twarz rozjaśniła mu się, choć Aliisza nie była pewna, czy sprawił to jej widok, czy też wieści, jakie przynosiła. Istota dotarła do pierwszego stopnia podwyższenia i zaczęła się wspinać na górę, pozwalając sobie na zaledwie cień dąsu na twarzy.

– Moja rozkoszna, wreszcie jesteś i przynosisz wieści, mam nadzieję? – zapytał Kaanyr, prostując się i głaszcząc po udzie.

Aliisza pokazała mu język, kołysząc biodrami pokonała dzielący ich dystans i klapnęła mu na kolana.

– Już nie rzucasz się na mnie tak jak kiedyś, Kaanyrze – udała, że się skarży, sadowiąc się wygodniej. – Kochasz mnie już tylko przez wzgląd na pracę, którą dla ciebie wykonuję.

– To niesprawiedliwe, maleńka – odparł Vhok, przesuwając czule dłoń w dół jej czarnego, lśniącego skrzydła. – Ani szczególnie prawdziwe.

Mówiąc to, położył jej drugą rękę na karku, pod błyszczącymi czarnymi lokami, i przycisnął ją do siebie, całując długo i namiętnie, aż ciarki przeszły jej po plecach. Przez krotką chwilę zastanawiała się, czy nie zacząć mu się opierać, wybierając jedną z niezliczonych wariacji gry, którą oboje wydawali się tak kochać, ale szybko zmieniła zdanie. Jego dłoń przesunęła się w dół jej szyi i zsuwała się coraz niżej. Jego dotyk bardzo na nią działał, a wiedziała, że gdy usłyszy przyniesione przez nią wieści, podobne gierki sprawią tylko, że czar pryśnie.

Po chwili Kaanyr i tak odsunął się od niej i powiedział:

– Dosyć. Powiedz mi, czego się dowiedziałaś.

Tym razem Aliisza naprawdę się nadąsała. Pieszczoty, jakimi Kaanyr obdarzał jej skrzydła i inne części ciała, sprawiły, że dyszała lekko i bez względu na ważne wiadomości nie była skłonna dać się tak szybko zbyć. Zastanawiała się, czy nie zachować wieści jeszcze przez jakiś czas dla siebie, dając mu delikatnie do zrozumienia, że nie należy jej lekceważyć. Może i rządził tym miejscem, ale ona nie była jego służącą. Była jego małżonką, była doradczynią, i miała prawo znaleźć sobie innego kochanka, gdyby przestał ją zadawalać. Zaspokojenie alu – córki sukkuba i człowieka – było wyzwaniem, któremu tylko nieliczni potrafili sprostać. Kaanyr do nich należał. Postanowiła mu powiedzieć.

– Nie zboczyli z drogi, choć jest rzeczą oczywistą, że wiedzą, iż się zbliżamy. Ich zwiadowcy zauważyli harcowników i nadal unikają kontaktu. Wkrótce przyprzemy ich do Araumycosa.

– Jesteś pewna, że nie są szpiegami ani nie chcą wypowiedzieć nam wojny? Żadnych szybkich uderzeń, zanim znikną?

Zadając to pytanie, Kaanyr z roztargnieniem głaskał jedno z jej skrzydeł, przyprawiając alu-demona o dreszcz rozkoszy. Wydawał się nie zauważać jej reakcji.

– Zupełnie pewna. Wyraźnie zmierzają na południowy wschód, w kierunku Ched Nasad. Za każdym razem, gdy odcinamy im drogę, szukają innej. Wygląda na to, że są zdecydowani utrzymać ten kurs.

– A jednak to nie karawana – zauważył. – Nie mają towarów ani zwierząt jucznych. Prawdę mówiąc, są niezwykle lekko uzbrojeni jak na drowy. Z pewnością coś knują. Pytanie brzmi, co?

Aliisza znów zadrżała, choć tym razem powodem były tyleż pieszczoty Kaanyra, co podekscytowanie wywołane kolejną wiadomością.

– Z całą pewnością nie jest to karawana – powiedziała. – To najdziwniejsza grupa drowów wędrująca po pustkowiach, jaką widziałam. Towarzyszy im draegloth.

Kaanyr wyprostował się, wpatrując się Aliiszy prosto w oczy, i zapytał:

– Draegloth? Jesteś pewna?

Kiedy Aliisza kiwnęła głową, wydął wargi.

– Interesujące. Sprawa staje się coraz bardziej intrygująca. Po pierwsze, od kilkudziesięciu dni nie widzieliśmy ani jednej elfiej karawany. Po drugie, kiedy grupa drowów wyrusza w końcu w drogę, idą tędy, czego normalnie staraliby się unikać jak zarazy, i wreszcie towarzyszy im draegloth, co oznacza, że wmieszany jest w to osobiście któryś ze szlacheckich domów. Co oni knują, na dziewięć piekieł?

Vhok z powrotem zapatrzył się w mroczną dal i zaczął z roztargnieniem pieścić swą małżonkę, tym razem wodząc delikatnie palcami wzdłuż jej żeber odsłoniętych przez sznurowanie lśniącego czarnego gorsetu. Alu westchnęła z rozkoszy, ale zdołała skupić myśli.

– To nie wszystko. Podsłuchałam ich rozmowę, kiedy zatrzymali się, żeby odpocząć. Jeden z nich, zdecydowanie jakiś mag, szydził z drowki, która wyglądała na kapłankę.

– Jeden z elfów dogryzał elfce? To nie potrwa długo.

– I to nie byle jakiej elfce. Zwracał się do niej “mistrzyni Akademii”.

Kaanyr wyprostował się na tronie, badając ją wzrokiem.

– Naprawdę? – zapytał tak zaintrygowanym tonem, że nawet nie zauważył, iż prawie zrzucił Aliiszę na podłogę u swoich stóp. Alu udało się zachować równowagę, ale musiała wstać, żeby nie wyjść na głupią. Zmierzyła markiza gniewnym spojrzeniem. Nieświadomy tego Kaanyr ciągnął dalej: – Świetnie się składa. Jedna z najwyższych kapłanek w całym Menzoberranzan próbuje przekraść się incognito przez moje maleńkie władztwo. I pozwala czarodziejowi wyjeżdżać na siebie z gębą. Żadnych karawan od ponad miesiąca, a teraz to. A to ci dopiero!

Kaanyr odwrócił się z powrotem do Aliiszy i widząc gniewny wyraz jej twarzy, przekrzywił głowę z zakłopotaniem.

– Co znowu? Co się stało?

– Nie masz pojęcia, prawda? – zapytała ze złością.

Kaanyr rozłożył bezradnie ramiona i potrząsnął głową.

– W takim razie ja ci nie powiem! – warknęła i odwróciła się do niego plecami.

– Aliiszo. – Głos Vhoka, głęboki i władczy, sprawił, że ciarki przeszły jej po plecach. Był zły, tak jak chciała. – Aliiszo, spójrz na mnie.

Zerknęła na niego przez ramię, unosząc łukowatą brew w niemym pytaniu. Wstał z tronu i stanął z rękami na biodrach.

– Aliiszo, nie mam na to czasu. Spójrz na mnie!

Wzdrygnęła się wbrew sobie i odwróciła, żeby spojrzeć w twarz kochankowi. Oczy pałały mu, a ona stopniała pod ich spojrzeniem. Podąsała się jeszcze trochę, żeby wiedział, że nie lubi być karcona, ale skończyła z gierkami.

Vhok skinął lekko głową z zadowoleniem. Twarz lekko mu się rozpogodziła.

– Cokolwiek zrobiłem, wynagrodzę ci to później. Teraz musisz tam wracać, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. Spróbuj spotkać się z nimi twarzą w twarz i “zaprosić” ich do nas. Ale bądź ostrożna. Nie chcę, żeby to się dla nas źle skończyło. Jeśli do grupy należą wysoka kapłanka i draegloth, reszta też może być niebezpieczna. Trzymaj Znękanych blisko siebie, otocz ich, ale nie marnuj zbyt wielu ludzi. Ale niech nie wygląda też na to, że ich powstrzymujesz. Nie...

Aliisza przewróciła oczami, czując się nieco urażona.

– Robiłam to już kilka razy – przerwała mu głosem ociekającym sarkazmem. – Chyba wiem, co robić. Ale...

Podeszła bliżej do Kaanyra – właściwie weszła w niego – i stanęła na palcach, obejmując go ramionami w pasie i zaplatając gładką, nagą nogę wokół jego łydki. Przyciągnęła się, przywierając do niego całym ciałem, i podjęła:

– Kiedy uporam się z tym prościutkim zadaniem – powiedziała głosem ochrypłym od pożądania – ty przez jakiś czas zajmiesz się moimi potrzebami. – Wysunęła się w górę, ugryzła go lekko w ucho, po czym wyszeptała: – Twoje pieszczoty działają aż nadto dobrze, ukochany.

* * *

Triel nie lubiła popadać w zadumę, ale ostatnio coraz częściej się na tym przyłapywała. Tym razem, kiedy uświadomiła sobie, że znów jej się to przydarzyło, zdała sobie nagle sprawę, że siedem pozostałych matek opiekunek spogląda na nią wyczekująco. Drowka zamrugała i przez chwilę wpatrywała się w nie, usiłując przypomnieć sobie słowa rozmowy, które brzęczały w tle jej myśli. Pamiętała tylko głosy, nic poza tym.

– Zapytałam – powiedziała matka opiekunka Miz’ri Mizzrym – jakie inne wyjścia z sytuacji brałaś pod uwagę na wypadek, gdyby twoja siostra nie wróciła?

Gdy Triel nadal nie odpowiadała, matka opiekunka o surowym wyrazie twarzy dodała:

Jakieś myśli przychodzą ci dziś chyba do głowy, prawda, matko?

Triel znów zamrugała, pod wpływem wstrząsu wywołanego kąśliwymi słowami Mizzrym skupiając uwagę na rzeczach istotnych, zamiast na wrażeniu pustki, które odczuwała w miejscu, w którym powinna być obecna bogini. Inne wyjścia z sytuacji...

– Oczywiście – odpowiedziała w końcu. – Zastanawiałam się nad tym, ale zanim zagrzebiemy się w alternatywach, musimy wykazać się cierpliwością.

Matka opiekunka Mez’Barris Armgo prychnęła.

– Czy słuchałaś w ogóle tego, o czym rozmawiałyśmy przez ostatnie pięć minut, matko? Cierpliwość to luksus, na który nie możemy już sobie pozwolić. Tłumiąc powstanie, nadszarpnęłyśmy nasze zasoby magii do tego stopnia, że może nam się udać – powtarzam, może – stłumić kolejną większą rebelię, gdyby do takiej doszło. Choć nie mam nic przeciwko dobrej bitwie, tłumienie następnego powstania niewolników byłoby marnotrawstwem, gdy jest tylko kwestią czasu, kiedy Gracklstugh czy ocaleli z Blingdenstone ustalą, że jesteśmy bezbronne, pozbawione...

Tęga, arogancka matka opiekunka urwała, nie chcąc, choć zwykle była bezpośrednia i nietaktowna, ubrać w słowa kryzysu, który zajrzał im wszystkim w oczy.

– O ile już o tym nie wiedzą – wtrąciła Zeerith Q’Xorlarrin, tuszując niedokończoną myśl Mez’Barris. – Nawet teraz jedna czy więcej nacji może zbierać armię, która ma stanąć u naszych bram. Nowe głosy mogą sączyć truciznę w uszy pośledniejszych istot w Braerynie czy na Bazarze, głosy należące do osób na tyle sprytnych, aby ukryć własną tożsamość i swoje prawdziwe zamiary. To coś, co musimy wziąć pod uwagę i przedyskutować.

– O tak – stwierdziła z pogardą Yasreana Dyrr. – Tak, siedźmy tu i dyskutujmy; nie działajmy, nigdy nie działajmy. Boimy się wyjść na ulice naszego własnego miasta!

– Ugryź się w język! – warknęła Triel, coraz bardziej rozsierdzona. Rozwścieczył ją nie tylko kierunek, w jakim potoczyła się rozmowa – zarzucenie wysokiej radzie tchórzostwa! – ale również drwina, niezwykle oczywista zjadliwość słów pozostałych opiekunek. Drwina z niej.

– Jeśli któraś z nas obawia się chodzić naszymi własnymi ulicami, nie musi zasiadać w radzie. Czy jesteś kimś takim, Yasraeno?

Matka opiekunka domu Agrach Dyrr skrzywiła się na te słowa, a Triel zdała sobie sprawę, że nie tylko dlatego, że zrozumiała, iż pozwoliła sobie na zbyt wiele. To opiekunka domu Baenre, ponoć sojuszniczka domu Yasraeny, udzieliła jej tej surowej nagany. Było to celem Triel. Nadszedł już czas przypomnieć pozostałym opiekunkom, że to ona wciąż sprawuje tu władzę i nie ma zamiaru tolerować podobnej niesubordynacji ze strony którejkolwiek z siedzących wokół niej elfek, sojuszniczek czy też nie.

– Może opiekunka Q’Xorlarrin ma rację – powiedziała cicho Miz’ri Mizzrym, w oczywisty sposób próbując zmienić temat rozmowy. – Może powinnyśmy brać pod uwagę nie tylko tych, którzy wiedzą, nie tylko tych, którzy działają przeciwko nam – potajemnie lub otwarcie – ale też tych, którzy mogą się przeciwko nam sprzymierzyć. Jeśli dwie lub trzy nacje połączą przeciwko nam siły...

Nie dokończyła myśli. Wszystkie drowki wyglądały nieswojo, zastanawiając się nad słowami Mizzrym.

– Musimy przynajmniej wiedzieć, co się dzieje – podjęła. – Nasza siatka szpiegowska wśród duergarów, illithidów i innych ras nie była ostatnio wykorzystywana i być może nie jest tak mocna, jak byśmy chciały. Ale istniejące struktury powinny dostarczać nam więcej informacji o zamiarach potencjalnych wrogów.

– Nasi szpiedzy powinni robić o wiele więcej – odezwała się Byrtyn Fey. Triel uniosła brew, lekko zdziwiona, gdyż rozwiązłą matkę opiekunkę domu Fey-Branche zazwyczaj nie interesowały dyskusje nie mające wiele wspólnego z jej hedonistycznymi przyjemnościami.

– Powinni szukać słabych punktów naszych nieprzyjaciół. Powinni je wykorzystywać, zwracając zagrażających nam potencjalnych sprzymierzeńców przeciwko sobie, a może nawet szukać niezadowolonych wśród naszych tradycyjnych nieprzyjaciół, niezadowolonych na tyle, że mogliby wziąć pod uwagę nowy sojusz.

– Oszalałaś? – warknęła Mez’Barris. – Sojusz z kimś z zewnątrz? Komu mogłybyśmy zaufać? Bez względu na to, jak będziemy podchodzić do podobnego przymierza, w momencie, w którym ujawnimy, że nie możemy otrzymywać błogosławieństw od naszej własnej bogini, potencjalni sprzymierzeńcy albo pękną ze śmiechu, albo popędzą podzielić się ze wszystkimi tą wiadomością.

– Nie bądź taka tępa – odwarknęła zaraz Byrtyn. – Wiem, że lubisz walić prawdę prosto w oczy, ale istnieją lepsze, bardziej subtelne sposoby zwabienia sojusznika do łoża. Potencjalni zalotnicy nie muszą wiedzieć o twoich wadach, dopóki nie skorzystasz z ich wdzięków.

– Niemożność obrony naszego własnego miasta jest zbyt widoczną wadą, żeby próbować ją ukryć – rzekła Zeerith, marszcząc brwi. – Nasze własne wdzięki musiałyby być nader przekonujące, by taki potencjalny zalotnik nie dostrzegł prawdy. Ten pomysł ma jednak pewne zalety.

– Wykluczone – oświadczyła opiekunka Mez’Barris, zakładając na piersi grube ramiona, jak gdyby uważała dyskusję za zakończoną. – Ryzyko odkrycia naszej tajemnicy przez wrogów tylko by wzrosło, a to, co możemy zyskać, z pewnością nie jest tego warte.

– To słowa kaszalota, na którym nikt nie zawiesi oka – skwitowała zadowolona z siebie Byrtyn, przeciągając się ospale, aby mieć pewność, że jej własne krągłe kształty widać wyraźnie przez przejrzystą materię skrzącej się sukni. – I to takiego, który zawsze stara się przekonać samego siebie, że mu z tym dobrze.

Kilka wysokich kapłanek sapnęło, słysząc podobną obelgę, ale Mez’Barris zmrużyła tylko czerwone oczy, świdrując Byrtyn morderczym spojrzeniem.

– Dość tego! – powiedziała w końcu Triel, przerywając konkurs piorunowania się wzrokiem. – Takie utarczki nie mają sensu i nie przystoją żadnej z nas.

Patrzyła znacząco na Mez’Barris i Byrtyn dopóty, dopóki obie nie przestały mierzyć się wściekłym wzrokiem i nie skierowały z powrotem uwagi na nią.

Gdyby tylko był tu Jeggred, pomyślała matka opiekunka domu Baenre.

Triel zastanawiała się przez chwilę, czy nie powinno jej niepokoić to, że w trudnych chwilach znów brakuje jej kojącej obecności draeglotha. Ostatnio często się na tym przyłapywała i obawiała się tego, co to oznacza. Może za bardzo przyzwyczaiła się polegać na zewnętrznej ochronie, zamiast na własnych umiejętnościach. Bała się, że to słabość, a słabość była zdecydowanie czymś, na co nie mogła sobie pozwolić w obecnej sytuacji.

Nie, poprawiła się, nie tylko teraz, nigdy.

Ale potrzeba zawierania sojuszy, choćby krótkich i przelotnych, była nieodzowną częścią jej życia.

Może Byrtyn ma rację, pomyślała. Może właśnie tego potrzeba Menzoberranzan – sojusznika. Innej nacji, innej rasy Podmroku, która pomoże szlacheckim domom, dopóki kryzys się nie skończy.

Triel zacisnęła zęby i pokręciła lekko głową, zdecydowana nie dopuścić do siebie podobnie idiotycznych pomysłów.

Nonsens, powiedziała sobie stanowczo. Menzoberranzan jest najpotężniejszym miastem Podmroku. Nikogo nie potrzebujemy. Zwyciężymy jak zawsze dzięki sprytowi i podstępowi, a także przychylności bogini. Gdziekolwiek ona jest...

– Doskonale wiem, jak się sprawy mają w Menzoberranzan – odezwała się Triel, po kolei spoglądając w oczy każdej z opiekunek. – Kryzys, który przechodzimy, jest próbą – cięższą niż jakakolwiek inna w historii miasta – ale nie możemy pozwolić, żeby problemy, z którymi się borykamy, przeszkodziły nam w zdecydowanym rządzeniu miastem. W chwili, w której zaczniemy się sprzeczać, w chwili, w której przestaniemy stanowić jednolity front wobec innych domów, wobec Tier Breche czy Bregan D’aerthe, zobaczy to również reszta świata, a wtedy wszystko będzie stracone.

– Na razie zachowamy cierpliwość. Dyskusja nad sposobami zażegnania kryzysu jest mile widziana – spokojna, pełna szacunku dyskusja – Triel po raz kolejny skinęła głową w stronę dwóch matek opiekunek – podobnie jak propozycje nowych sposobów ustalenia, co przydarzyło się Lolth, ale nie życzę sobie gadania o obawach i tchórzostwie, ani obelg. Tak zachowują się głupi mężczyźni albo niższe rasy. My, tak jak zawsze, zajmujemy się interesami naszych domów i rady.

Tym razem Triel postarała się złowić spojrzenie każdej matki opiekunki z osobna, po kolei wpatrując się w każdą parę czerwonych oczu, aby mieć pewność, że wszystkie obecne dobrze ją zrozumiały – a także, że przekonała je o własnej sile.

Powoli, jedna za drugą, matki opiekunki skinęły głowami, gotowe, przynajmniej na razie, przystać na żądania Baenre.

Sprawowanie władzy zawsze wymaga subtelności, przypomniała sobie Triel, gdy grupa rozproszyła się i kapłanki rozeszły się do swoich domów. Podobnie jak z giętkim pejczem – jeśli wymachujesz nim zbyt żwawo, może się złamać na grzbiecie niewolnika, którego starasz się do czegoś skłonić.

  1   2   3   4   5   6   7

Dodaj dokument na swoim blogu lub stronie

Powiązany:

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconZmartwychwstanie paul s. Kemp r. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconUpadek richard Lee Byers R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconZe względu na dużą ilość opisów wydzielono materiały z tematów: II wojna światowa I powstanie Wielkopolskie

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconLekcja 117 Dział: II wojna światowa Temat: Konferencje Wielkiej Trójki. Powstanie onz

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconInterview with Vincent Reid

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej icon"Wojna Przeciwko Terrorowi" nie działa tak jak "Zimna Wojna"

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconTemat: Wojna staje się wojną europejską 1 Początek wojny

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconWojna trzynastoletnia (1454 1466) to wojna między zakonem krzyżackim a Polską, zakończona II pokojem toruńskim

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconWojna wybuchła 1 września 1939 po ataku III rzeszy niemieckiej w porozumieniu z zsrr na Polskę. Pierwszy etap wojny, nazywany wojną obronną Polski lub

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconPowstanie w warszawskim getcie I Powstanie Warszawskie

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom