Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej




Pobierz 264.99 Kb.
NazwaPowstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej
strona6/7
Data konwersji29.10.2012
Rozmiar264.99 Kb.
TypDokumentacja
1   2   3   4   5   6   7
Bezimienny Dom. Ale ma być porządny. Nie zamierzam znosić nędznych warunków, do których ty mogłeś przywyknąć.

Valas uniósł brew, ale nic nie powiedział. Uznał za interesujący fakt, że wysoka kapłanka zmieniła zdanie, zgadzając się na plan Pharauna, choć w zasadzie nie przyznała się do tego. Był ciekawy, czy rozmówią się później na ten temat, ale w tej chwili był zadowolony, mogąc spełnić jej polecenie.

– Najszybciej dostaniemy się tam, gdzie chcemy, lewitując – powiedział zwiadowca. – O ile Jeggred ma ochotę mnie nieść, ma się rozumieć.

Quenthel najpierw spojrzała na draeglotha, potem na Faeryl, a w końcu zapytała:

– Nie chcesz mnie zmuszać, żebym kazała Jeggredowi albo Pharaunowi zabić cię z powodu próby ucieczki, prawda?

Faeryl rzuciła jej gniewne spojrzenie, ale potrząsnęła głową.

– Dobrze, a więc prowadź, Valasie. Jestem znużona i dla odmiany chciałabym pogrążyć się w Zadumie na porządnej kanapie.

Jeggred podniósł zwiadowcę jedną ręką i wkrótce wszyscy wznosili się ku wyższym partiom miasta. Faeryl miała rację. Im wyżej się wznosili, tym luźniej robiło się na ulicach. Było i tak tłoczniej, niż Valas pamiętał, ale na wyższych poziomach dało się to znieść. Zwiadowca prowadził ich do ekskluzywnej dzielnicy kupieckiej, gdzie miało swoje przedstawicielstwa handlowe wiele pomniejszych domów mających tylko tyle władzy, żeby dorobić się fortun na handlu, w odróżnieniu od tych, które były dość potężne, by rządzić miastem.

Valas wiedział, że w tej właśnie dzielnicy bywa podczas pobytu w mieście wielu zamożnych kupców z innych rejonów Podmroku. Tutejsze zajazdy były wystarczająco luksusowe, by zapewnić wygody, jakich oczekiwała elita społeczności kupieckiej, a przy tym ich właściciele przymykali oczy nawet na tak niezwykłych gości jak Jeggred. Valas miał nadzieję, że tam znajdą pokój, który zadowoli lubiącą sobie dogadzać Quenthel. O ile w ogóle uda im się znaleźć jakąś kwaterę.

Pharaun nalegał, żeby to on prowadził negocjacje z właścicielami zajazdów. W pierwszych dwóch miejscach niemal roześmiano się czarodziejowi w twarz, a trzeci karczmarz rzucał złośliwe uwagi na temat “gniewu Lolth”, po czym zasugerował, że po uiszczeniu opłaty za rytualne oczyszczenie będą mogli dzielić jeden pokój. W czwartym zajeździe też nie było miejsc, ale właściciel, półork ślepy na jedno oko, zaproponował gospodę na obrzeżach miasta, dwa poziomy wyżej. Twierdził, że prowadzi ją jego kuzyn wynajmujący pokoje najemnikom, którzy strzegą karawan – a przynajmniej strzegli, kiedy karawany wciąż jeszcze podróżowały. Valas był ciekawy, z której strony rodziny pochodzi ów krewniak.

Musieli się trochę naszukać, zanim wreszcie znaleźli Płomień i Żmiję, rozbudowany ul składający się ze sklejonych kokonów, który przylgnął do samotnego pasma zwapniałej nici umocowanego do ściany jaskini. Zajazd prezentował się obiecująco, nawet jeśli tylko dlatego, że był położony na uboczu.

Quenthel miała początkowo opory, ale Pharaun nalegał, żeby chociaż weszli do środka, zanim odrzucą jakąkolwiek możliwość, a wysoka kapłanka po raz kolejny pozwoliła mu się przekonać.

Musi być naprawdę znużona, pomyślał Valas. Pozwala mu dzisiaj rządzić. Cóż, jedna noc porządnej Zadumy i wszystko się zmieni.

Dla miłej odmiany od środka Płomień i Żmija wyglądał znacznie bardziej zachęcająco niż z zewnątrz. Kiedy Pharaun podszedł do właściciela, grubego orka ze srebrnymi okuciami na końcach kłów, którego ochraniały dwa ogry, Valas rozejrzał się po zajeździe. W głównej sali siedziało wielu gości, a choć kilka osób zawiesiło na dłużej wzrok na Jeggredzie, który musiał się schylać, bo sufit był dla niego za niski, większość bywalców go zignorowała. Valas rozumiał dlaczego. Byli najemnikami, ludźmi niezależnymi, których interesowało złoto i niewiele więcej. Jak długo nikt nie wtrącał się w ich sprawy czy sposób zarabiania na życie, nie wtykali nosa w sprawy cudze. Byli ludźmi pokroju Valasa.

Quenthel miała zniesmaczony wyraz twarzy, ale Pharaun powrócił z błyskiem w oku i wiadomością, że właśnie udało się im wynająć dwa ostatnie pokoje w Płomieniu i Żmii. Kiedy czarodziej wymienił cenę, Quenthel przewróciła oczyma, ale Valas zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie i tak udało mu się ubić dobry interes.

– Tylko dwa? – zapytała z powątpiewaniem Quenthel. – Więc mężczyźni będą musieli dzielić jeden, a ja i Faeryl weźmiemy drugi. Jeggred, ty, rzecz jasna, zostajesz ze mną.

Faeryl zrobiła zbolałą minę na wieść o perspektywie dzielenia pokoju z draeglothem, ale nic nie powiedziała.

Pokoje mieściły się w dwóch różnych częściach zajazdu. Większy, który zajęła Quenthel, był okrągłą komnatą z osobnym pokojem kąpielowym. Znajdował się z przodu budynku i miał kilka niewielkich okien wychodzących na miasto. Elfki miały z niego wspaniały widok na żarzące się pajęcze ulice biegnące w dal zarówno nad, jak i pod nimi. Mniejszy pokój, podłużne pomieszczenie wyposażone w dwa łóżka i sofę dla trzeciej osoby, znajdował się na tyłach Płomienia i Żmii. Jedyne okno wychodziło na ścianę jaskini, po której ściekały strumyczki wody spływającej ze Świata Ponad na samo dno miasta w kształcie litery V, gdzie nawadniały grządki grzybów.

Niezbyt zachwycający widok, zdecydował Valas, ale okno może się okazać użyteczne, jeśli zajdzie potrzeba opuszczenia zajazdu po kryjomu.

– Chcę trochę odpocząć, więc wy trzej – powiedziała Quenthel, spoglądając na mężczyzn – nie wpakujcie się w jakieś kłopoty. Spotkamy się wieczorem i przy posiłku zastanowimy się, co robić dalej. Do tego czasu zostawcie mnie w spokoju!

To powiedziawszy, odeszła do swojej kwatery, ciągnąc za sobą Faeryl i Jeggreda.

Valas zgodził się spać na sofie, a kiedy wszyscy trzej trochę się już rozpakowali, Pharaun wstał i przeciągnął się, aż mu strzeliło w krzyżu.

– Nie wiem jak wy – powiedział po chwili – ale ja jestem zbyt podekscytowany, żeby się tu kręcić. Mam ochotę napić się czegoś, a może i posłuchać, o czym się rozmawia w mieście. Chcecie mi towarzyszyć?

Valas spojrzał na Rylda, a ten kiwnął głową.

– Jasne – powiedzieli unisono i wszyscy trzej ruszyli do miasta.

* * *

Trzech elfów na ulicach Ched Nasad budziło o wiele mniejsze zainteresowanie niż piątka drowów i draegloth, choć Pharaun przypuszczał, że wynikało to raczej z faktu, że on, Ryld i Valas przechadzali się bocznymi ulicami w wyżej położonej części miasta. Kiedy tak szli, wsłuchując się w otaczający ich ze wszystkich stron gwar, mag nie był w stanie zapanować nad podnieceniem. W odróżnieniu od Menzoberranzan Ched Nasad stanowiło kosmopolityczną mieszankę widoków, dźwięków i zapachów, które przenikały całe miasto. Czarodziej był w stanie dostrzec subtelne różnice pomiędzy dzielnicami miasta, ale bez względu na to, gdzie się znaleźli, chłonął wszystko, zauważając, że powietrze wibruje swego rodzaju zgiełkiem, prymitywną żywotnością, atmosferą obecną wyłącznie w gorszych dzielnicach Menzoberranzan.

Miejsce to miało w sobie zdecydowanie więcej życia niż Tier Breche, gdzie Pharaun spędził zbyt wiele czasu odizolowany od świata w wieżach Akademii. W Menzoberranzan czarodziej nabrał nawyku wychodzenia do miasta tylko wtedy, kiedy potrzebował komponentów albo napić się i zabawić. Wyglądało to tak już od wielu lat, przynajmniej dopóty, dopóki jego siostra Greyanna nie spróbowała go zabić. Kiedy przestała stanowić dla niego zagrożenie, postanowił odwiedzać bardziej barwne dzielnice swojego rodzinnego miasta.

Valas i Ryld wydawali się patrzeć we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale Pharaun wiedział, że przysłuchują się tak uważnie otaczającej ich kakofonii z innych powodów niż on. Oczywiście Pharaun również uważał na kieszonkowców i rabusiów, ale fechmistrz i zwiadowca ćwiczyli się w tej sztuce od wielu lat. Doskonalili umiejętność obserwacji, doprowadzając ją do perfekcji, i teraz tętniły nią całe ich jestestwa. Pharaun szczerze wątpił, by ktokolwiek w mieście zdołał go oskubać, dopóki towarzyszyli mu ci dwaj. Była to pokrzepiająca myśl, choćby tylko dlatego, że pozwalała mu się rozluźnić i cieszyć wspaniałością Miasta Połyskliwych Pajęczyn.

Mag oczywiście rozumiał, dlaczego nazywano tak Ched Nasad. Plątanina krzyżujących się ulic, fioletowych, bursztynowych, zielonych i żółtych, ciągnęła się we wszystkich kierunkach i był to cudowny widok. Wszędzie, gdzie szli, kramarze sprzedawali grzyby, biżuterię lub eliksiry. Pharaun zauważył jednak, że towary te wydają się być pośledniejszej jakości, zaś kupujących było niewielu – wszystkim dziwnie patrzyło z oczu. To strach, zdecydował. Wszyscy wyglądają na przestraszonych.

Jeden z przekupniów, odrażający drow, miał małe klatki, a w każdej z nich trzymał małe humanoidy o czterech ramionach i wielofasetowych oczach, szczękoczułkach i pająkowatym tułowiu. Mierzyły one nie więcej niż stopę. Przyjrzawszy się im bliżej, Pharaun odkrył, że potrafiły też prząść sieci. Odsunęły się do tyłu, gdy je oglądał.

– Chcesz kupić jednego, panie? – zapytał drow z nadzieją w głosie, zrywając się z ziemi, na której siedział po turecku.

– Młode chitynowce – objaśnił Valas. – Na dorosłe osobniki poluje się dla rozrywki, a kiedy znajdowane jest gniazdo, młode przywozi się tutaj i sprzedaje jako zwierzątka domowe.

– Interesujące – odparł Pharaun i przez chwilę zastanawiał się, czy nie kupić jednego, choć wyglądało na to, że towar kramarza nie cieszy się zbyt dużym powodzeniem. – Rozważałem zakup jednego z nich – jako prezent dla Quenthel – ale cena wydaje mi się zbyt wygórowana.

Nadzieja malująca się na twarzy drowa ustąpiła miejsca rozczarowaniu, elf usiadł z powrotem na krawężniku.

Ryld prychnął, a Valas potrząsnął głową.

– Nie były wcale za drogie – stwierdził zwiadowca, gdy ruszyli dalej. – Rynek został nimi prawdopodobnie zalany.

– A to dlaczego? – chciał wiedzieć Pharaun.

– Ponieważ chitynowce i choldricze również czczą boginię – odpowiedział półgłosem Valas.

– Choldricze?

– Kapłanki chitynowców. To samo tałatajstwo, ale większe i ciemnoskóre. Bezwłose, o ludzkich oczach. Podejrzewam, że mogła dotknąć je ta sama katastrofa, która spadła na nasze kleryczki.

Słowa te rozbudziły ciekawość Pharauna.

– Doprawdy? – zadumał się. – Może przydałoby się wytropić kilka tych choldriczy i dowiedzieć się, czy spotkał je ten sam los. To oczywiste, że Ched Nasad również musi znosić milczenie bogini, a kiedy zdobędziemy na to dowody, Quenthel może nie wiedzieć, co dalej robić. A tak moglibyśmy szukać dalej, dowiedzieć się, czy powściągliwość Lolth dotyczy wszystkich, czy też ogranicza się tylko do naszej rasy.

– To dobry pomysł, magu, ale tylko w teorii – odezwał się Ryld, odganiając od siebie goblina usiłującego przekonać go do kupienia miski ślimaków. – Miałbyś spore trudności z ich wytropieniem, nie mówiąc już o wydobyciu z nich jakichś informacji. Drowy polują na nie dla rozrywki, wiec chitynowce i choldricze nauczyły się uciekać lub walczyć do śmierci.

– Hmm – odparł Pharaun, zauważając sklep, w którym sprzedawano coś, czego szukał. – Być może, ale moje szczególne talenty mogłyby się na coś przydać.

Towarzysze maga ruszyli za nim w stronę straganu z alkoholem, który wisiał na rogu dwóch dość dużych ulic. Aby się do niego dostać, klienci musieli się zsunąć po stromej rampie w dół, przed kram, po czym wdrapać się po drabinie z pajęczej nici z powrotem na ulicę. Pharaun przyglądał się badawczo grupce ludzi zebranych wokół straganu, którzy zjeżdżali pojedynczo na dół, aby kupić butelkę lub kapelusz grzybny trunku.

– Pomyśleć, że mogli umieścić schodki po obu stronach – prychnął z pogardą mistrz Sorcere.

– Na Mroczną Matkę – powiedział Ryld, kręcąc głową – skoczę po coś.

Z tymi słowy wojownik przepchnął się przez grupkę, która tylko w niewielkiej części składała się z kupujących – większość żebrała lub sączyła to, czym podzielili się z nimi klienci. Ryld zignorował ich i zjechał w dół, a Pharaun i Valas stanęli na uboczu, korzystając z okazji, by podziwiać widoki.

Kiedy Ryld wrócił, miał dość dziwny wyraz twarzy.

– Co się stało? – zapytał Valas.

– Ten szary krasnolud policzył sobie dziesięć razy więcej, niż są warte te pomyje, i jeszcze wydawał się czerpać z tego pewną przyjemność.

– Cóż, można się było tego spodziewać, skoro do miasta przestały przybywać karawany.

– Tak, ale kiedy zaraz po mnie o to samo poprosił goblin, właściciel sprzedał mu butelkę za pół ceny, którą zażądał ode mnie.

– Może niewolnik był stałym klientem – podsunął Valas.

– Możliwe – powiedział Pharaun, otwierając flaszkę zakupioną przez Rylda i wdychając zapach. Gwałtownie podniósł głowę i skrzywił się lekko. – Podejrzewam, że ma to raczej związek z delektowaniem się możnością odegrania się na drowach. – Pociągnął łyka brandy i podał butelkę Valasowi. – Koniec końców, kto zarządza handlem w mieście? Komu dostają się najlepiej usytuowane kramy? Kto zarządza systemem karawan? Kto zdobywa najlepsze towary?

– Innymi słowy, kto regularnie roluje inne rasy? – zakończył Ryld.

– Właśnie. Szare krasnoludy, trogowie, kuo-tanowie i wszyscy inni mieszkańcy wiedzą, że klasa rządząca przechodzi trudne chwile, i chociaż pozwolono im handlować w mieście mrocznych elfów, nie przepuszczą żadnej okazji, żeby się odkuć. Ryld – dodał Pharaun, wskazując butelkę, którą Valas podawał wojownikowi – zapłaciłeś dziesięć razy za dużo.

Ryld wzruszył ramionami, pociągnął łyka i powiedział:

– Przecież pijesz, prawda?

Trzej towarzysze szli dalej, wymieniając się butelką i dyskutując o perspektywach uzyskania jakiegoś namacalnego potwierdzenia, że Lolth zniknęła z Ched Nasad. Pharauna nadal bardzo intrygował pomysł przesłuchania innych ras czczących boginię, a choć uczestniczył w rozmowie, nie mógł przestać o tym myśleć. Konieczne były pewne badania. Gdyby miał dość czasu, a Quenthel wykazała się dobrą wolą, miał pomysł, gdzie je przeprowadzić.

Rozmyślania maga zostały przerwane, gdy wspięli się po pajęczynowych schodach, minęli róg i znaleźli się w kolumnadzie z widokiem na otwarty plac. Z panującego na nim ścisku Pharaun wywnioskował, że uchodźcy zaczęli traktować miejsce jak swoje obozowisko. W przejściu wciąż jednak było dość miejsca, żeby uniknąć ocierania się o hołotę. Trzy elfy ruszyły przed siebie, ignorując błagania o wsparcie otaczającej ich tłuszczy.

Uwagę drowów przykuł dobiegający z dołu krzyk, a kiedy Pharaun spojrzał na środek placu, dostrzegł źródło zamieszania. Tam, na skrawku otwartej przestrzeni, stała kapłanka, którą otaczało trzech czy czterech hobgoblinów. Kobieta wydawała się mamrotać coś pod nosem, ale z tej odległości Pharaun nie był w stanie jej zrozumieć. Drowka zamachnęła się i spróbowała smagnąć jednego z hobgoblinów batem, ale stwór z łatwością uskoczył w bok, zaś kapłanka z wysiłku zatoczyła się do przodu. Jest nieźle wstawiona, uświadomił sobie Pharaun.

– Plugawe bydlęta! – warknęła kapłanka, prostując się z trudem. – Nie zbliżajcie się do mnie!

Pharaun zauważył, że bardzo się zapuściła. Piwafwi miała poplamione i ściągnięte do połowy ramion, pozbawione połysku białe włosy zwisały w nieładzie, a w ręce trzymała butelkę czegoś, co czarodziej uznał za alkohol.

Hobgobliny tylko się roześmiały, okrążając ją niedbale, tak że musiała się obracać, żeby mieć ich wszystkich na oku. Potknęła się przez to po raz kolejny i prawie rymnęła na ziemię jak długa.

– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek widział coś podobnego – szepnął Valas. – Tupet tych podistot jest oszałamiający.

– Zakończmy to – powiedział Ryld, robiąc krok do przodu.

Nagle Pharaun poczuł, że otacza go magia, zaklęcie, które wydawało się skoncentrowane na nim i jego dwóch towarzyszach. Wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu wojownika.

– Zaczekaj – powiedział. – Zobaczmy, co się stanie.

Kiedy Ryld spojrzał na niego pytająco, wyjaśnił:

– Zwracanie na siebie uwagi nie jest najlepszym sposobem na prowadzenie śledztwa. Poza tym – dodał mag – przekonamy się raz na zawsze, czy nasza teoria jest słuszna. To może być dowód, którego potrzebujemy.

1   2   3   4   5   6   7

Powiązany:

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconZmartwychwstanie paul s. Kemp r. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconUpadek richard Lee Byers R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconZe względu na dużą ilość opisów wydzielono materiały z tematów: II wojna światowa I powstanie Wielkopolskie

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconLekcja 117 Dział: II wojna światowa Temat: Konferencje Wielkiej Trójki. Powstanie onz

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconInterview with Vincent Reid

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej icon"Wojna Przeciwko Terrorowi" nie działa tak jak "Zimna Wojna"

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconTemat: Wojna staje się wojną europejską 1 Początek wojny

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconWojna trzynastoletnia (1454 1466) to wojna między zakonem krzyżackim a Polską, zakończona II pokojem toruńskim

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconWojna wybuchła 1 września 1939 po ataku III rzeszy niemieckiej w porozumieniu z zsrr na Polskę. Pierwszy etap wojny, nazywany wojną obronną Polski lub

Powstanie thomas M. Reid R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej iconPowstanie w warszawskim getcie I Powstanie Warszawskie

Umieść przycisk na swojej stronie:
Rozprawki


Baza danych jest chroniona prawami autorskimi ©pldocs.org 2014
stosuje się do zarządzania
Rozprawki
Dom